Produkt do słuchania

Produkt do słuchania

Violetta, największa globalna gwiazda młodzieżowej popkultury, której serialowe losy śledzi 40 mln widzów, a na koncerty której przychodzą tysiące fanów, została wymyślona tak, by dorastała ze swoimi odbiorcami. I taka jest przyszłość kreowania dziecięcych idoli.

Nastolatka, która nie zna swojej matki. Nie wie też, że jej guwernantka to tak naprawdę jej ciotka, w której kocha się ojciec, genialny inżynier, ale boi się wyjawić swoje uczucia, bo jest ona siostrą zmarłej żony. Brzmi jak opis tandetnej argentyńskiej telenoweli spod znaku „Zbuntowanego anioła”? Oczywiście. Bo „Violetta” to nic innego jak argentyńska klasyczna opera mydlana, tyle że bardzo zmyślnie skonstruowana. Za pieniądze pochodzące od korporacji Disneya Argentyńczycy zrealizowali pierwszą na świecie telenowelę dla dzieci, łączącą w sobie dwie wydawałoby się odległe konwencje młodzieżowego musicalu i obyczajowej opowiastki dla kucharek. Dziś „Violetta” bije rekordy popularności na całym świecie. 40 mln widzów serialu, ponad 50 mln użytkowników na stronie i 80 mln odsłon profilu na Facebooku.

2,2 TYS. ZA BILET NA KONCERT

Ten fenomen nie ominął też Polski. Marcowe koncerty gwiazd występujących w serialu wyprzedały się na pniu, a organizator musiał negocjować z gwiazdami jeszcze jeden występ. Zachwyceni odbiorem aktorzy obiecali szybko wrócić do Polski. Następne koncerty Violetty już w sierpniu (22.08 – Warszawa, 25.08 – Kraków, 26.08 – Kraków). I mimo zaporowych cen (najdroższy bilet: 2200 zł!) sprzedają się jak świeże bułeczki, a 18-letnia Martina Stoessel (czyli tytułowa Violetta) uchodzi dziś za największą młodzieżową gwiazdę na świecie.

Światowy fenomen serialu i pochodzącej z niego muzyki to przykład mechanizmu kreowania współczesnych gwiazd dla dzieci. „Violetta” wykorzystując konstrukcję dorosłej „opery mydlanej”, pokazuje, w którą stronę zmierza popkultura dla dzieci. Koncern Disneya uznał, że kreowanie gwiazdy, która będzie dorastać ze swoją publicznością, musi iść w parze z konwencją przeznaczoną dla dojrzałych odbiorców. Stąd ruch z telenowelą. Od ponad 50 lat towarzyszą one kobietom w każdym wieku, dlaczego zatem nie użyć tego gatunku, by widzowie mogli dorastać z bohaterką?

Genialne w swej prostocie, ale też niebezpieczne. „Violetta” bowiem nie jest jedynym przykładem współczesnego tworzenia idoli dla dzieci w oparciu o mechanizmy jak najbardziej dorosłe. Fenomen One Direction nie wziął się z niczego innego jak przełożenia mechanizmu fenomenu The Beatles, tyle że skierowanego dla dzieci. Słyszeliście o siostrach Kylie i Kendall Jenner? Pewnie nie, ale wasze 15-letnie córki zapewne chcą żyć jak one. A kim są Kylie i Kendall? Ano nastoletnimi celebrytkami, które nie śpiewają, nie tańczą i nawet nie potrafią grać. Mają za to swoją linię błyszczyków do ust i są przyrodnimi siostrami Kim Kardashian. Tej samej pani, która swoją karierę celebrytki rozpoczęła od upublicznienia w sieci przeznaczonej tylko dla dorosłych sekstaśmy z sobą w roli głównej.

Wszystko wskazuje na to, że w dzisiejszym świecie nastolatków pojęcie idola stało się pojęciem względnym. W większości przypadków nastoletni gwiazdorzy nie są nawet związani z jakimś konkretnym obszarem kultury masowej. Są i muzykami, i aktorami, i celebrytami, i internetowymi awatarami. Wszystkim, czym trzeba. Na zmianę w rozumieniu roli idola miało wiele czynników, ale żeby ją prześledzić, musimy cofnąć się w czasie do chwili, gdy pojęcie idola nastolatków się narodziło. Powszechnie w historii pop- kultury za pierwszego idola mas uchodzi Rudolf Valentino, tragicznie zmarły gwiazdor (w 1926 r.) kina niemego, do którego wzdychały kobiety na całym świecie. Ponieważ kultura masowa była wówczas w powijakach, nikt jeszcze nie myślał o tym, aby na poważnie oddzielać obiekty westchnień mam od obiektów westchnień córek. Stąd też przez kolejne dekady bohaterami łączącymi rodziny stawali się artyści, którzy de facto występowali głównie dla dorosłej publiczności. Takim kimś byli Frank Sinatra, Dean Martin, a nawet James Dean. Zmiana nadeszła w chwili, gdy ikoną popkultury stał się Elvis Presley. Mamy rok 1956. Młody chłopak z gitarą śpiewa przejmującą pieśń „Heartbreak Hotel”, poruszając przy tym biodrami. Mamy były zachwycone, córki także, ale erotyczne podteksty były wtedy nie do przyjęcia. I chociaż oczywiście Presley stał się ikoną zarówno dorosłych, jak i dzieci, to szefowie wytwórni płytowych zaczęli szukać wykonawcy, który śpiewałby podobnie, ale nie był tak wyzywający. Kogoś, kogo piosenki można puścić w telewizji, nie narażając się na oburzenie tradycjonalistów. I tak narodziły się w Stanach gwiazdy Pata Boone’a i Tommy’ego Sandsa. Ten pierwszy dobrze wychowany i bardzo religijny (żyje do dziś i jest ikoną republikanów) stał się ulubieńcem grzecznych dziewczynek, drugi stał się Presleyem w wersji light. Dziś oczywiście mało kto o nich pamięta, ale to od nich zaczęło się dzielenie rozrywki na część dla najmłodszych i dla tych dojrzałych.

