Devlesa, Krzysiu

Devlesa, Krzysiu

Umarł Krzysztof Krauze, wybitny artysta i mądry człowiek. W „Długu” i „Placu Zbawiciela” pozwolił nam się przejrzeć jak w lustrze, swoją walką z rakiem dawał siłę chorym. Jego testamentem stała się „Papusza”.

Joasia stworzyła mi tu oazę. Mam cały stos audiobooków, filmów, codziennie przyjeżdżają do mnie przyjaciele. Mogłoby już zawsze tak być – powiedział mi. To był październik. Ósme piętro szpitala onkologicznego w Gliwicach. Krzysztof nie lubił nieustannych pytań typu „jak się czujesz”, współczujących spojrzeń. W ostatnim roku potrafił powiedzieć: „Słuchaj, w tym tygodniu nie mogę. Muszę się trochę podleczyć, w poniedziałek wszystko będzie dobrze, wtedy pogadamy”. W tym samym czasie pisał o sobie: „Ja, który chorobę terminalną próbuję zamienić na chorobę przewlekłą”. Po jego śmierci wracam do czarno-białego zdjęcia, które Albert Zawada zrobił mu w RPA. Takiego go pamiętam. Krzysztof się na nim uśmiecha, ma błysk w oku. Ale i melancholię. Smutek człowieka, który niejedno przeszedł. Który wiele razy zawiódł się na świecie, ale ciągle mu go mało.

– Choroba czyni człowieka sentymentalnym – mówił mi w czerwcu 2013 r. – Po dwóch latach spędzonych w RPA zobaczyłem inny kraj. Polskę swojego dzieciństwa. Urodziłem się na Powiślu. Wsiadłem w samochód, jechałem Świętokrzyską, Tamką i płakałem. To ulica, po której chodziłem przez całe dzieciństwo.

OBROŃCA DELIKATNOŚCI

Urodził się w 1953 r. Ojciec prawnik, matka aktorka, inteligencki dom. Zafascynował go świat matki, zdał do Łodzi na operatorkę. Realizował dokumenty. Stan wojenny zastał go za granicą. Żył w Wiedniu, w Paryżu. Nauczył się, że emigracja nigdy nie jest łatwa. W 2010 r., w RPA, gdzie rzuciła go choroba, mówił: – Naszą prawdziwą ojczyzną jest nasz życiorys. Kiedy zabieram go ze sobą na południowoafrykańską plażę, nie czuję się wyalienowany. Chłodzi mnie cudowna bryza, idę z kijami do nordic walking, to mnie uskrzydla. Jestem u siebie.

Z każdego z tych miejsc coś wyniósł. Potrafił uważnie obserwować, dostrzegać niuanse. Nie mówił rzeczy oczywistych. Podważał prawdy, które często powtarza się bezmyślnie, aż staną się banałem. Może dlatego długo szukał własnego języka w kinie? Nie lubił swojego debiutu „Nowy Jork, czwarta rano”, zrobił po nim prawie ośmioletnią przerwę. Nie przepadał też za „Grami ulicznymi”. Twierdził, że za mocno przyglądał się sobie, za mało innym. Przyznał, że wtedy zrozumiał, że filmy robi się w obronie. W obronie delikatności i „wszystkiego, co niesłusznie uważa się za słabość”. Ale przede wszystkim ludzi: skrzywdzonych, słabych, tych, którzy z trudem walczą o głos. – Polska stała się krajem, w którym liczy się siła. Nie szanuje się słabszych. Mniejszości, kobiet, dzieci, chorych, inwalidów. Obowiązkiem ludzi myślących jest walka o ich prawa – mówił. Przy swojej olbrzymiej wrażliwości widział świat ostro, nazywał po imieniu otaczające nas nietolerancję, chciwość, nieuczciwość. Może dlatego jego filmy są dziś jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym świadectwem transformacji. Zrealizowane nie z perspektywy intelektualisty z receptą na „zdrową demokrację”, tylko zwyczajnych, boksujących się z rzeczywistością mieszkańców Warszawy. W „Długu” opowiedział prawdziwą historię przedsiębiorcy, który osaczony przez gangstera, zabija swojego oprawcę. Jest w tym filmie bezradność państwa, prowizorka lat 90., agresja, hegemonia pieniądza. Ale i portret człowieka zaszczutego, który traci wszystko, co dla niego ważne. W zrobionym już z Joanną Kos-Krauze „Placu Zbawiciela”, obrazie o pogrążającej się w depresji kobiecie, spiralę zła nakręca bankructwo dewelopera. Ale i słowa, jakie wypowiadamy do siebie na co dzień, „banalna” przemoc.

W obu filmach bohaterowie są w pułapce. Krzysztof Krauze jednak szukał w ludziach nadziei. Biznesmen po desperackim mordzie nie umie uciec za granicę, sięga po telefon w budce przy placu Zbawiciela, dzwoni na policję z donosem na siebie. – Chciałbym mieć tak szlachetne rysy jak Adam z „Długu” – mówił Artur Bryliński, pierwowzór bohatera. W „Placu Zbawiciela” kobieta po próbie samobójczej znajduje pomoc. Dostaje szansę na zbudowanie życia od nowa. To kino społeczne, którego tak bardzo brakuje. Ale Krzysztof z Joanną bronili też innej słabości. Interesowali ich artyści, których cichy głos ginął w hałasie. W „Moim Nikiforze” ze znakomitą Krystyną Feldman w roli głównej sportretowali malarza prymitywistę. Jednak prawdziwym bohaterem filmu był Marian Włosiński. Człowiek, który zrezygnował z ambicji, by ratować kogoś z większym talentem od swojego. Arcydziełem jest zeszłoroczna „Papusza”. Historia romskiej poetki odkrytej przez Jerzego Ficowskiego i wykluczonej za zdradę cygańskich tajemnic ze wspólnoty. Głęboko nieszczęśliwej, osadzonej w zakładzie psychiatrycznym. To wybitna opowieść, m.in. o sile i cenie sztuki. Wreszcie Krzysztof bronił obcych kultur. Prawa do inności. Był wyczulony na wszelkie przejawy nietolerancji. „Papusza” była hołdem dla całej społeczności polskich Romów. Napisał siedem scenariuszy o żydowskich losach. Ostatni o Jedwabnem. „Gdybym go robił, mój rak by się ucieszył. Karmiłby się nienawiścią” – powiedział mi. Ale przecież film, który z Joanną zaczęli kręcić, również jest naznaczony traumą ludobójstwa. „Ptaki śpiewają w Kigali” to historia o Ruandzie. Część zdjęć już zrealizowali.

