Od portiera do prezesa

Od portiera do prezesa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Historie jak z bajki: ochroniarz, portier i sekretarka zostają dyrektorami i prezesami w dużych firmach.
Darek - portier, Patrycja - sekretarka, Rafał - ochroniarz, Piotr - asystent konsultanta. Co łączy tych młodych ludzi? Po kilku latach pracy awansowali do grona menedżerów wysokiego szczebla. Co im w tym pomogło?

Wbrew powszechnej opinii, że w konkursach na dyrektorów największe szanse mają ludzie, którzy zajmowali podobne stanowisko w innych firmach, kariery od pucybuta do menedżera wciąż są możliwe. I to mimo że okres szybkiego wzrostu i raptownych zmian w firmach działających w Polsce z początku lat 90. mamy już dawno za sobą.

INNY ŚWIAT
Marriott olśniewał i onieśmielał od samych drzwi. - W 1989 r. wchodząc do hotelu, wkraczało się do innego świata. Tam były bodaj pierwsze w Warszawie pecety, a pracownicy posługiwali się pagerami - wspomina Dariusz Oleksiak, dyrektor generalny hotelu Courtyard by Marriott na warszawskim Okęciu. W 1989 r. był młodym nauczycielem zajęć praktyczno-technicznych, który zdecydował się na zmianę pracy, bo jak mówi - chciał sprawdzić się w tym świecie.
Oleksiak zrezygnował z etatu nauczyciela i przyjął posadę pod obco brzmiącą nazwą bellman - czyli po prostu portiera. W hotelu przeszedł niemal wszystkie szczeble kariery, dochodząc do szczebla menedżerskiego. Po powrocie z Bukaresztu w 2002 r., gdzie szkolił personel nowo otwartego Marriotta, nie było jednak już dla niego miejsca w warszawskim hotelu. Właśnie redukowano etaty.
Oleksiak zatrudnił się w hotelu MDM, gdzie jako dyrektor generalny pracował około pół roku i ponownie wrócił pod skrzydła Marriotta, a dokładniej do siostrzanej sieci, która prowadzi hotele na zasadzie franchisingu. W Courtyard Marriott początkowo był dyrektorem ds. operacyjnych, a od maja tego roku jest dyrektorem generalnym.
Rok 1991. Świeżo upieczony maturzysta i miłośnik wschodnich sztuk walki Rafał Pogłodziński zostaje ochroniarzem. Pilnuje salonu jubilerskiej firmy W. Kruk w Poznaniu. Dzisiaj jest szefem sprzedaży regionu warszawskiego i wielkopolskiego. Zarządza siedmioma kluczowymi salonami, które generują 30 proc. przychodów giełdowej spółki.
- O karierze w firmie Kruka nawet nie myślałem, tym bardziej że jubilerski fach kojarzył mi się bardziej z zawodem dla kobiet - mówi. Ale świat zegarków, których pilnował, urzekł go. Ambicję obudziły w nim pierwsze w Kruku szkolenia z zakresu technik sprzedaży prowadzone przez wykładowcę ze Stanów Zjednoczonych. - Mówił, że można zdobyć nieporównywalnie więcej, niż nam się wydaje. I Pogłodziński uwierzył. Wkrótce został szefem stoiska w centrum handlowym, a w 1997 r. szefem najstarszego salonu Kruka w Poznaniu - tego, którego jeszcze kilka lat wcześniej pilnował. Od ubiegłego roku jest kierownikiem regionalnym.
NIKT NIE JEST Z ZAWODU DYREKTOREM
- Z punktu widzenia pracodawców lepszy na stanowisko menedżerskie jest człowiek, który gdzie indziej zrobił karierę od zera niż absolwent renomowanej uczelni - twierdzą doradcy personalni.
Eksponowanie w swoim zawodowym życiorysie wyłącznie wysokich stanowisk nie dodaje wiarygodności. Menedżerowie z wysokiej półki często ukrywają swoje pierwsze posady, wstydząc się, że zaczynali np. od parzenia kawy w kancelarii prawniczej. - A potem na gwałt poprawiają życiorysy, gdy okazuje się, że te z pozoru mało atrakcyjne początki bardzo liczą się w oczach przyszłego pracodawcy - mówi Jolanta Marek, specjalistka ds. rekrutacji w firmie doradztwa personalnego Jobs.pl.
- Łatwiej jest zrobić karierę w firmie, w której pracuje się od początku - to wątek, który pojawia się w biografiach znanych menedżerów - mówi Patrycja Ptaszek-Strączyńska, członek zarządu w giełdowej spółce MacroSoft, produkującej oprogramowanie. Jednak ona karierę zrobiła u drugiego pracodawcy, właśnie w MacroSofcie, dokąd trafiła w 1996 r. Pracę rozpoczęła od stanowiska asystentki w dziale marketingu.
Absolwentka szkoły dla sekretarek łączy pracę ze studiami, a teorię zdobytą na wykładach wciela w praktykę. Wspólnie ze swoim szefem tworzą dział marketingu: opracowują plan działań sprzedażowych, drukują ulotki reklamowe. Jak się okazało, do zadań asystentki ds. marketingu w tamtych czasach należało m.in. przekonać informatyków, by do pracy przychodzili w garniturach, a nie w swetrach.
Ptaszek-Strączyńska nie boi się nowych wyzwań. Przekopuje się przez tysiące stron przepisów poświęconych unijnym funduszom strukturalnym i w 2002 r. pozyskuje dla firmy 6,5 mln zł, z czego połowa to czysta dotacja. Nagrodą była nominacja na członka zarządu MacroSoftu.
JEDNĄ ŚCIEŻKĄ
- W cenie są też życiorysy, z których wynika, że osoba, z którą rozmawiamy, ma jasno określoną ścieżkę kariery - twierdzą konsultanci z firm poszukujących ludzi na stanowiska menedżerskie.
W 1991 r. Adam Sawicki, student z Łodzi, wygrał roczne stypendium na wydziale ekonomii w Sztokholmie. Po jego zakończeniu nie chciał już wracać do domu, zaczął studiować w Szwecji. Trafił na praktyki do firmy telekomunikacyjnej Telia (obecnie TeliaSonera). Zdolny student z Polski, jako jedyny z roku, jeszcze przed obroną pracy magisterskiej miał etat w kieszeni - posadę młodszego konsultanta w Telii. Tam nabrał obycia i doświadczenia, które bardzo mu się przydało, gdy trzy lata później wysłano go do Irlandii. W jednej ze spółek zależnych Telii Sawicki przeprowadził restrukturyzację, wprowadził firmę na giełdę i sprzedał z zyskiem. Dalej już poszło gładko. W 1999 r. Szwedzi wysyłali go do Polski, by zbadał możliwości wejścia na nasz rynek. Kilka miesięcy później jako 29-latek został najmłodszym w 150-letniej historii Telii prezesem zarządu spółki zależnej - TeliaSonera Polska. Od kwietnia tego roku jest także dyrektorem generalnym South East Europe TeliaSonera.

