Marek Siwiec z zakazem stadionowym

Marek Siwiec z zakazem stadionowym

Dodano: 
Nerwy puściły. W ślad za eleganckimi życzeniami powodzenia na nowej drodze życia i podziękowaniem za wspólnie przeżyte 23 lata, zarząd SLD obdarował wczoraj Marka Siwca politycznym zakazem stadionowym.



Przewodniczący Miller zapowiedział, że “jeżeli powstałyby wspólne listy Sojuszu z jakąś formacją polityczną przed wyborami do europarlamentu, to nie znajdzie się na nich Marek Siwiec.”

Nie sądzę, żeby się tym Siwiec specjalnie przejął. Wprawdzie pamiętliwość Leszka Millera jest powszechnie znana ale nie o Marka Siwca tu chodzi. Prawdziwym adresatem tego ostrzeżenia są wszyscy ci politycy SLD, którzy oceny europosła choćby w części podzielają. Oni dostali jasny sygnał: wychylanie się grozi śmiercią (polityczną)!

Takie ostrzeżenie to próba, oby nieudana, zamrożenia dyskusji o powodach tak radykalnej decyzji.
Dlaczego powszechnie szanowany, doświadczony polityk od zawsze z SLD związany decyduje się tę partię opuścić i zamiast pewnego pierwszego, biorącego miejsca w wyborach do Parlamentu Europejskiego decyduje się na polityczną tułaczkę?
Chodzi, rzecz jasna o stosunek do innych, zwłaszcza do Ruchu Palikota. Uściślę: nie chodzi moim zdaniem o kierownictwo a o stosunek wielu wyborców SLD i działaczy z tzw. terenu.

Kierownictwo SLD często z politykami RP się spotyka i w różnych sprawach współpracuje. Tu wrogości a nawet niechęci nie ma.
Co innego w terenie. Nie jest tajemnicą obyczajowy, socjalny konserwatyzm znacznej części wyborców i polityków SLD. Dla nich Palikot to prawdziwy diabeł wcielony: narkotyki, homoseksualiści i nawiedzone feministki.

Polska to nie tylko wielkie miasta; ciężko walczyć o prawa mniejszości w Mławie czy Przasnyszu. Znacznie łatwiej dogadać się z rządzącą Platformą a Kościoła nie drażnić.

I takie myślenie zdominowało politykę Sojuszu. Leszek Miller często powtarza, że  elektoraty SLD i RP są bardzo różne. Z tej prawdziwej tezy wywodzi jednak fałszywy, moim zdaniem wniosek o niemożności trwałej współpracy. Towarzyszą temu zaklęcia, że  "SLD nie pozwoli nikomu się szantażowa, zachowa swoją organizacyjną i polityczną odrębność” jakby dziś ktoś na nią nastawał. To przepis na wyborczą klęskę.

Sojusz, zwłaszcza jego obecne kierownictwo, źle wspomina projekt LiD ale nie każde porozumienie musi się skończyć LiD-em.
Po drugie i znacznie ważniejsze: SLD ma przecież na swoim koncie wielki sukces drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, kiedy był zdolny do budowy sojuszy ponad prawdziwymi podziałami ideologicznymi i historycznymi z liberalnym centrum. To zapewniło sukces roku 2000 i 2001 i jego zwieńczenie, jakim jest członkostwo Polski w UE.

Po trzecie i najważniejsze: fundamentem tych sukcesów była praca z wyborcami w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, dzięki której SLD utrzymało wysokie poparcie ale przede wszystkim wpływało na poglądy swoich wyborców. Bez tego nie byłoby poparcia dla NATO, wolnego rynku i jego bolesnych konsekwencji a nawet dla instytucji demokratycznych.

Dziś wyzwania są oczywiście mniejsze ale charakter pracy podobny: bez przekonania wyborców SLD do spraw i praw mniejszości i współpracy z Ruchem Palikota a nawet, o zgrozo, do resztek po Unii Wolności trzeba zapomnieć o szansach na prawdziwy sukces.

Pozostanie polityka godnościowa, dobre samopoczucie, bo nikt z zewnątrz go przecież nie popsuje i słaby wynik wyborczy. Są w SLD na pewno i tacy, których 10% ucieszy. Ale to perspektywa, w najlepszym układzie, młodszego partnera w koalicji 3 partii a najpewniej kolejne lata zmarnowane, wygodnie spędzone w opozycyjnych ławach.

Alternatywą jest złe samopoczucie towarzyszy w terenie, trudne porozumienia z antyklerykałami od Palikota, liberałami spoza PO, feministkami, „uwolami”, i innymi dziwakami. I szansa na przekroczenie 20%. Ale w takim składzie rządzić się twardą ręką nie da; w ogóle rządzić się nie da. Trzeba się dogadać. Co gorsza, okazać się może, że nie tylko inni Siwca chcą ale i trzeba się na niego zgodzić. Czasy „chłopców bez jaj” mogą wrócić razem z głupimi słowami, jak „kompromis”, „porozumienie”, „ustępstwo”, „dyskusja”.

Twarda deklaracja w sprawie Siwca musi też dać do myślenia potencjalnym partnerom. Pamiętać muszą, że, jak to Leszek Miller zapowiedział: „moje koleżanki i koledzy nie zgodzą się po prostu, żeby premiować osoby, które od SLD odeszły, albo w inny sposób szkodą SLD".

Można z tych osób zrobić prawdziwy alfabet polskiej polityki.

Litera S (jak Siwiec) jest już zajęta; kto mógłby się znaleźć na innych?

Łatwy jest zwłaszcza początek:
A – jak Bartek Arłukowicz, szkodził na potęgę jako członek SDPL a dziś jako minister PO. Rekordowy wynik wyborczy.
B – jak Marek Borowski, rozłamowiec, twórca SDPL; b. marszałek Sejmu, dziś senator ze świetnym wynikiem w Warszawie
C – nie mogę się zdecydować, czy:
C – jak Andrzej Celiński, były wiceprzewodniczący SLD i minister kultury w rządzie L. Millera; dziś przewodniczący Partii Demokratycznej, czy
C – jak Włodzimierz Cimoszewicz, były premier, marszałek Sejmu, dziś bezpartyjny senator; przy jego krytycyzmie Siwiec uchodzi za apologetę SLD.
Literka „K” wymaga ostrożności i to z trzech powodów. Pierwszym jest Aleksander Kwaśniewski, ojciec- założyciel SdRP, przewodniczący SLD, który legitymację partyjna złożył w wyniku wygranych wyborów prezydenckich. SLD by go nie poparło?
Drugie „K” należy do Ryszarda Kalisza, który wprawdzie jest członkiem SLD ale podobno szkodzi. Trzecie „K” to ja; nigdy wprawdzie do SLD ani SdRP nie należałem ale ponoć szkodzę, współpracując z Ruchem Palikota.

Ale co tam „K”; prawdziwy kłopot jest z „M”.

Leszek Miller wprawdzie do dziś ponoć żałuje ale jest faktem, że był nie tylko premierem i szefem SLD ale też i wystąpił z Sojuszu i szkodził jak mógł, zakładając konkurencyjną partię Polska Lewica i startując z list Samoobrony przeciwko symbolowi LiD-u, Wojciechowi Olejniczakowi. Na szczęście wiele nie naszkodził, bo się do Sejmu nie dostał. Wyniku nie przypomnę, znęcać się nie chcę.

Jak z tego przeglądu widać nie są to kandydaci do porozumienia. Łatwo nie będzie.

Czytaj także