Pomnik smoleński nie działa na mnie alergicznie, ale też nie wprawia w hurraoptymizm. Może dlatego, że monotematyczność po pewnym czasie zaczyna męczyć, a snucie planów, zamiast konkretnych postanowień dystansuje do pewnych spraw. Wiem jedno: na pewno nie będę walczyć o jego miejsce pod Pałacem Prezydenckim, ale gdy tam stanie, jeszcze tego samego dnia przyniosę bukiet biało czerwonych róż.
Temat ten od pięciu lat wraca jak bumerang, który chyba właśnie został złapany i odłożony na wysoką półkę. Tam grzecznie poczeka do szóstego sierpnia. Nowy prezydent-elekt, Andrzej Duda, przyznał, jak ważny był dla niego Smoleńsk, i jak bardzo przeżył tę katastrofę. W Polsce nastała konsternacja, bo zapytany, gdzie ewentualnie mógłby stanąć pomnik, otwarcie stwierdził, że najlepszym miejscem byłoby Krakowskie Przedmieście. Wstrzymano oddech. Swoją decyzję uzasadnił, że to właśnie przed Pałacem Prezydenckim zbierali się ludzie po 10 kwietnia, i że to oni, samoczynnie wybrali już miejsce. Czy to był ich świadomy wybór, tego do końca nie jestem pewna. Myśląc racjonalnie, gdzie indziej mieliby się gromadzić w celu uczczenia pamięci ofiar, jeśli nie tam? Zginęło 96 pasażerów samolotu, z parą prezydencką na czele, więc wybór miejsca oddania hołdu był dość oczywisty.
Spór o pomnik trwa. Sceptycy powiedzieliby, że jak to zwykle u nas bywa, Polska podzielona na pół. W pierwszym obozie zwolennicy, w drugim przeciwnicy monumentu. Ci pierwsi, od pięciu lat domagają się symbolu pamięci o tragicznie zmarłych ofiarach pod Smoleńskiem. To przede wszystkim entuzjaści panującego ówcześnie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jak sami tłumaczą, przez pomnik chcą oddać hołd, zachować pamięć i historię. Ci gorliwsi, wykazują także wielkie zasługi prezydenta, wspominając go jako prawdziwego patriotę, państwowca, który poświęcił się Polsce.
Co na to przeciwnicy? Sugerują, iż pomnik upamiętni tylko podziały, kłótnie i polityczną hucpę. Zawalidroga - mówią, wskazując, że jedynym rozsądnym dla niego miejscem mógłby być Las Kabacki. Inni dodają, że mamy dużo więcej różnych problemów, niż zastanawianie się nad sensem stawiania kolejnego pomnika, który i tak, tylko oszpeci Warszawę. Najbardziej zlęknieni obawiają się, że stanie się on kością niezgody i pomnikiem wstydu, a tuż za nim, rozpocznie się fala stawiania krzyży.
Jednak z drugiej strony, skoro Aleje Jerozolimskie "zdobi" (w cudzysłowie, bo zastanawiam się, czy jest to dobre określenie) palma, a Plac Zbawiciela kolorowa tęcza, to dlaczego ewentualny pomnik smoleński przy Krakowskim Przedmieściu budzi tyle kontrowersji? To porównanie nie jest przypadkowe, bowiem zaobserwowałam, że w tej sprawie najgłośniej krzyczą ci, co bardzo chętnie zabierają głos w kwestiach wolności, równości i demokracji. Pomnik podzieli? Być może, ale czy tęcza łączy? Demokracja to kompromis, a kompromis to ugoda kończąca spór, która polega na ustępstwach z obu stron. Jeśli są tacy, a jest ich dużo, którym na pomniku zależy, dlaczego z nimi wojować?
Rozumiem tych, którzy powyższym tematem są już znużeni. Rozumiem i tych, których zaczyna on drażnić i irytować. Tym bardziej, że ani rząd, ani media, nie próbowały jak dotąd sporu rozwikłać. Przeciwnie, momentami aż wrzało, gdy dolewano do ognia kolejną porcję oliwy.
Od katastrofy smoleńskiej minęło już pięć lat. O pięć za dużo, bo gdyby pomnik stanął tuż po 10 kwietnia 2010 roku, myślę, że dzisiaj mielibyśmy w Polsce o jeden podział mniej.
Spór o pomnik trwa. Sceptycy powiedzieliby, że jak to zwykle u nas bywa, Polska podzielona na pół. W pierwszym obozie zwolennicy, w drugim przeciwnicy monumentu. Ci pierwsi, od pięciu lat domagają się symbolu pamięci o tragicznie zmarłych ofiarach pod Smoleńskiem. To przede wszystkim entuzjaści panującego ówcześnie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jak sami tłumaczą, przez pomnik chcą oddać hołd, zachować pamięć i historię. Ci gorliwsi, wykazują także wielkie zasługi prezydenta, wspominając go jako prawdziwego patriotę, państwowca, który poświęcił się Polsce.
Co na to przeciwnicy? Sugerują, iż pomnik upamiętni tylko podziały, kłótnie i polityczną hucpę. Zawalidroga - mówią, wskazując, że jedynym rozsądnym dla niego miejscem mógłby być Las Kabacki. Inni dodają, że mamy dużo więcej różnych problemów, niż zastanawianie się nad sensem stawiania kolejnego pomnika, który i tak, tylko oszpeci Warszawę. Najbardziej zlęknieni obawiają się, że stanie się on kością niezgody i pomnikiem wstydu, a tuż za nim, rozpocznie się fala stawiania krzyży.
Jednak z drugiej strony, skoro Aleje Jerozolimskie "zdobi" (w cudzysłowie, bo zastanawiam się, czy jest to dobre określenie) palma, a Plac Zbawiciela kolorowa tęcza, to dlaczego ewentualny pomnik smoleński przy Krakowskim Przedmieściu budzi tyle kontrowersji? To porównanie nie jest przypadkowe, bowiem zaobserwowałam, że w tej sprawie najgłośniej krzyczą ci, co bardzo chętnie zabierają głos w kwestiach wolności, równości i demokracji. Pomnik podzieli? Być może, ale czy tęcza łączy? Demokracja to kompromis, a kompromis to ugoda kończąca spór, która polega na ustępstwach z obu stron. Jeśli są tacy, a jest ich dużo, którym na pomniku zależy, dlaczego z nimi wojować?
Rozumiem tych, którzy powyższym tematem są już znużeni. Rozumiem i tych, których zaczyna on drażnić i irytować. Tym bardziej, że ani rząd, ani media, nie próbowały jak dotąd sporu rozwikłać. Przeciwnie, momentami aż wrzało, gdy dolewano do ognia kolejną porcję oliwy.
Od katastrofy smoleńskiej minęło już pięć lat. O pięć za dużo, bo gdyby pomnik stanął tuż po 10 kwietnia 2010 roku, myślę, że dzisiaj mielibyśmy w Polsce o jeden podział mniej.