ZDOLNOŚCI I SZCZĘŚCIE
Z praktyki naszych bohaterów wynika, że doświadczenie i kontakty zdobyte w czasach studenckich są niezwykle cenne.
Piotr Kuc, prezes firmy kosmetycznej Coty Polska, i Piotr Walczak, szef polskiego oddziału mleczarskiego potentata Lactalis, wiele lat temu pracowali jako konsultanci w raczkujących wówczas firmach konsultingowych. - Choć byłem studentem ostatnich lat handlu zagranicznego SGH, renomowanej przecież uczelni, w 1990 r. nie miałem pojęcia, czym jest konsulting, nie uczono nas tego - mówi Kuc. - Informacja była towarem deficytowym. Aby ją zdobyć, trzeba było uciekać się do różnych sztuczek.
- Oficjalnie szukaliśmy więc materiałów do analiz na studiach, choć w rzeczywistości chodziliśmy po państwowych firmach i zbieraliśmy informacje dla zagranicznych koncernów - wyjaśnia Kuc. Te zagraniczne kontakty były na tyle silne, że z czasem zaoowocowały pierwszymi etatami.
Dla Kuca była to posada w firmie konsultingowej Central Europe Trust, następnie przeszedł do KPMG. Z kolei Walczak trafił do międzynarodowego koncernu Eridania Beghin Say. Firmie tej doradzał m.in. tuż przed zakupem Zakładów Tłuszczowych w Kruszwicy. W 1993 r. został dyrektorem handlowym firmy Ducros, należącej wówczas do Eridanii. W 1997 r. był już w Lactalisie. To za jego kadencji firma rozrosła się. Dzisiaj Walczak dopina kolejny kontrakt - kupuje następną mleczarnię.
- Oprócz zdolności i pracy trzeba mieć też odrobinę szczęścia - uważa Małgorzata Żuławnik, 13 lat temu asystentka i szkoleniowiec, dziś członek zarządu jednej z największych firm informatycznych kraju - HP Polska.
- Miałam szczęście do szefów. To oni wciągali mnie do nowych projektów, podsycali zainteresowanie kolejnymi wyzwaniami. Przez ponad 13 lat pracy w samym HP Żuławnik co 2-3 lata zmieniała stanowisko. Dziś jest na szczycie tej piramidy. I wie, że teraz coraz trudniej jest tam wejść.
- Dzisiaj rozkład popytu i podaży na rynku pracy jest całkiem inny niż w latach 90. - uważa Piotr Kuc. Podaż studentów jest większa, a popyt na nich niewspółmiernie mniejszy. Z drugiej jednak strony swoją bierność ludzie zbyt często uzasadniają stwierdzeniem, że się nie da - dodaje Kuc.
- Pracodawcy nie mają czasu na eksperymenty i nie zatrudniają nowicjuszy w branży - przyznaje Piotr Walczak. Nawet na niższych kierowniczych stanowiskach można spotkać doświadczonych menedżerów. Wydłuża się więc droga do stanowisk decyzyjnych.
- Nie zapominajmy jednak, że w Polsce brakuje np. systemu motywowania firm do zatrudniania stażystów. We Francji w każdej firmie aż roi się od studentów - kończy Walczak.
Z roku na rok wymagania pracodawców wobec pracowników rosną. Jako anegdotę powtarza się ogłoszenie prasowe: `przyjmę do pracy młodego z długim stażem`. To jednak prawda - w cenie są ludzie młodzi i doświadczeni zawodowo. To oni mają największe szanse na to, aby w przyszłości zasiąść w fotelach prezesów.