Beniaminek

Beniaminek

Szydercze naśladowanie przez Marka Siwca (którego dopingował Aleksander Kwaśniewski) gestów papieża na kaliskim lotnisku to tylko ostatnia z wielu wpadek prezydenckiego ministra.
Wzloty i upadki Marka Siwca

W każdym demokratycznym kraju taka czarna seria natychmiast zakończyłaby karierę polityka, ale nie w Polsce. Marek Siwiec podał się wprawdzie do dymisji, lecz politycy SLD nie mają wątpliwości, że "tak utalentowany człowiek powinien trwać w służbie państwowej". Dlatego są niemal pewni, że jeśli nawet przestanie kierować Biurem Bezpieczeństwa Narodowego, przejdzie na "inne odpowiedzialne stanowisko".
- Błądzenie jest rzeczą ludzką. A skoro błądzącemu prezydentowi naród wybacza, wybaczy też jego ministrowi. Byleby stonował trochę swoją butę i przestał być tak pyszny. Przez parę tygodni ponosi wór pokutny i będzie po sprawie - ironizuje jeden z liderów SLD, uznawany za stronnika prezydenta w tej partii.

Redaktor
W latach 80. Marek Siwiec był działaczem organizacji młodzieżowych. Kierował tygodnikami "Student" i "ITD". W 1990 r. został redaktorem naczelnym przeobrażonej w organ socjaldemokracji "Trybuny". Gazeta korzystała wówczas z funduszy przejętych bezprawnie przez SdRP z kont dewizowych byłej PZPR (otrzymała ponad 3 mld starych złotych). Pieniądze transferowano przez oddział banku PKO, w którym funkcję zastępcy dyrektora pełnił Wiktor Adamczyk. Wkrótce drogi Siwca i Adamczyka niespodziewanie przecięły się w spółce Art-B. Adamczyk został jej wiceprezesem.

Biznesmen
Bogusława Bagsika, jednego z założycieli Art-B, Marek Siwiec poznał na wycieczce do Tajlandii. Wkrótce zostali wspólnikami w interesach. Bagsik namówił naczelnego "Trybuny", by odszedł z mającej poważne kłopoty finansowe gazety i objął stanowisko prezesa wydawnictwa Print AB. Spółka ta wchodziła w skład grupy kapitałowej Art-B. Siwiec zgodził się i na początek objął dziewięć udziałów. Do Art-B należało pozostałe 11 udziałów. Firma zamierzała wydawać pismo "Monitor", jednak zamiast spodziewanych zysków zanotowała prawie 2 mld starych złotych strat (najwięcej pochłonęły pensje). Sytuację miało uratować 400 mln zł pożyczki od Art-B i przejęcie wszystkich udziałów przez Marka Siwca. Te działania nie doprowadziły jednak do sanacji i spółkę postawiono w stan likwidacji. Likwidatorem został... Marek Siwiec.

Maratończyk
W 1991 r. Siwiec ubiegał się o mandat poselski w Kaliszu. Emocje wzbudził jego udział w tradycyjnym supermaratonie Calisia. - Trasa liczyła 100 km. Kiedy czołówka zbliżała się do mety, na trasę wbiegł nagle zawodnik z numerem 60. To był Marek Siwiec. Ukończył maraton jako jeden z pierwszych. Na metę wpadł z uniesionymi rękami, niczym Michael Johnson. Zdarzenie zarejestrowane przez ekipę filmową wspomagającą Siwca w kampanii wykorzystano później w reklamówkach telewizyjnych - opowiada jeden z kaliskich dziennikarzy. Siwiec maratończyk został zdyskwalifikowany, ale bez problemu dostał się do Sejmu pierwszej kadencji. Pełnił wówczas funkcję rzecznika klubu lewicy.

Cenzor
Po wyborach w 1993 r., znów został posłem. Nie zasiadał jednak w Sejmie długo, gdyż wybrano go do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, gdzie zasłynął jako uważny widz programów informacyjnych. W 1995 r. na spotkaniu prezydenta Lecha Wałęsy z najważniejszymi osobami w państwie wybuchła tzw. sprawa Oleksego. Wydarzenie pokazała "Panorama". Siwiec kilka minut po emisji programu telefonował do Jacka Bochenka, szefa Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, i pytał: "Co wy tam k... robicie. To udział w ubeckim spisku Belwederu".

