Optymistyczny znaczy dziś fantastyczny

Optymistyczny znaczy dziś fantastyczny

KULTURA. RUSHDIE O WOJNIE ŚWIATÓW To haniebne, że bogate państwa Zatoki Perskiej nie zrobiły dotąd absolutnie nic dla uchodźców, z którymi łączą ich język, kultura i religia – mówi Salman Rushdie. W Polsce ukazała się właśnie jego kolejna powieść „Dwa lata, osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy”.

Dlaczego wojna światów, o której pan pisze w swojej książce, zaczyna się w Nowym Jorku?


W Nowym Jorku pełno jest opowieści. Wystarczy wsiąść do taksówki i okazuje się, że kierowca pochodzi z Azerbejdżanu, jego ojciec był kiedyś ministrem spraw zagranicznych, a potem doszło do zamachu stanu i cała rodzina musiała uciekać. Albo okazuje się, że ludzie, którzy prowadzą sklepik na rogu, pochodzą z Korei i z jakichś powodów musieli się przenieść na drugi koniec świata. Jeśli cię interesują opowieści o ludziach, którzy pochodzą z różnych stron, to Nowy Jork jest dla ciebie najlepszym miejscem. Bo większość ludzi, którzy tu mieszkają, jest przyjezdna. Dziś czuję się najbardziej związany z tym miastem, dlatego zdecydowałem, że to pokażę właśnie na przykładzie Nowego Jorku, że świat został zaatakowany. Oczywiście jest to fikcja powieściowa, ale z drugiej strony wcale nie jest to aż taka fikcja, żebyśmy nie mieli skojarzeń z niedawnymi wydarzeniami. Zresztą atak rozszerza się, główne sceny bitewne rozgrywają się gdzieś tam w Iraku czy też Mezopotamii, by odwołać się do tej starożytnej nazwy.

Konstruowanie swojej opowieści-baśni zaczyna pan od całkiem współczesnych bohaterów.

Jedną z pierwszych postaci, które wymyśliłem, był mister Geronimo. Pewnego dnia odkrywa, że zaczął lewitować, że jego stopy nie dotykają ziemi i unosi się na wysokości połowy cala. Smuciło mnie i śmieszyło jednocześnie, że ktoś, kto jest ogrodnikiem i uprawia ziemię, zaczyna żyć w oderwaniu od niej. Geronimo jest głównym bohaterem męskim, ale rozpiąłem wokół niego całą sieć opowieści. Miasto jest wypełnione tłumem opowieści wpadających jedna na drugą, pełno tu narracji wędrujących obok siebie po chodniku albo stojących obok siebie w metrze. Od mojego debiutu, od „Dzieci północy”, chciałem napisać coś takiego. Ale początkowo rozmyślałem o tych wszystkich postaciach odrębnie, o tym, jaka jest ich historia i co robią. Jest wśród nich autor komiksów z Queens; kobieta, która naciąga bogatych facetów, i inna, biorąca udział w konkursie na opowieść o slumsach. Bardzo wiele z tych postaci to nowojorczycy.

Ale kluczową rolę odgrywają dżinny. Skąd ten pomysł?

W Indiach ciągle się o nich wspomina w odniesieniu do zdarzeń dnia codziennego. „To robota dżinna” mówią ci, gdy na przykład łapiesz gumę. Albo „dżinn potrącił kieliszek”, kiedy zdarzy ci się rozlać wino. Tak więc ludzie wciąż żyją z tym poczuciem, że duchy są wśród nich i stwarzają kłopoty. Uwielbiałem opowieści o nich jako dziecko. Naturalnie najpierw tylko słuchasz o dżinnach, bo członkowie rodziny opowiadają ci o nich, ale w miarę dorastania zaczynasz czytać książki. Właśnie dzięki baśniom zakochałem się w literaturze i ten powrót do źródeł był taki przyjemny. Chciałbym dodać, że oczywiście dżinny istnieją w ramach tradycji islamu. W Koranie poświęcono im nawet rozdział, ale tak naprawdę one są starsze, wywodzą się z czasów przedislamskich. Poza tym dżinny nie wierzą w Boga, i to mi się spodobało, bo nie chciałem się wdawać w kwestie religijne. Oczywiście wszyscy znamy opowieści o dżinnach uwolnionych z lampy i spełniających życzenia albo o czarnoksiężnikach, którzy potrafią uwięzić dżinna w butelce i zmusić, by im służył. Ale ja swoje powieściowe duchy stworzyłem na podstawie tradycyjnego malarstwa indyjskiego, bo za czasów cesarza Akbara namalowano wiele cudownych dzieł z mitycznymi wojownikami i dżinnami, pokazywanymi jako wielkoludy wyposażone w magiczne moce. Księżniczka Dunia, dżinnija, czyli dżinn płci żeńskiej, która jest główną bohaterką powieści, zalicza się do dobrych duchów i kiedy tzw. mroczne dżinny atakują Ziemię, księżniczka przybywa z odsieczą. I tak oto dochodzi do wojny światów.