BEZ TARYFY ULGOWEJ

On to kino kochał. Stale wracał do „Powiększenia” Michelangela Antonioniego, wspominał późne filmy Claude’a Sauteta. Mam jego maila z końca października, w szpitalu obejrzał „Mamę” Xaviera Dolana i robocze fragmenty nowej polskiej produkcji. „Wielka uczta na ósmym piętrze. Podeślij jeszcze coś” – napisał. Pamiętam jego satysfakcję, kiedy filmy wpływały na rzeczywistość. Po ułaskawieniu Sławomira Sikory. Po reakcjach Romów na „Papuszę”. O ich zaufanie walczyli z Joanną jak lwy. Wkładał w pracę całego siebie. Kiedy z Joanną pisali scenariusz „Placu Zbawiciela”, pojechali do ośrodka agroturystycznego. Musieli wynająć drugi pokój: – Trudno jest oddzielić sprawy prywatne od zawodowych – tłumaczył. – Wyczuć granicę między fikcją a rzeczywistością.

Był perfekcjonistą. I nie poddawał się. „Papusza” zajęła Krauzom wiele lat. Były momenty, kiedy wydawało się, że z powodów finansowych nigdy nie skończą filmu. Ale nie poszli na artystyczne kompromisy. Później bolało go, że choć włożyli olbrzymi wysiłek w postprodukcję dźwięku, przez czyjeś zaniedbania w wydaniu na DVD film jest słabszej jakości. W szpitalu Krzysztof mówił o każdym detalu produkcji „Ptaków...”: łącznie z ceną rozpalenia ogniska do jednej ze scen. Jeszcze w październiku patrzył przez okno: – Tyle planów – zawieszał głos. Miał kilka projektów, nie tylko filmowych. Z nowotworem żył osiem lat. Nie chciał udzielać „rakowych” wywiadów. W czasie serii naświetlań potrafił rzucić: „Rano zajmuję się moim przyjacielem rakiem, ale resztę dnia mam wolną”. – Pewnie gdybym kradł, łupił i zabijał, mógłbym to porzucić. Ale ja jestem tym samym człowiekiem, którym byłem. Może tylko zacząłem bardziej liczyć się z uczuciami innych. Odkryłem, że czas tkwi w ludziach i w emocjach. Nie wolno go zatruwać, samemu się z niego okradać. Walczył z chorobą z godnością. Mówił o niej, kiedy wiedział, że jego głos może być ważny. Jego „antyrakowy dekalog” pomógł wielu ludziom z nowotworem.

– 60 proc. leczenia tkwi w głowie. Nie dawałem sobie taryfy ulgowej. W tej chorobie musisz mieć poczucie, że jesteś potrzebny. Musisz coś kreować. Nie wolno zmienić stanu z czynnego na bierny – podkreślał. Jednak jako reżysera nowotwór go nie interesował: – Poważnego filmu o raku nie zrobię. Uważam, że już wszystko na ten temat powiedziano. Można by nawet wydać taki box filmów nowotworowych. I gratis dodawać „W stronę morza”. Jako bonus. Kiedyś nie odbierał telefonu. Oddzwonił kilka dni później. Powiedział: „Wiesz, nie mogłem rozmawiać. Ból potrafi złamać każdego”. Napisał też mocny, poruszający tekst o eutanazji. O prawie do śmierci, kiedy życie zamienia się w cierpienie.

W wywiadzie tłumaczył mi: – Wiesz, że w pewnym momencie będziesz bezradny. Twoje życie stanie się uciążliwe. Dla ciebie. Dla bliskich. Zastanawiasz się, czy warte jest takiego cierpienia. Ten lęk nasuwa myśl o eutanazji. Tyle. Nie jest codzienny. Nie paraliżuje. Myślę, że każdego to czeka. W październiku zapytałem Krzysztofa, czy nie chce porozmawiać do druku. Chciałem ocalić jeszcze jakąś część jego wspomnień, spojrzenia na świat. Ale Krzysztof nie myślał o zostawianiu czegoś po sobie, tylko o byciu z ludźmi. Z polskiego kina przedwcześnie zniknął Andrzej Munk, w wieku 54 lat umarł Krzysztof Kieślowski. Śmierć Krzysztofa Krauzego to kolejny cios. Nie tylko w sztukę, ale i naszą tożsamość. Bez tej jego przewrotnej mądrości, pełnej ciepła ironii, szacunku, otwartości, ale i ostrości spojrzenia świat będzie bardziej płytki. Umarł w Wigilię, w ostatni dzień Chanuki – Święta Świateł. Jak mówią Romowie: devlesa, Krzysiu. ■

Okładka tygodnika WPROST: 2/2015
Więcej możesz przeczytać w 2/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0