Żywa przynęta

Żywa przynęta

Wybrałem smutny kraj do mieszkania, bo sam jestem smutasem, pasuję do Polski – mówi John Porter, walijski muzyk, kompozytor i tekściarz. Właśnie pojawiła się jego najnowsza płyta „Honey Trap”.

Czym jest „Honey Trap”?

Zwrot pochodzi z Chin. Kilka lat temu wybuchł tam skandal. Skorumpowani biznesmeni wykorzystywali piękne, młode kobiety, by wykradały tajemnice i pomagały w podpisywaniu nielegalnych kontraktów. Zjawisko nazwano erotyczną pułapką, właśnie „honey trap”. Taka żywa przynęta, przy pomocy której szantażowano wielu ludzi. Metaforycznie spodobało mi się to określenie, działa na wyobraźnię, nie tylko seksualnie.

Co jest twoją pokusą?

Nie powiem ci.

A jednak trochę odsłaniasz się na swojej nowej płycie.

Pierwsza miłość zawsze będzie żyła w podświadomości.

Eleena?

Tak, Eleena Wong wciąż do mnie wraca.

Nie chcesz jej odnaleźć?

Spróbuj znaleźć kogoś, kto ma nazwisko Wong! Szukałem w sieci, wiem, że wyszła za mąż i nic więcej. Rozdzielili nas jej rodzice, wpływowi ludzie, bardzo bogaci. Ja miałem 19 lat i byłem absolutnie zakochany. Byliśmy razem dwa lata, to był związek doskonały, chociaż z pewnością go idealizuję.

Powiedziałeś kiedyś, że dała ci oprawę romantyczną na całe życie.

Wraz z nią zakodowało się we mnie coś, jakaś siła, która nie chce umrzeć.

Nie wyglądasz mi na romantyka.

Staram się, uwierz. Chociaż z kwiatkami i świecami mi nie wychodzi. Nie jestem romantyczny w standardowy sposób. Jakiś czas temu poszedłem jednak do kwiaciarni, kupiłem w moim poczuciu piękny bukiet, potem się dowiedziałem, że idealnie nadaje się na pogrzeb. Jakiś sens w tym chyba był? Mój romantyzm polega na ugotowaniu dobrej kolacji.

Słowo „darkness” pojawia się w prawie każdym utworze na nowej płycie.

Ciemność towarzyszy mi od zawsze, ale ten najciemniejszy czas już chyba minął. I pewnie jest tak, że ciemność góruje. Ale ona jest przydatna do tworzenia, pisania, grania muzyki i odczuwania życia jako takiego. Chodzi o to, by nie dać się jej absolutnie, nie dać się pogrążyć.

I nie pogrąża cię?

Przychodzą ciemne dni, nie chcę wtedy widzieć się ze światem. Z nikim. Czasami czuję, jakbym wisiał między światami. Murakami często o tym pisze. Że ciężko znaleźć granicę między jasnym a ciemnym. I ja nie umiem, czasami jestem pośrodku.

„I only know there’s a hole in my soul”. Wiem tylko, że w mojej duszy jest pustka.

W tym utworze chciałem być szczery ze sobą. Można znać swoje mocne strony, ale je ignorować i skupić się na tym, co nierozwiązane.

Jesteś smutny?

Powiedziałbym, że jestem stonowany. Bardzo lubię brytyjskie poczucie humoru. Szybki, bystry dowcip, no ale z pewnością nie jestem typem radosnego człowieka. Staram się nie dołować ludzi obok siebie, ale wiem, że bywam odbierany jako ciężki. Nie zależy mi jednak, by przez jakieś tandetne czy medialne ruchy szukać akceptacji. Brzmi okropnie?

A dla siebie masz akceptację?

Może nie tak, żeby od razu siebie kochać, ale nie zabijam ludzi na ulicach. Powoli zaczyna mi być wygodnie w swojej skórze, chociaż pewnie niewiele osób by się z tym zgodziło. Mam już 64 lata. Lubię z minionych sytuacji budować nowe historie.

Co to znaczy?

