Jej najlepszym dowodem jest "Wszystko gra". Allen uwolnił to dzieło z gorsetu ściskającego jego poprzednie filmy. Nie ma tutaj intelektualistów, Manhattanu, cyklofrenii i neurotycznych gagów, jest za to pomysł, jakiego we wcześniejszych dziełach Nowojorczyka nie było. Film rozkręca się powoli, chwilami jest wręcz nudny. Ale warto uzbroić się dla niego w cierpliwość, warto przywyknąć do oszczędnych dialogów i pustych scen, bowiem to właśnie one budują atmosferę tego nieprzewidywalnego, zaskakującego filmu. Mimo że jeszcze w połowie fabuły nie jest to takie oczywiste, w tym filmie naprawdę wszystko gra. I warto dać szansę wybrzmieć mu do końca.
Oddzielna sprawa, czy chcemy wiedzieć, co Allen tym filmem próbuje nam powiedzieć. "Wszystko gra" to opowieść o szczęściu, o tym, że jeden jego łut może okazać się ważniejszy niż lata katorżniczej pracy. Problem tylko w tym, że reżyser opowiada o tym szczęściu w sposób wyjątkowo cyniczny, wręcz przygnębiający. Od dawna wiadomo, że ludzie znają tylko jedną stronę prawdy - tę opowiadaną przez zwycięzców, przegranych nikt nie chce słuchać. Gdybyśmy poznali obiektywną opowieść o największych triumfach ludzkości, pewnie byśmy się dowiedzieli, że więcej w nich było przypadku i szczęścia niż planowanego działania - jak kreują to ich autorowie. Często te triumfy jednych, były gryzącymi łzami dla innych. Czy to właśnie Woody Allen, człowiek znany z wyrafinowanego, bardzo inteligentnego poczucia humoru, musi być tym, który przypomina nam tak gorzkie prawdy o życiu?
Agaton Koziński
"Wszystko gra" ("Match Point"), reż. Woody Allen, USA/Wielka Brytania, 2005