Inwazja spamerów

Dodano:   /  Zmieniono: 
Największa księgarnia internetowa Amazon.com nie działała przez godzinę, portal CNN - dwie godziny, trzygodzinna przerwa kosztowała Yahoo! ponad pół miliona dolarów
Ofiarami ataków stały się firmy o wielomiliardowej wartości. W komentarzach analityków biznesowych pojawiły się pytania, czy rzeczywiście te przedsiębiorstwa są tak wiele warte, skoro można tak łatwo zablokować ich funkcjonowanie. Wezwano na pomoc FBI. Janet Reno, prokurator generalny USA, zapowiedziała wnikliwe śledztwo. Podejrzenia padły na kraje islamskie, konkurencję internetową, międzynarodowych terrorystów i sfrustrowanych szefów komputerowych przedsiębiorstw, którym nie udało się odnieść sukcesu. Prawda może być jednak inna. Ataki przeprowadził spontanicznie powstały Ruch Obrony Internetu.

Internet od początku nie miał jednego właściciela. Żadnej firmie komputerowej nie udało się go podporządkować. Należał i należy do milionów osób, które zdecydowały się włączyć swoje serwery do światowej pajęczyny. Na początku były to instytucje akademickie, później środowiska studenckich kampusów, szkoły, osoby prywatne. "Przez pierwsze kilkanaście lat funkcjonowania Internet był domeną ludzi wolnych, niezależnych od rządów, giełd i banków" - napisał John Cutter jeden z nestorów Internetu. Od kilku lat, a szczególnie dobitnie w ostatnich miesiącach, siecią zainteresował się wielki biznes. "Do Internetu trafili ludzie w garniturach, białych koszulach i krawatach. Większość starych internautów nazywa Billa Gatesa (Microsoft), Jeffa Bezosa (Amazon.com) czy Stevea Casea (America Online) zdrajcami społeczności komputerowej" - głosi swój pogląd na amerykańskiej liście dyskusyjnej Lewis Darwin. Młodzi ludzie korzystający z sieci poczuli się oszukani, gdy okazało się, że ich koledzy zaczęli zarabiać na Internecie. "Internet musi być wolny, bez jakiegokolwiek prawa, bez zakazów, bez cenzury, bez rządu, bez ograniczeń, bez granic, bez pieniędzy" - napisali autorzy manifestu "Free Internet" protestujący przeciwko planom wprowadzenia ograniczeń w rozpowszechnianiu w sieci treści zakazanych, m.in. pornografii.
Zablokować internetową witrynę jest stosunkowo łatwo. Nie jest do tego potrzebna gruntowna wiedza informatyczna. Wystarczy zrozumienie podstawowych zasad funkcjonowania sieci i dostęp do kilku prostych narzędzi automatyzujących pracę. - Umieszczenie kilkudziesięciu tysięcy listów elektronicznych na kilkuset serwerach i spowodowanie, że zostaną one jednocześnie wysłane do obiektu ataku, nie zabiera więcej niż godzinę - uważa Sintel, jeden z polskich hakerów. "Błędem jest nazywanie takich osób hakerami. Hakowanie to włamywanie się do czyichś komputerów. Wysyłanie tysięcy listów lub komend to z kolei spamming (zaśmiecanie) lub flooding (powodowanie powodzi)" - rozróżnia hakerska witryna Hack World. Także w Polsce mieliśmy przykłady stosowania takich praktyk. Podczas debaty internetowej przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi technikę tę wykorzystali komputerowcy pracujący w Optimusie. Poczuli się rozczarowani, że to nie oni, lecz Wirtualna Polska organizuje takie spotkanie. W późniejszych listach przepraszających tłumaczono to "testowaniem zabezpieczeń". Podczas spotkania w internetowej kawiarence "Wprost", jeden z internautów próbował w ten sam sposób zaatakować serwis debata.wp.pl. - Wystarczyło jednak zablokować adres IP, czyli uniemożliwić wysyłanie na serwer jakichkolwiek wiadomości z określonego komputera - tłumaczy administrator sieci. Problem staje się poważniejszy, gdy atakujący korzysta z większej liczby komputerów. Wtedy zablokowanie przyjmowania wiadomości z każdego z nich trwa nieco dłużej i to właśnie opóźnienie powoduje przeciążenie i zawieszenie serwera.
Przestępstwa internetowe nie jest łatwo wyśledzić. Trudno ustalić, z jakiego komputera przeprowadzany jest atak. Zwłaszcza że istnieje możliwość dokonywania ataków spoza granic kraju. - W skrajnych wypadkach użytkownik z kraju X uruchamia program na komputerze znajdującym się w kraju Y, aby zaatakować system w państwie Z - obrazowo tłumaczy Andrzej Murawski, specjalista sieciowy.
Ataki na witryny internetowe amerykańskich firm przyczynią się do wzrostu zainteresowania bezpieczeństwem sieciowym. W wielu krajach powstaną infopolicje, których zadaniem będzie przeciwdziałanie wirtualnym atakom. "Zbyt duże pieniądze są zaangażowane w przemysł internetowy, aby pozwolono na anarchię" - uważa Ronald Warwick wypowiadający się na jednej z amerykańskich list dyskusyjnych. Ruch Obrony Internetu przed biznesem, giełdą, bankami jest skazany na niepowodzenie. Chociaż w toczącej się cyberwojnie na razie wygrywają spamerzy.




Więcej możesz przeczytać w 8/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.