Rozstałem się z pewną kobietą, jakiś dworzec, samotny powrót do domu. I nic, pustka. Można zatracić się w samotności albo stworzyć coś nowego. Na przykład jakiś dobry kawałek do śpiewania. Długo mówili na mnie dzikus, ale nie jestem socjopatą, chyba. Smutek, tajemnica – to są podniecające sprawy. Chodzi o to, by nie dać emocjom rządzić, ale wyciągnąć z nich coś, stworzyć utwór na bazie tych przeżyć. Czasami zresztą okazuje się, że ta atrakcyjna tajemniczość niczego za sobą nie kryje.

Twoja płyta jest bardzo spójna, od początku do końca snujesz smutne opowieści.

Ja bym powiedział – refleksyjne. To nie jest rozpacz i bezruch, nie chcę się przecież zabić. To dla mnie konkretne opowieści o stanach, których doświadczam. Kolejność utworów układałem świadomie. A z tym smutkiem to jest tak, że on był chyba od początku.

To o początkach chwilę porozmawiajmy. Miałeś sześć lat, zaćmę i rodzice oddali cię do internatu oddalonego od domu o kilkaset mil.

Wracałem do domu na wakacje. Chociaż raz zapomnieli mnie odebrać. Pieprzy mi głowę ten okres. Widzę, że moje obecne zachowanie ma źródło w tamtym czasie, że zachowuję się jak ten sześciolatek.

Czyli jak?

Czuję się osaczony, nie można do mnie dotrzeć, mówię, że to koniec i idę. Sam nie wiem gdzie. Tam, w internacie, nie miałem prywatności, swojej przestrzeni. Inaczej niż w domu, gdzie był kawałek świata, tylko mój kawałek. Dlatego tak uwielbiam samotność, bardzo ją doceniam. W szkole cały czas się buntowałem, miałem serdecznie dosyć ludzi, uciekałem od nich. Do dzisiaj męczy mnie tłum, a nawet większa liczba osób w pokoju. Inaczej mam tylko podczas koncertów, chociaż wolę, by nie było znajomych na widowni. W sumie nie wiem, jak to jest mieć życie rodzinne, nigdy się nie nauczyłem tak zwanej rodzinności. Szukam swojego miejsca.

Studiowałeś politologię, a potem wyjechałeś stopem do Berlina Zachodniego. Co tam robiłeś?

Zakochałem się parę razy. Poza tym sprzedawałem warzywa, sprzątałem ulice, pracowałem w szpitalu jako sanitariusz, kopałem doły. Grałem też w jakichś klubach. Z kumplami z Londynu mieliśmy taką zabawę, kto pierwszy dostanie się stopem do Berlina. Zazwyczaj wystarczała doba. Lata 70. w Berlinie to był ciekawy okres. Miasto kosmopolityczne, różni kolorowi ludzie, rozrastające się komuny. Życie studenckie pulsowało. Poza tym kwitło życie polityczne, tylko inaczej niż teraz. Ludzie wierzyli, że polityka ma sens i można nią zmienić świat. Kiedyś trafiłem do pewnej komuny. Niby hipisi, ale w mieszkaniu idealny porządek, czysto, regularne posiłki, wszystko działało jak w wojsku. W jednym pokoju ogromna kolekcja płyt – okazało się, że wszystkie ukradli. Nie rozumiałem, co to za system, w którym kradnie się płyty. Planowali jakiś zamach. Uciekłem, tym bardziej że wszyscy spali w jednym pokoju, orgia.

Z Berlina trafiłeś do Polski. Zembaty, Kuroń, Braunek, ciekawe towarzystwo.

Tak zwana bohema. To była końcówka opozycji, magiczne czasy. Ci ludzie mnie przyjęli, te spotkania były inspirujące.

Jak odbierałeś komunizm?

Przypominał mi mój szkolny internat. Tam za pokazanie swojej osobowości dostawało się cięgi. Dosłownie. Kije grubości bambusa, moczone w wodzie, dostosowane do przewinienia. Gnojenie ludzi, żeby im coś udowodnić, pokazać, zmienić. Podobnie było w komunistycznej Polsce. Taki ciężki Monty Python. Wszyscy wiedzieli, że głupio trzymać jedną linię, ale prawie wszyscy stali równo w szeregu. Idiotyzm. Pewnie stąd te podróże przez różne światy, w poszukiwaniu wolności, przestrzeni.

