Miodek: nigdy nie proponowano mi współpracy z SB

Miodek: nigdy nie proponowano mi współpracy z SB

Prof. Jan Miodek, językoznawca, który wytoczył proces publicyście Grzegorzowi Braunowi o ochronę dóbr osobistych za zarzucenie mu współpracy z SB, oświadczył w czwartek przed wrocławskim sądem, że nigdy nie proponowano mu takiej współpracy.

"Nigdy nie proponowano mi współpracy. Nigdy nie składałem żadnych sprawozdań. Nikt mnie nie szantażował. Nie stawiano żadnych warunków - mówił Miodek.

Pozwał on Brauna w związku z wypowiedzią publicysty na antenie Polskiego Radia we Wrocławiu 20 kwietnia 2007 r. Dziennikarz zarzucił w niej Miodkowi współpracę z tajnymi służbami, kwestionując jednocześnie jego legitymację do wypowiadania się przeciw lustracji pracowników szkół wyższych.

Profesor domaga się publicznych przeprosin oraz wpłaty przez pozwanego 50 tys. zł na cel społeczny. Braun wnosi o oddalenie powództwa w całości.

Miodek przyznał w czwartek przed sądem, że pięć razy miał kontakty z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa, ale dotyczyły one "tylko i wyłącznie wyjazdu na stypendium zagraniczne". "Nigdy nie pytano mnie o środowisko akademickie" - podkreślił.

Wyjaśnił, że pierwszy kontakt z SB miał tuż przed wyjazdem na stypendium zagraniczne, o które się nie starał, a na które został wysłany przez swojego profesora. "Zostałem wezwany na rozmowę na komisariat milicji, gdzie spotkałem się z funkcjonariuszami SB w cywilnych ubraniach. Rozmowa miała charakter instruktażowy. Pouczono mnie, że powinienem unikać kontaktów z dziennikarzami zagranicznymi, zwłaszcza dziennikarzami Radia Wolnej Europy" - mówił językoznawca.

Dwa kolejne takie kontakty językoznawca miał kilka miesięcy po swym powrocie z zagranicy w 1977 r. Wtedy SB - mówił Miodek - pytało mnie o instytut, na którym wykładałem, o jego strukturę. "Pytali o rzeczy, które można było znaleźć w encyklopedii" - powiedział. Dodał, że druga z tych rozmów była protokołowana i została podpisana przez niego na koniec rozmowy.

Kolejna, czwarta rozmowa odbyła się - według profesora - w stanie wojennym, kiedy to dwóch esbeków przyjechało do instytutu profesora i poprosiło o konsultację językową. "Chodziło o jakąś antyradziecką ulotkę. Chcieli, abym powiedzieć coś o języku jakim została ta ulotka napisana, czy są w niej jakieś rusycyzmy" - mówił Miodek. Podkreślił, że nie udzielił żadnej odpowiedzi.

Do ostatniego kontaktu językoznawcy z SB miało dojść w 1984 roku. "Ówczesny rektor chciał mnie wysłać z cyklem wykładów do Kanady. Wezwano mnie na rozmowę, podczas której pytano mnie o kontakty z dziennikarzem zagranicznym. Gdy zapewniłem, że takich nie miałem, pozwolono mi odejść" - mówił profesor. Dodał, że ostatecznie jego wyjazd został odwołany "za karę".

"Dzisiaj mogę powiedzieć, że prawdopodobnie chodziło o kasetę amerykańskiego dziennikarza, która była przechowywana w moim domu" - mówił językoznawca. Wyjaśnił, że w tym czasie wyszedł z więzienia Władysław Frasyniuk i z okazji jego uwolnienia odbyła się msza św. w jednym z wrocławskich kościołów. Dziennikarz nagrał uroczystość i schował kasetę u językoznawcy w obawie, że zostanie mu odebrana przez SB. Według Miodka, esbecy zatrzymali kierowcę dziennikarza, gdy z adresem napisanym na kartce jechał do językoznawcy po kasetę.

Po publikacji Brauna na Uniwersytecie Wrocławskim powołano Komisję Historyczną, która zajęła się zbadaniem akt Miodka, znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej. W komunikacie z maja 2007 r., komisja opisała dokumenty IPN, stwierdzając, że mają one charakter wewnętrzny i wytworzone zostały bez wiedzy zainteresowanego, a zgromadzony materiał nie pozwala na wyciąganie jednoznacznych wniosków.

Procesowi przygląda się obserwator Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. mec. Mikołaj Pietrzak. "Nie zajmujemy się tym czy prof. Miodek współpracował, czy nie. Fundacja chce skontrolować na ile państwo polskie zapewnia osobie pomawianej o współpracę mechanizmy, które chronią przed dziką lustracją" - powiedział PAP Pietrzak.

pap, ss

Czytaj także

 0