Gdyński spleen

Gdyński spleen

Hotel Nadmorski w Gdyni. Godzina dziesiąta trzydzieści. Skacowane i niezbyt równo umalowane gwiazdy schodzą na śniadanie. Siedzę z Olgą Tokarczuk i Marysią Sadowską. Przy sąsiednim stoliku Grażyna Szapołowska rozmawia teatralnym szeptem (a więc słyszalnym nawet w ostatnich rzędach) o jakiejś kreacji aktorskiej. Na talerzu same wpadki dietetyczne, ale co tam, na wyjeździe i rano, spali się w ciągu dnia! Marysia Sadowska wychwala pod niebiosa soki, ich wspaniałe zdrowotne właściwości. Wtóruje jej Olga. Ja się nie odzywam, ponieważ o tej porze nie jestem zbyt inteligentny. Zlazłem na to śniadanie tylko dlatego, bo wiedziałem już z poprzednich pobytów w Nadmorskim, że jest w miarę dobre. Mianowicie dużo różnych fajnych serów i serków. Kawa z ekspresu. W końcu cztery gwiazdki, a ceny z powodu festiwalu filmowego zawyżone niemiłosiernie.
Marysia Sadowska mówi, że czytała moją książkę „Zbrodniarz i dziewczyna” i nie może mi wybaczyć, że zabiłem „tego chłopca”. Mówię, że to moja dawna miłość, którą chciałem w ten sposób zabić w sobie. Rozmawiamy o hotelu, że czemu nie ma patyczków do uszu itd., aż nagle wychodzi na jaw, że tu, w Nadmorskim, ulokowane jest jury festiwalu, a reszta gości w hotelu Gdynia (Piekiełko, wspomnienia „mewek”, te sprawy). Przed Nadmorskim stary paparat w kapturze, z siwą brodą, bezczelnie robi zdjęcia prosto w oczy i jeszcze wydaje mu się, że tego nie widać. Trzeba być ślepym. Wychodzę kompletować stylówę na galę. Żałuję, że zostałem zaproszony tylko na ten ostatni dzień, wskutek czego moja wiedza o trzynastu festiwalowych filmach jest bardziej niż mętna. No, o dwunastu, bo o jednym jest gorzka. Oglądałem tylko „Miasto 44” i – jak może pamiętacie – niezbyt mi przypadło do gustu. To jest jednak powstanie, to jest jednak trauma, nie róbmy o tym filmu dla wycieczek szkolnych, do multipleksów, pod hasłem „narodowy dramat z miłością w tle”. Wieczorem miało się okazać, że jury w pełni podzielało mój pogląd na sprawę, a „Miasto 44” otrzymało tylko trzy nagrody: za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą (Zofia Wichłacz), za najlepsze efekty specjalne (Vít Komrzý) i za najlepszy dźwięk (Bartosz Putkiewicz). Bardzo znaczące było nieprzyznanie temu filmowi nagrody za scenografię, mimo ton gruzu i wielkich nakładów finansowych. Dźwięk rzeczywiście mnie ujął, reszta tak sobie.

Największymi wygranymi festiwalu były filmy „Bogowie” (reż. Łukasz Palkowski), „Pod Mocnym Aniołem” (reż. Wojciech Smarzowski) i „Hardkor disko” (reż. Krzysztof Skonieczny). Podczas finałowej gali tak często przyszło mi oglądać fragmenty tych filmów, że chyba widziałem je w całości. Trzeba przyznać, że we fragmentach wszystkie trzy, a już szczególnie „Bogowie”, prezentowały się wielce zachęcająco. To oparta na faktach filmowa opowieść o życiu prof. Zbigniewa Religi, który w latach 80. dokonał pierwszego w Polsce udanego przeszczepu serca. Jak wynika z filmu, musiał się borykać nie tylko z problemami natury technicznej, lecz także z całym medycznym światem. Brawo za dialogi, czyli scenariusz. Już na podstawie tych kilku fragmentów puszczanych na gali można powiedzieć, że Krzysztof Rak potrafił wybronić ten film przed pomnikowością. Będzie o Relidze, ale nie o papieżu Relidze. Będzie o Polsce i polskich realiach. Dziwny, nieco staroświecki kolor zdjęć dobrze wprowadza w klimat lat 80. „Pod Mocnym Aniołem” Wojtka Smarzowskiego to ekranizacja powieści Jerzego Pilcha poświęconej problemowi alkoholowemu. Do dziś nie wierzę, że ta pozbawiona akcji, niemal felietonowa powieść dała się sfilmować. W każdym razie tematyka była na festiwalu aktualna przy każdym śniadaniu.

I w końcu film, który naprawdę mnie zainteresował. Religę mogę sobie odpuścić, Pilcha czytałem, a nie jestem wycieczką szkolną, żeby musieć oglądać adaptację. Zostaje „Hardkor disko” – debiut filmowy Krzysztofa Skoniecznego, „tego od głębokiegoOFF-u i teledysków Masłowskiej”. Plułem sobie w brodę, bo mając zaproszenie na premierę, jakoś na nią nie dotarłem. Ale dotrę, obiecuję.

Gala jak to gala, pewnie byłaby nieco nudna, gdyby nie ratująca wszystko muzyka Wojciecha Kilara, która sama w sobie utrzymałaby publikę w siedzeniach przez dwie godziny.

Czytaj także