Bloggerzy to w większości młodzi ludzie pochodzący z Hawany, którzy pracują w różnych zawodach. Prezentują krytyczne spojrzenie na bolączki społeczne takie jak głód, analfabetyzm, choroby czy brak dostępu do internetu. Chociaż problemy znajdują się one na porządku dziennym, oficjalne media kubańskie milczą na ten temat.
Pionierką w działalności tego typu jest 34-letnia Yoani Sanchez. Jej blog zatytułowany "Generacja Y"(litera Y występuje w wielu kubańskich imionach jej rówieśników-red.) i była ona jedną z pierwszych osób używających podpisu.Członkowie Komitetu Ochrony Dziennikarzy z siedzibą w Nowym Jorku, zastanawiają się, czy fenomen blogu przyczyni się na Kubie do rozkwitu wolności słowa, czy może sprowokuje kolejną nagonkę rządową na media, podobną do tej z 2003 roku.
Nagradzana za granicą Sanchez tłumaczy: " Obecnie Kubę można porównać do gotującej się zupy, która zaraz wykipi jeśli nie przelejemy jej do większego garnka." Castro jest świadom zagrożeń związanych z legalizacją dostępu do internetu dla Kubańczyków. Z drugiej strony jego wizerunek na arenie międzynarodowej nie jest zbyt popularny, więc nie może sobie pozwolić na poważne nadużycia.
Dla większości Kubańczyków użytkowanie internetu nadal jest zabronione. Rząd Castro usprawiedliwia się problemami technicznymi wynikającymi z embarga Stanów Zjednoczonych.Ustawa z 2003 roku mówi, że każda osoba, która otrzymuje wynagrodzenie w dolarach ma prawo użytkować internet (większości obywateli płaci się w peso-red.) i krajowy dostawca internetu ma obowiązek dostarczać usługę wszystkim zainteresowanym. W praktyce jednak większości wysokich funkcjonariuszy, lekarzy czy cudzoziemców pozostaje bez dostępu do sieci.
Prześladowani bloggerzy udają się więc do hoteli, kafejek internetowych, na uniwersytetów lub do ambasad. Do tego jednak potrzebne są środki finansowe i zawsze jest ryzyko interwencji "policji internetowej", grupy studentów informatyki zatrudnionych przez Castro do monitorowania treści nieoficjalnych blogów.