Kiedyś pan już sięgał po tematy baśniowe, pisząc dwie książki dla swoich synów.

Tamte książki, „Harun i Morze Opowieści” oraz „Luka i Ogień Życia”, sporo zawdzięczają tradycji ludowej przypowieści. Trzeba jednak wiedzieć, że zbiory takie, jak „Księga tysiąca i jednej nocy”, „Kathasaritsagara” czy „Pańćatantra”, nie zostały napisane dla dzieci. Ich język jest dość skomplikowany, niejednokrotnie są wręcz filozoficzne czy mistyczne. Trzeba być osobą dorosłą, by odczytywać je właściwie. Przystępując do pracy, pomyślałem sobie: „Ciekawe, co by z tego wyszło, gdybym wykorzystał tę kopalnię opowieści i spróbował napisać taką współczesną baśń dla dorosłych?”. A z drugiej strony w literaturze amerykańskiej pojawiło się ostatnio wiele nowych utworów napisanych przez emigrantów. Wcześniej tworzyli je żydowscy pisarze z Europy Wschodniej, tacy jak Isaac Bashevis Singer, czy przybysze z Włoch, ale teraz mamy w Ameryce autorów z całego świata. Junot Díaz z Dominikany i Nam Le z Wietnamu też piszą powieści amerykańskie. Stwierdziłem więc: skoro mam walizki wypchane rzeczami z wielu miejsc, ciekawe, co z tego wyjdzie, jeśli je rozpakuję i porozrzucam to wszystko po całym Manhattanie, gdzie mieszkam od 16 lat?

Swoją opowieść osnuł pan wokół losów XII-wiecznego arabskiego filozofa i teologa Ibn Ruszda. Skąd zainteresowanie tą postacią?

Mój ojciec był wielbicielem filozofii Awerroesa, który naprawdę nazywał się Ibn Ruszd. Żył w XII-wiecznej Kordobie, stolicy arabskiej Hiszpanii. Był zafascynowany Arystotelesem. Wierzył w rozum, naukę oraz logikę i pragnął włączyć je do tradycji islamskiej. Awerroes był zwalczany przez fanatyków za swoje liberalne poglądy. Mimo to przez jakiś czas był nawet kimś w rodzaju nadwornego filozofa i osobistego medyka kalifa Kordoby, ale zwolniono go z tej funkcji, wygnano z miasta, a książki spalono. „Skąd ja to znam?” – pomyślałem sobie, kiedy się tego dowiedziałem. To znaczy najpierw spodobała mi się jego filozofia, ale kiedy odkryłem, że nasze biografie mają ze sobą wspólne elementy, pomyślałem, że jest w tym coś niezwykłego. Tym bardziej że mój ojciec zmienił nasze rodowe nazwisko na Rushdie, by uczcić Ibn Ruszda. I jeszcze jeden niezwykły przypadek. Ktoś mnie spytał, ile czasu zabrało mi napisanie tej powieści. I obliczyłem, że dokładnie tyle, ile jest powiedziane w tytule, choć nadając go powieści, nie miałem o tym pojęcia. Ale pracowałem nad nią dwa lata, osiem miesięcy i jeszcze kilka tygodni.

