Ukryte Piękno - światęczne wzruszenie

Ukryte Piękno - światęczne wzruszenie

kadr z filmu "Ukryte Piękno" (2016)
kadr z filmu "Ukryte Piękno" (2016) / Źródło: Warner Bros Pictures
„Ukryte piękno” Davida Frankela to film skrojony pod świąteczne wzruszenia.

W pierwszej scenie uśmiechnięty Will Smith przemawia do grupy pracowników swojej odnoszącej sukcesy firmy reklamowej. Mówi im, że tak dobrze wykonują swoją pracę, gdyż stosują się do prostej zasady - w każdym ze swoich produktów udaje im się odnosić do trzech rzeczy, które łączą każdego człowieka na Ziemi. Miłości - każdy jej potrzebuje i pożąda. Czasu - każdy chciałby mieć go więcej. Śmierci - nikt przed nią nie ucieknie.

Cięcie. Następuje wyciemnienie ekranu, a przed naszymi oczami pojawia się napis „trzy lata później”. Teraz Will Smith ze smutną miną przewraca pionki domina, które wpędzone w ruch, wywracają skomplikowaną wielokolorową budowlę. Jakże wymowne. Na dodatek zdradzające całą stylistykę dzieła, która jest równie dosadna w swoim przekazie. Oto dowiadujemy się, że Will Smith jest smutny, bo niedawno stracił córkę. Świat wydaje mu się więc teraz pozbawiony nadziei, szary i smutny. Jest to zrozumiałe. Znajomi mężczyzny postanawiają więc mu pomóc, stosując terapię szokową, konfrontując go ze źródłem swojego bólu. Aby tego dokonać wykorzystują fakt, iż Howard pisze listy do… Miłości, Czasu i Śmierci. Tak, pisze listy do abstrakcyjnych pojęć, które pomogły mu odnieść sukces. Teraz stały się źródłem cierpienia. Znajomi wymyślają więc, żeby zatrudnić trójkę aktorów, którzy wcielą się w trzy Abstrakcje i porozmawiają z bohaterem, uzasadniając mu, że pora pogodzić się z rzeczywistością i odzyskać choć trochę wigoru.

To jedynie początek opowiadanej historii, ale już w niej widać, jak prostolinijna i dosadna jest to opowieść. Nie ma tu miejsca na żadne niuanse, czy głębokie portrety psychologicznie. Nie, tutaj wszystko jest podane kawa na ławę, na dodatek z fizycznym artefaktem, który będzie potwierdzać tezę. Aktorzy starają się jak mogą, by coś ciekawego wycisnąć ze swoich postaci, ale w natłoku bohaterów, udaje im się to tylko kilkakrotnie.

Wszystkiego jest tu za dużo - za dużo bohaterów, za dużo „wzruszających” sytuacji, za wiele manipulacji. Jak gdyby twórcy chcieli ugotować zbyt wiele barszczy na jednym rosole, niepotrzebnie piętrząc wątki poboczne, których zadaniem wydaje się jedynie wymuszenie na widzu wzruszenia za wszelką cenę. „Nie rusza Cię los naszego bohatera? To może przejmiesz się tym, co spotkało każdego z jego pracowników?”, zdają się mówić kolejne sceny.

Wygląda to trochę tak jakby twórcy chcieli stworzyć skomasowany atak na wrażliwość widza. Trzeba im przyznać, że finalnie rzeczywiście udaje im się go poruszyć, w jednym z końcowych twistów. Szkoda jednak, że twórcy tak bardzo nie wierzą w swoje dzieło, że po chwili dorzucają jeszcze jeden twist, który nie dość, że neguje połowę swojego wcześniejszego pomysłu, to jeszcze nadmiernie stawia na mistycyzm.

Film najsilniejszy jest w krótkich scenach, które w zasadzie nie wnoszą nic do ogólnej opowieści, będąc czymś w rodzaju one-linerów, czy sytuacji gagowych, bawiących w oderwaniu od całego dzieła. Gdy bohaterka Helen Mirren pyta „Czy nikt już nie ogląda rzeczy dłuższych niż 8 sekund?” nie tylko daje prztyczka w nos swojemu własnemu filmowi, ale pokazuje też zatrważający trend w dzisiejszej kulturze, która spłyca wiele sytuacji, dla szybkiej, natychmiastowej reakcji. Gdy bohater Nortona komentuje oglądaną produkcję, również nabija się z Hollywoodzkiego zamiłowania do sequeli, rebootów i spin-offów.

Powiedziawszy tyle cierpkich słów, warto jednak zauważyć, że mimo wszystko, serce scenarzystów było w odpowiednim miejscu. Starając się opowiedzieć historię o radzeniu sobie ze stratą, dotknęli realnego problemu i wymyślili skomplikowany plan jego naprawy. W pewnym momencie niestety zgubili gdzieś logikę i umiar, dając się nadmiernie ponieść emocjonalnym zagrywkom. Mimo wszystko, jeśli jesteśmy w stanie przełknąć łopatologiczne rozwiązania, świąteczne wzruszenie gwarantowane.

Ocena: 6/10

 2
  • sabina IP
    Jeśli film jest środkiem przekazu, jeśli jego funkcją jest nie tylko 90 minutowe bombardowanie ogłupiałych głów hukiem wystrzałów i wprowadzanie w stan transu i czekania na jeszcze głośniejszą i okrutniejszą scenę, jeśli do kina przychodzą ludzie z wrażliwością i wyobraźnią, to ten film został stworzony właśnie dla nich. I nie obchodzi mnie, że trochę "po amerykańsku". Ważne, że komuś się w ogóle chciało...
    Nie, nie znajdziecie tu scen mrożących i tak już zmrożoną krew w żyłach, gra aktorska ma może chwilami pewne mankamenty, z tym też mogę się zgodzić, ale : film dotyka rzeczy ważnych, film przypomina zapędzonemu w wir codziennych zadań człowiekowi, który wpada do kina na ostatnią minutę, bo "były korki", że warto zwolnić, zobaczyć, przyjrzeć się temu, co mamy i że nikt nam nie gwarantuje jutra..
    Recenzja pomija zupełnie pewne niewidoczne i metaforyczne przesłanie filmu. Fabuła jest całkiem ciekawa, a wręcz filuteryjna i zaskakująca. Trzeba tylko chcieć coś widzieć.
    Reasumując: Film, dla wszystkich, którzy lubią czasem pomyśleć. Dla mnie 10/10.
    • Ewelina i Łukasz. ? IP
      Film godny polecenia! ? W skali od 1-10 daje 10!!!!! ??

      Czytaj także