Nawet kiedy wybuchła rewolucja obyczajowa, a przez USA przetoczyła się hipisowska rewolta, popkultura z uporem godnym lepszej sprawy pilnowała tego podziału. Stąd np. ugrzeczniona wersja The Beatles, czyli The Monkees (pierwszy w historii boysband powstały w drodze castingu), disco pop The Osmonds (rodzinny zespół, którego członkowie byli silnie związani z Kościołem Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich), a nawet The Jackson 5, które było dziecięcą odpowiedzią na fenomen funku i soulu. Ten podział na muzykę i kulturę dla dorosłych i dla dzieci przetrwał nawet hedonistyczne lata 80. Dopiero późniejsze o dekadę pokolenie MTV dokonało pierwszego wyłomu. Nagle, niemal znikąd, pojawia się śliczna jak cukierek Britney Spears, która co prawda opowiadała, że jest dziewicą (co swoją drogą było sygnałem zmian, nigdy wcześniej bowiem dziecięce gwiazdy nie odnosiły się do seksu), wykonując przy tym piosenkę pod tytułem „…Baby One More Time”, w której pojawia się fraza: „When I’m not with you I lose my mind/ Give me a sign/ Hit me baby one more time” (którą dosłownie przetłumaczyć można tak: „Gdy nie ma ciebie blisko, odchodzę od zmysłów/ Daj mi jakiś znak/ Uderz mnie skarbie jeszcze raz). Rodzice zamarli. Czy ten blond aniołek właśnie zaśpiewał, że chce, aby ktoś ją uderzył? Czy Spears promuje sado-maso? Domysły i spekulacje dotyczące przekazu piosenki ciągnęły się latami i w zasadzie do dziś nie wiadomo, o co w niej chodziło. Ale wyłom nastąpił. Wytwórnia, która wypuściła singiel, osiągnęła sukces. Jawnie erotyczny tekst wyśpiewany przez nastolatkę został mimo wszystko zaakceptowany. „…Baby One More Time” okazało się jednym z najlepiej sprzedających się singli w historii, a granica między tym, co dorosłe, a tym, co dziecięce, zaczęła się zacierać.


DISNEY SZUKA ZŁOTEGO ŚRODKA

Fenomen Britney oczywiście pociągnął za sobą masę naśladowczyń, ale nie okazał się tak dochodowy, jak przewidywano. Przede wszystkim Britney i jej naśladowczynie nie przebiły się do kina ani telewizji. Ich gwiazdy owszem świeciły dłużej niż sezon, ale nie gwarantowały bezustannych zysków i nie budowały franczyzy, czyli gadżetów, które można sprzedać nastolatkom i dzieciom, wprowadzając ich w świat idoli. I tu na arenę wkracza największy producent filmów oraz programów dla dzieci: Disney. Szefostwo koncernu bardzo uważnie przyglądało się karierom dziecięcych i młodzieżowych gwiazd. Zresztą sami próbowali wypromować kilka z nich, ale z dość słabym skutkiem. I wtedy Terri Minsky (m.in. „Seks w wielkim mieście”) wpada na genialny pomysł. Dlaczego wszystko dzielić? Dlaczego gwiazda serialu nie może stać się równocześnie gwiazdą estrady i kinową aktorką? Dlaczego producenci mają powielać dawne mechanizmy promocji (czyli po kolei, w zależności od rodzaju uprawianej sztuki, najpierw podbija się rynek płytowy, potem kinowy), skoro ewidentnie nie nadążają one za zmianami w kulturze i świecie.