Przyjaciel Serbów
Po wygranych przez Aleksandra Kwaśniewskiego wyborach Marek Siwiec trafił do Kancelarii Prezydenta RP. Został szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Tu również zasłynął z niekonwencjonalnych wypowiedzi. W marcu tego roku - na spotkaniu z młodzieżą w Płocku - tak komentował członkostwo Polski w NATO: "Musieliśmy walczyć przeciw Serbom, których znamy i z którymi pijaliśmy wódkę, w obronie Albańczyków, których nie znamy". Pytany o dostosowanie naszej armii do standardów sojuszu powiedział: "Mamy takie same metalowe trumny wojskowe". Siwiec zasłynął też jako zagorzały zwolennik zakupu izraelskich rakiet do śmigłowca Huzar, które - jak się później okazało - nie istniały.

Prokurator
Po publikacjach opisujących jego powiązania z Art-B oraz sugerujących finansowanie przez spółkę kampanii wyborczej Marka Siwca, chciał się on procesować z "Życiem Warszawy", ale nie uiścił wpisowego i do procesu nie doszło. W 1997 r. "Super Express" ujawnił, że Siwiec używał luksusowego samochodu terenowego, który otrzymał od Włodzimierza Wapińskiego, biznesmena zaprzyjaźnionego z Aleksandrem Kwaśniewskim. Tymczasem polscy obywatele nie mogą jeździć po kraju samochodami zarejestrowanymi za granicą na inne osoby. Sprawa wyszła na jaw, gdy auto skradziono. Minister oburzony treścią artykułu, pozwał gazetę do sądu i ponownie chciał procesować się za pieniądze podatników. Twierdził, że nie stać go na wpisowe. Co ciekawe, sąd uznał chyba, że Siwiec w istocie jest ubogim człowiekiem, bo zwolnił go z części wpisu.

Oblatywacz
W listopadzie 1997 r. Marek Siwiec poleciał rządowym śmigłowcem na wojewódzki zjazd SdRP do Kalisza. Lot kosztował 30 tys. zł. Kiedy sprawa wyszła na jaw, minister tłumaczył, że użył helikoptera z uwagi na swój napięty kalendarz - oprócz pobytu w Kaliszu miał wziąć udział w audycji radiowej, a potem lecieć do Moskwy. Gotów był nawet podać się wtedy do dymisji, ale prezydent Kwaśniewski uznał, że wystarczającą karą będzie zapłacenie za lot z własnej kieszeni.

Mistrz kierownicy
W czerwcu tego roku w Bąkowcu koło Piotrkowa Trybunalskiego (na trasie Warszawa-Katowice) policjanci zmierzyli radarem prędkość luksusowego BMW, którym podróżował - auto pędziło 151 km na godzinę. Radiowóz był oznakowany, policjanci umundurowani, a mimo to kierowca nie zatrzymał się do kontroli. Urządzono więc blokadę. Funkcjonariusze obliczyli, że minister pokonał odległość między dwoma policyjnymi posterunkami ze średnią prędkością 217 km na godzinę. Wyjątkowo łaskawi policjanci nie wypisali ministrowi mandatu, nie przyznali też karnych punktów. Skończyło się na pouczeniu.

Balast
Dziewięć lat po tym, gdy Marek Siwiec uwiecznił się jako uczestnik maratonu Calisia, znów stał się bohaterem wyborczej reklamówki. Miejscem akcji ponownie był Kalisz. Tym razem reklamówkę wyemitował jednak sztab politycznych rywali ministra. - Ta historia nie powinna przekreślać jego dalszej kariery. To przecież człowiek, który w ostatnich latach wywarł duże piętno na polskiej polityce zagranicznej. Przydarzała mu się niefrasobliwość. To fakt - mówi o Siwcu Andrzej Urbańczyk, poseł SLD i redaktor naczelny "Trybuny". Ostrzej oceniają go polityczni przeciwnicy. - Jeszcze niedawno uważałem go za cynicznego aparatczyka: bezideowego, ale inteligentnego. Wydawało mi się, że nie jest idiotą, ale po tym, co zobaczyłem, zmieniłem zdanie - mówi Stefan Niesiołowski, poseł AWS.
W klubie poselskim SLD usłyszeliśmy, że tym razem prezydent może nie chcieć już chronić swojego ministra. Ostatnio Siwiec stał się po prostu zbyt samodzielny i zaczął prowadzić własną politykę, angażować prezydenta w niepotrzebne konflikty. Tak było w wypadku nieprzyznania awansów dwóm oficerom, o co wnioskował minister obrony narodowej Bronisław Komorowski. Nominacji miał się sprzeciwić właśnie Siwiec - wbrew uzgodnieniom prezydenta z ministrem obrony. Prezydent ma też podobno dość wojny o wpływy toczonej między Siwcem a Markiem Ungerem. Wątpi w to Stefan Niesiołowski. - Kruk krukowi oka nie wykole - mówi.
Okładka tygodnika WPROST: 41/2000
Więcej możesz przeczytać w 41/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także