Iran - Zachód: Wojna już trwa

Iran - Zachód: Wojna już trwa

Ostatnie starcie wywiadowcze Waszyngtonu z Teheranem brzmi jak scenariusz do marnego filmu – pojawiają się w nim amerykański agenci, saudyjski dyplomata, meksykańscy handlarze narkotyków oraz irański sprzedawca używanych samochodów.
Jak zawsze w takiej sytuacji nie ma zbyt wielu potwierdzonych informacji, ani tym bardziej żadnych dowodów – nie wiadomo nawet czy do próby zamachu w ogóle doszło, kto ewentualnie o nim wiedział, kto zainicjował i jaki był jego cel. Pewne jest tylko to, iż Stany Zjednoczone oskarżają Iran o przygotowywanie zamachu na saudyjskiego ambasadora w Waszyngtonie, Adela Al Jubeira. W tej sprawie zatrzymano dwóch mężczyzn. Jeden z nich, Gholam Shakuri, jest według Amerykanów powiązany z tajnymi irańskimi siłami bezpieczeństwa, znanymi jako Kuds.

W kontekście afery pojawia się nazwisko 56-letniego Manssora Arbabsiara, amerykańskiego obywatela z irańskim paszportem. Zdaniem śledczych z Waszyngtonu nawiązał on kontakt z Los Zetas, meksykańską grupą przestępczą, znaną z handlu narkotykami i niezwykłego wprost okrucieństwa. Bandyci mieli mu pomóc przeprowadzić zamach na Al Jubeira. Kolejnym etapem miało być wysadzenie znajdujących się w Waszyngtonie ambasad – izraelskiej i saudyjskiej.

Oferma zamachowcem?

Iran zaprzecza tym sensacyjnym doniesieniom. Konserwatywny prezydent Mahmud Ahmadineżad całą sprawę nazwał nieudolną próbą odwrócenia uwagi od pogłębiającego się kryzysu finansowego w Stanach Zjednoczonych i związanych z tym protestów społecznych na Wall Street (na marginesie dodać można, że irańskie media z wielką satysfakcją na pierwszych stronach każdego dnia podają informację o protestach na Zachodzie i kryzysie).

Heidar Moslehi, szef irańskiego wywiadu podniósł słuszne argumenty – jak stwierdził, żadna służba wywiadowcza nie przeprowadziłaby tak ryzykownej politycznie akcji przekazując polecenia zamachowcom przez zwykły telefon, ani tym bardziej nie dokonywałaby finansowania karteli narkotykowych wykonując przelew za pośrednictwem nowojorskiego banku. „Patrząc na całą sprawę z punktu widzenia metod wywiadowczych trudno dać wiarę amerykańskim zarzutom” – stwierdził. Podobnie uważa szef FBI Robert S. Mueller, który stwierdził, że sprawa przypomina „scenariusz filmu z Hollywood”.

Nawet „New York Times”, znany raczej z przyklaskiwania polityce Białego Domu, w tej sprawie nie może ukryć swojego zdziwienia. Dziennikarze z niedowierzaniem pytają jak osoba, określona w prasie mianem „niekompetentnego głupca”, mogła zainicjować tak skomplikowany zamach? „New York Times” cytuje przy tym jednego ze znajomych Arbabsiara, który określił go mianem osoby, „która nie potrafi dobrać skarpetek, ciągle gubiącej klucze i telefon komórkowy”. Podobne oceny w amerykańskiej prasie, na ogół mało życzliwej Iranowi, można mnożyć.

Szukanie motywów

Sposób działania to jedno, a motywy drugie. Co miałby zyskać Iran starając się zabić saudyjskiego dyplomatę? Teheran mógłby chociaż chcieć w ten sposób odpowiedzieć na agresywną kampanię, którą od dawna w stosunku do niego prowadzą Izrael i Stany Zjednoczone. Jednym z jej elementów jest prawdopodobnie przeprowadzony przez izraelskich agentów zamach – w niedawnej katastrofie samolotu Tu-134 w Rosji zginęło pięciu naukowców pracujących w irańskiej elektrowni nuklearnej. Mało kto to wierzy, iż ich tajemnicza śmierć jest dziełem przypadku.

Iran i Arabia Saudyjska od dawna rywalizują o wpływy w regionie (Irańczykom jest trudniej, bowiem nie są Arabami). Co więcej, ponoć saudyjski król nalegał ostatnio na Amerykanów, by ci wreszcie zbombardowali Iran. Ambasador Al Jubeir to bliski współpracownik króla Abdullaha, który z kolei jest istotnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Osoby wierzące w irański udział podają jeden, ale za to niezwykle ciekawy argument – cała sprawa jest zbyt nonsensowna, by ktoś mógł ją wymyśleć. Musi być więc prawdą.

