Odeszła z TVP, bo czuła się dyskryminowana

Odeszła z TVP, bo czuła się dyskryminowana

Dziennikarka Katarzyna Kolenda-Zaleska uważa, że odsunięcie jej od relacjonowania prac komisji śledczej ds. tzw. afery Rywina było dyskryminujące i ze szkodą dla redakcji "Wiadomości".
"Nikt nie miał wtedy tak dobrych kontaktów z politykami " - dodaje. Kolenda-Zaleska zeznawała przed Sądem Rejonowym dla  miasta stołecznego Warszawy jako świadek w procesie karnym o  zniesławienie, który b. prezes TVP Robert Kwiatkowski wytoczył b. wicemarszałkowi Sejmu Tomaszowi Nałęczowi za jego wywiad dla  "Życia Warszawy" z 2003 roku. Nałęcz powiedział w nim m.in., że  Kwiatkowski "zachowuje się w TVP jak peerelowski prezes Radiokomitetu - ta epoka za jego czasów trwa na Woronicza".

Dziennikarka mówiła, że konflikt, po którym odeszła w 2003 r. z  "Wiadomości" po 10 latach pracy w TVP, dotyczył tego, kto będzie obsługiwał komisję śledczą. Kolenda-Zaleska, obecnie pracująca w  TVN, zeznała, że ówczesny szef Wiadomości Piotr Sławiński zarzucił jej nierzetelność w materiale o powstawaniu komisji. Chodziło o  użyte przez nią sformułowania, że tzw. sprawa Rywina jest to  "jedna z największych afer korupcyjnych w Polsce" i że "zdecydowaną większość w komisji będzie miał SLD".

Jak zeznała, w redakcji panowała opinia, że odsunięto ją od  relacjonowania prac komisji, bo "ktoś inny pozwoli sobą manipulować", a ona nie. "To była szykana, bo nie miała merytorycznych podstaw. Nie było tak, że ktoś w redakcji zrobi materiał lepszy od mojego" - zeznała.

Według Kolendy-Zaleskiej, Sławiński nigdy sam nie podejmował decyzji, zawsze je konsultował. "Nie zwierzał się, z kim się konsultuje, ale była to powszechna wiedza, że chodzi o prezesa Kwiatkowskiego, co zresztą jest naturalne w takiej firmie" -  mówiła. Jak powiedziała, to Kwiatkowski zdecydował o zdjęciu jej gotowego już materiału na temat pożyczki, którą ówczesny premier Leszek Miller zaciągnął w banku Aleksandra Gudzowatego. "Wiem to  od Kamila Durczoka, który wtedy rozmawiał przez telefon z  prezesem" - zeznała.

Proces dotyczy prywatnego aktu oskarżenia sformułowanego przez Kwiatkowskiego przeciwko Nałęczowi za jego wywiad pt. "Dość PRL-u na Woronicza" dotyczący sprawy Lwa Rywina. Nałęcz udzielił go we wrześniu 2003 r. "Życiu Warszawy" jako szef sejmowej komisji śledczej do sprawy tzw. afery Rywina.

Powiedział w nim, że Kwiatkowski brał udział w "pracach legislacyjnych, (...) którymi w ogóle nie powinien się zajmować", działał za kulisami afery Rywina "w sferze szarości i  nieformalności", "ingerował w kwestie politycznej własności mediów", "przeprowadził pozorne reorganizacje w TVP służące tuszowaniu afery Rywina" i szykanował ówczesną dziennikarkę "Wiadomości" Jolantę Pieńkowską za "zadawanie niewygodnych pytań" w wywiadach prowadzonych przez nią w radiowej Trójce.

Nałęcz mówił też, że Kwiatkowski "posługiwał się czysto peerelowską metodą szykanowania ludzi, a w szczególności Pieńkowskiej", że "uczestniczył w grupie związanej z aferą Rywina", "jego zachowania nie mieściły się w standardach państwa demokratycznego i cywilizowanego" i że zachowuje się w TVP jak "peerelowski prezes Radiokomitetu - ta epoka za jego czasów trwa na Woronicza".

Były marszałek nie przyznaje się do pomówienia byłego prezesa TVP; grozi mu do 2 lat więzienia.

Proces toczy się od maja 2005 r. Na kolejnej rozprawie zaplanowanej na koniec kwietnia zeznawać będzie ponownie Pieńkowska. Jako świadkowie, powołani przez Nałęcza, wyjaśnienia składać mają m.in. Agnieszka Romaszewska-Guzy, b. członek Rady Nadzorczej TVP Anna Popowicz oraz obecny wiceminister kultury, a  wcześniej członek KRRiT Jarosław Sellin.

pap, ab

Czytaj także

 0