AFERA STOCZNIOWA: URZĘDNICY WIEDZIELI, ŻE ŁAMIĄ PRAWO

AFERA STOCZNIOWA: URZĘDNICY WIEDZIELI, ŻE ŁAMIĄ PRAWO

W aferze stoczniowej jest jasne, iż urzędnicy wiedzieli, że omijają prawo. Pytanie brzmi: po co? Oraz: czy "Katarczycy" to była tylko ściema?
„… Jest 21 ofert, nie ma żadnych powodów, siedzi obserwator, bo sam sobie przyjechał, niezależna komisja, no w ogóle, żadnej przesłanki poza tym, że ktoś nie złożył, no to nie ma, prawda i teraz jak my powiemy, yyy powiemy żeśmy zawiesili, o nie ma na dok oferty to Komisja powie: NO PANOWIE ZARAZ, TEN, NIE DYSKRYMINUJĄCY, BEZWARUNKOWY PRZETARG, O CO WAM CHODZI”, mówił prezes Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP) Wojciech Dąbrowski do wiceministra skarbu Zdzisława Gawlika. To było 13 maja 2009.
Dąbrowski i Gawlik byli cali w nerwach (a był w nich również Aleksander Grad, minister skarbu, który pozostawał z panami cały czas w kontakcie). Okazało się, że przedstawiciele Stiching Particulier Fonds Greenrights (SPF Greenrichts), czyli „Katarczycy”, nie chcą jednak kupować majątku stoczni (akurat gdyńskiej w tym przypadku). Musieli więc – na zdrowy rozum – zrobić coś, żeby przerwać trwający w Internecie przetarg… żeby z „Katarczykami” sprawę jeszcze na spokojnie przedyskutować. Okazało się tymczasem, że zgodnie z regulaminem przetargu przerwać nie można. Więc może by wymyślić jakiś pretekst. Pretekstu brak. W dodatku przetargowi przygląda się obserwator, który trafił tam w wyniku uzgodnień resortu skarbu i Komisji Europejskiej. No nic dziwnego, że są w nerwach osoby, które właśnie kombinują jak tu obejść prawo…
Art. 305. § 1 i 2 kodeksu karnego mówi, że za „ustawianie” przetargu grozi kara pozbawienia wolności do lat 3. Artykuł ten wprawdzie nie wymienia czynności polegających na takim manipulowaniu przetargiem, aby zwycięzcą został podmiot wcześniej określony. W dokumentach CBA nie ma też wzmianki o jakiejkolwiek „korzyści majątkowej” dla urzędników. Niemniej nie jest sytuacją uczciwą i przejrzystą, gdy organizatorzy przetargu publicznego zachowują się jak pełnomocnicy jednego z podmiotów, który do tego przetargu przystąpił. Mówi o tym w rozmowie z wiceministrem Gawlikiem szef Agencji Rozwoju Przemysłu Wojciech Dąbrowski: „NO PANOWIE ZARAZ, TEN, NIE DYSKRYMINUJĄCY, BEZWARUNKOWY PRZETARG, O CO WAM CHODZI”.

Dlaczego tak ważne było dla przedstawicieli ARP i ministerstwa skarbu, żeby majątek stoczni dostał się właśnie w ręce Katarczyków? Dlaczego blokowali oni możliwości zakupu stoczniowej masy przez inne podmioty?
Odpowiedź może brzmieć: bo ministerstwo chciało, żeby całość majątku stoczni trafiła w jedne ręce. Tak, aby można było stocznie w innej formie „reaktywować”.
Ale może też brzmieć: bo urzędnicy chcieli mieć kontrolę nad firmą, która stoczniowym majątkiem będzie urządzać. Już 13 września opublikowaliśmy we „Wprost” materiał pt. „Mieszanie w stoczniach”. Wynika z niego, że gdyby państwu rzeczywiście zależało na znalezieniu niezależnego inwestora dla stoczni w Gdyni i Szczecinie, już rok temu zakłady mogłyby być sprzedane. Opisaliśmy rolę Jacka Goszczyńskiego, wiceprezesa ARP i byłego bliskiego współpracownika Aleksandra Grada. Opisaliśmy sieć jego ludzi zasiadających w spółkach związanych z prywatyzacją przemysłu stoczniowego. Nie wiedzieliśmy wówczas o prowadzonej przez CBA operacji o kryptonimie „Hornet”. Dokumenty CBA potwierdzają jednak tezy zawarte w naszym wrześniowym tekście.

I stawiają hipotezę nową:

A może żadnych Katarczyków zainteresowanych stoczniami nie było? I była to tylko przykrywka dla Libańczyka Abdula Rahmana El-Assira, który 4 maja wpłacił wadium przetargowe dla SPF Greenrichts. Tego El-Assira, który od lat pośredniczy przy sprzedaży broni Bumaru zagranicą…

Czytaj także

Czytaj także