Gary Sick z Instytutu Bliskowschodniego Columbia University daleki jest od obarczania Iranu. „Gdyby uznać, że Teheran faktycznie spiskował, mielibyśmy do czynienia z drastycznym odejściem od wszystkich dotychczasowych irańskich procedur”. Zdaniem eksperta trudno uwierzyć, by Iran posłużył się przypadkową grupą, a za taką należy uznać Los Zetas, do przeprowadzenia tak skomplikowanej i politycznie niebezpiecznej operacji. Jak stwierdził były agent CIA, Robert Baer: „Cała sprawa po prostu nie trzyma się kupy. Siły Quds są bardzo profesjonalne i na pewno nie spiskują z przypadkowymi ludźmi”.

Podobnie sądzi Kenneth Katzman, analityk CSR – „nie ma żadnego racjonalnego powodu, by przyjąć tezę, iż Iran mógłby posłużyć się niemuzułmańską grupą. Jak Teheran mógłby zaufać meksykańskim handlarzom, skoro zdaje sobie sprawę, że ci są mocno zinfiltrowani przez amerykańskie służby wywiadowcze?” Uznanie, iż sprzedający używane samochody Arbabsiar to uśpiony irański agent Katzman określił mianem „niedorzeczności”.

Nie ma nawet pewności czy Gholam Shakuri jest powiązany z Kuds. Zdaniem irańskiej agencji informacyjnej Mehr, osoba ta jest członkiem organizacji znanej jako Narodowa Rada Oporu Iranu, która zwalcza obecną władzę w Teheranie. Ponoć Shakuri był widywany w ośrodku grupy uznawanej przez rząd w Iranie i Waszyngtonie za terrorystyczną. Zdaniem Mehr fakt ten potwierdza Interpol, ale dowodów brak – sama organizacja tym zarzutom zaprzecza.

Jak uważa Meir Javedanfar, izraelsko – irański specjalista ds. bezpieczeństwa, istnieje prawdopodobieństwo, iż zamach był zaplanowany przez niektóre osoby z kręgu irańskich władz, ale bez uzyskania zgody naczelnego przywódcy, ajatollaha Ali Chamenei. „Irańską retorykę można uznać za szaloną” – uważa Javedanfar – „niemniej jednak przywódcy tego państwa są niezwykle racjonalni w kwestii ochrony własnych interesów. Iran zdaje sobie sprawę, że nie może wywołać wojny ze Stanami Zjednoczonymi”. Dalsze sankcje doprowadziłyby jedynie do jeszcze większej izolacji.

Kto mógł zyskać?

Jeśli nie władze Iranu to kto? O ile Teheran praktycznie nie ma motywów do przeprowadzenia takiego zamachu, to trudno uznać, że nie byłby on w pewnym stopniu na rękę Amerykanom, a przede wszystkim Izraelczykom. Dziwi przy tym szybkość i zdecydowanie z jaką Biały Dom i dyplomaci w Waszyngtonie zaczęli oskarżać Iran wzywając do nowych sankcji – pierwszy atak słowny przeprowadzono tuż po zatrzymaniu domniemanego zamachowca. Nie przedstawiono przy tym żadnych dowodów.

Paradoksalnie to Stany Zjednoczone mają motyw – obwiniając Teheran mogłyby doprowadzić do ochłodzenia relacji saudyjsko – irańskich i ocieplenia amerykańsko – saudyjskich. Przypomina to udaną zagrywkę z początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to rząd w Rijadzie straszono agresją iracką. W konsekwencji Arabia Saudyjska zgodziła się na pomoc Amerykanów („Pustynna Tarcza”), którzy w ten sposób uzyskali w Zatoce Perskiej stały przyczółek dla swych wojsk. Jest jeszcze jeden motyw – zbliżające się wybory prezydenckie. Twarda postawa wobec Iranu może zjednać Obamie sympatię zwolenników bezkompromisowego podejścia.

W kręgu podejrzanych jest także Izrael, który w ostatnim czasie działa aktywnie – w Dubaju zamordował wysoko postawionego członka Hamasu, być może uczestniczył w zamachu na Tu-134, a także doprowadził do śmierci tureckich inżynierów, pracujących nad usunięciem z samolotów F-16 sił powietrznych Turcji systemów uniemożliwiających atakowanie maszyn z Izraela. Państwu temu, dla którego Teheran to największy wróg, zależy na maksymalnym wyalienowaniu Iranu na arenie międzynarodowej. Zamach na ambasadora i połączenie go z Teheranem to dla Izraela bardzo korzystny scenariusz – w ten sposób Iran naruszyłby międzynarodowe porozumienie chroniące dyplomatów ściągając na siebie gniew ONZ i większości państw świata. Jeśli tak faktycznie było to spisek nie udał się.

Czytaj także