Czasy, kiedy dzieci (i odbiorcy w ogóle) mieli ograniczony dostęp do towarów, dawno temu odeszły w zapomnienie. Internet sprawił, że informacje dostępne są wszędzie, dzięki czemu nie trzeba już tygodniami czekać na odpowiedź publiczności w Europie. Każdy dostaje to samo w tej samej chwili. Więc może warto spróbować stworzyć dziecięce gwiazdy, które przestaną być przywiązane do jednego rodzaju sztuki. Tak powstaje serial „Lizzie McGuire”, w którego tytułową bohaterkę wciela się Hilary Duff. O co w nim chodziło? W dużym uproszczeniu: to rzecz o grupie dziewczyn z liceum, które siedzą i opowiadają żarty o chłopkach w szkole. Taki wstęp do „Seksu w wielkim mieście”. Młoda aktorka, poza graniem w nim, także śpiewa, a jej płyta ukazuje się niemal równocześnie z serialem. Duffy podbija świat. Dwa lata później podobny eksperyment Disney powtarza z Lindsay Lohan. Efekt? Miliony sprzedanych płyt i hity kinowe. „Zakręcony piątek” z 2003 r. wykorzystujący stary motyw zamiany ciałami mamy i córki zarobił 160 mln dolarów. A dzieciaki otrzymały nowy rodzaj gwiazdy – piosenkarko-aktorko-celebrytkę, której daleko do bycia dzieckiem. Zarówno Duff, jak i Lohan nie były już niewinnymi dziewczynkami w stylu Shirley Temple. Malowały się i nie udawały, że nie rozmawiają o seksie.

Resztę historii już znamy. Jonas Brothers stają się bohaterami nastolatków dzięki serialowi „Camp Rock” (wariacja na temat popularnych komedii o letnich obozach i inicjacjach seksualnych). Dzięki serialowi gwiazdą staje się także rozśpiewana Demi Lovato. Potem przychodzi czas na „Hannah Montana” i Miley Cyrus, „High School Musical” (w zasadzie nowa wersja słynnego musicalu „Grease”) z Zackiem Efronem. A dziś na „Violettę” – operę mydlaną dla dzieci z motywami przewodnimi rodem z filmu dla dorosłych. Macherzy z Disneya przez ostatnią dekadę zmienili na zawszę rynek dziecięcych idoli, tworząc globalną fabrykę gwiazd. Każdy ze wspomnianych seriali i filmów to rodzaj franczyzy z gadżetami, zabawkami i biżuterią.

DZIECIĘCA KARIERA KORPORACYJNA

Tym tropem idą inni promotorzy dziecięcych i młodzieżowych gwiazd. Przykład? Fenomen Justina Biebera. Co prawda nie grał w serialach, ale od początku kariery traktowany był przez agentów jak dorosły gwiazdor. Stąd fenomenalny pomysł na promocję chłopca w talk-show, m.in. u Dave’a Lettermana czy Ellen DeGeneres, oraz rejestrowanie występów tak, aby zrobić z nich filmy kinowe. Dawne metody promocji dziecięcych ikon uległy zużyciu. Nie ma już czegoś takiego jak dziecięca kariera – jest kariera korporacyjna, spreparowana tak, aby zarabiać w każdym segmencie rynku. Przy okazji proponuje się młodemu odbiorcy produkty na przyszłość. Skoro i tak dzieci mają dostęp do sieci, oglądają reality show, to może zamiast im tego zakazywać, należy zaproponować coś również widzom najmłodszym. Jeśli panowie z One Direction dorastają, nie należy, jak do tej pory, szukać po cichu nowych gwiazd. Po prostu wypuszcza się ich w trasę z ich młodszą wersją, czyli 5 Seconds of Summer. To chłopcy z Australii, których album w zeszłym roku sprzedał się w milionie egzemplarzy.

Oczywiście to, jak odbija się korporacyjne myślenie na młodych gwiazdach, wiemy z doniesień prasy brukowej. Lindsay Lohan nie ma jeszcze trzydziestu lat, a jest na dnie. Miley Cyrus balansuje w swoich występach na granicy pornografii, a Bieber coraz częściej zamiast grać koncerty, daje się aresztować. Ale to efekt uboczny kariery, na który zresztą zarówno Disney, jak i inni producenci mają swoje sposoby. Co się stało, kiedy Miley Cyrus wyrosła i przestała się sprzedawać? Ano pojawiła się Taylor Swift – nowa, słodka dziewczyna z sąsiedztwa. Biznes nie znosi próżni, zwłaszcza ten skierowany do dzieci. Poza tym w czasach karier internetowych odnalezienie zastępcy dla wygasającej gwiazdy to kwestia kilkunastu kliknięć myszką (i kilku milionów dolarów na promocję.) A jak wpłynie świat nowych idoli na nasze dzieci? O tym sami przekonamy się za kilka lat. Jedno jest pewne – dzięki swoim idolom wejdą w dorosłość o wiele szybciej niż my. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

GADŻETY VIOLETTY

Lampka na biurko

150 zł

Seria lalek Fashion Dolls

80 zł

Słuchawki, mikrofon, zestaw karaoke

250 zł

Zestaw szkolny: słuchawki, plecak, piórnik, długopisy

250 zł

Zestaw do pieczątek dla dzieci

80 zł

Okładka tygodnika WPROST: 23/2015
Więcej możesz przeczytać w 23/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także