Cenzura zatrzymała twoją płytę „Mobilization”.

To był stan wojenny, tytuł nie był miły dla władzy. Płyta przeczekała dwa lata, w końcu się pojawiła. Myślę, że Polacy cały czas zachowali trochę komunistycznej mentalności. Choćby przekonanie, że białą kopertą wszystko można załatwić. W Anglii na przykład nie dyskutuje się z policjantem, a tu każdy próbuje. Każdy jest prawnikiem, władzą. No i to, co dzieje się na scenie politycznej, to koszmar. Ale lubię w was to, że zamiast sztucznej obłudy i przyklejonego uśmiechu jesteście szczerzy, bezpośredni.

Podobno kierowcy bardzo ci przeszkadzają.

Sam nie prowadzę, może dlatego jeszcze żyję. Kierowcy w Polsce szarżują. W pewnym brytyjskim przewodniku o Polsce jest napisane, żeby w miarę możliwości unikać prowadzenia auta. Bardzo dużo chodzę, widzę obowiązującą hierarchię. Kierowca jest panem, potem jest rowerzysta, pieszy na końcu. Zdarza mi się, że kiedy idę przez pasy, ktoś na mnie trąbi. Początkowo to był dla mnie szok, teraz mnie to tylko wkurza. Ktoś musi być górą, coś udowadniać.

Mieszkasz tu 30 lat. Nie chciałeś nigdy wyjechać?

Wybrałem trochę szary i smutny kraj do mieszkania, bo sam jestem smutasem, pasuję tutaj.

Płyta kończy się utworem „Something New”, czyli coś nowego. Zaskakujące.

Bo po tych wcześniejszych utworach okazuje się, że wcale nie szykuję się do grobu?

Tak. Chciałbyś się jeszcze zakochać?

Nie wiem. Mam serdecznie dość tego uczucia, tych wzlotów, koszmarnych upadków. Ale ci, co mówią, że nie chcą się zakochać, potem najbardziej kochają. Nie wiem, co będzie. Czasami jest tak, że w życiu nic się nie dzieje, zastój. Wtedy pojawia się chęć, by zakochać się w życiu, w czymś, niekoniecznie w człowieku. Moja siostrzenica przeprowadziła się niedawno do Pekinu, zaczęła pracować w szkole, przewróciła swoje życie do góry nogami. Wszystko jest możliwe.

Planujesz jakąś rewolucję?

Nie, dość rewolucji. Po prostu niczego nie wykluczam.

Czego byś chciał jeszcze od życia?

Chętnie bym pomieszkał przez rok w Chinach. Mój najmłodszy syn studiuje tam język chiński. Robi to, co ja chciałem.

Uważasz, że pierwsza miłość jest nie do przebicia?

Każda inna przechodzi przez ten pierwszy pryzmat. I nie ma w tym braku szacunku czy miłości do obecnego partnera. Tę pierwszą się idealizuje, chociaż mój pierwszy związek naprawdę był idealny. Byłem wtedy hipisem, ona damą z wyższych sfer. Zabrali ją do Hongkongu i kontakt się urwał, na zawsze. Może przeczyta wywiad i mnie znajdzie?

Myślisz o śmierci?

To najbardziej realna rzecz przede mną.

I co myślisz o śmierci?

Że to może być bardzo ciekawe doświadczenie. Z pewnością to przykre opuszczać bliskich, ale jednak dla nich to większy trud. Myślę, że to wielka przygoda. Coraz więcej śmierci wokół mnie, przyglądam się tym, którzy odchodzą, i myślę sobie wtedy, że ja też tak mogę.

Uśmiechasz się, gdy to mówisz.

Ten uśmiech to taki pancerz, ale z drugiej strony wolę się ciekawić śmiercią, niż się jej bać. Staram się być spokojny, chociaż nie jestem w tym doskonały. Może będę w samolocie, który spada do wody, i będę darł się w przerażeniu?

W co wierzysz?

Że wiele rzeczy istnieje, a ja ich nie widzę, że słabo znam świat. I chcę więcej. �

Okładka tygodnika WPROST: 41/2014
Więcej możesz przeczytać w 41/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0