Czy można powiedzieć, że powieściowy Ibn Ruszd myśli podobnie jak Salman Rushdie?

Jest między nami jedna ogromna różnica. On uważał się przede wszystkim za człowieka religijnego. Tyle że starał się włączyć racjonalizm, metodę naukową, logikę do świata filozofii opartej na religii. Mnie to nie interesuje, ale mimo to jest między nami wiele podobieństw i dlatego tak bardzo mi się spodobał jako bohater. Początkowo Awerroes miał wystąpić tylko w prologu, chciałem napisać o sporze między nim a Al-Ghazalim. Ale potem stwierdziłem, że ten konflikt trwa do dziś, tyle że w innym kształcie. A jego spadkobiercy: konserwatyści i postępowcy, wierzący i racjonaliści są wśród nas. Udzieliłem niejako zgody ich duchom na spieranie się na przestrzeni wieków i ostatecznie przerodziło się to w motyw przewodni powieści, że raz po raz się pojawiają i ze sobą walczą.

Pana książka dobrze się jednak kończy. Niektórzy krytycy uważają, że chciał pan nam dać baśń na miarę XXI w.

Nie jestem przesadnym optymistą. Żyjemy w mrocznych czasach, wystarczy włączyć wiadomości, żeby się o tym przekonać. Ale jestem nieco zmęczony tymi czarnymi wizjami przyszłości. Literatura, teatr, kino – wszędzie dystopie. Nawet najlepsze książki są pozbawione nadziei i radości. Dlatego nie chciałem pisać powieści, w której wszystko jest straszne, potem staje się jeszcze gorsze i koniec jest nieszczęśliwy. W czasach, kiedy studiowałem historię, nauczyłem się, że jest nieprzewidywalna. Nie przypomina pociągu pędzącego po torach. Myślę, że gdybyśmy rozmawiali na początku 1989 r. i powiedziałbym panu, że Związek Radziecki przestanie istnieć, pomyślałby pan, że jestem szalony, bo to państwo wydawało się potężne. Dziś sytuacja na świecie wygląda fatalnie, więc prawdziwym elementem fantastycznym w powieści jest jej optymistyczne zakończenie. Myśl, że sprawy mogą jeszcze przybrać pomyślny obrót.

Stawia pan w swojej nowej powieści ważne pytanie o miejsce religii we współczesnym świecie.

Jestem dzieckiem lat 60. Moje pokolenie myślało o seksie, narkotykach i rock and rollu, wojnie w Wietnamie, prawach człowieka, równouprawnieniu kobiet, ale temat religii wydawał się zamknięty. I wizja, w której fanatycy religijni wrócą na środek sceny i staną się siłą zagrażającą światu, że będziemy się ich bać codziennie, wydawała się zupełnie nieprawdopodobna. Ale po pół wieku stała się rzeczywistością. Szczerze mówiąc, nie jestem religijny i nigdy nie chciałem zajmować się tą tematyką, a jednak bardzo trudno jest pisać powieść o współczesnym świecie, nie biorąc tych kwestii pod uwagę.

Ale fanatycy są w mniejszości. Wielu obserwatorów uważa np., że ISIS, które kontroluje dziś ogromne obszary na Bliskim Wschodzie, skazane jest na upadek. Twierdzi tak choćby Orhan Pamuk.

Też tak myślę. Jeśli się spojrzy na te miejsca, gdzie ekstremizm religijny najbardziej urósł w siłę, to bardzo szybko tracił zwolenników. Na przykład w Afganistanie za czasów talibów, podobnie jest z mułłami czy ajatollahami w Iranie albo w Algierii, gdzie władze też przejmują ekstremiści. Kiedy ludzie widzą konsekwencje fanatyzmu, bardzo szybko mówią: „nie, już dziękujemy, nie chcemy tego”. I to jest drugie optymistyczne proroctwo płynące z mojej powieści. Ta pożoga ogarnie cały świat, ale ostatecznie się wypali.

Niektórzy mówią, że pełzająca wojna między Państwem Islamskim i Zachodem to nasza wina. Że to efekt podbojów kolonialnych i eksploatacji ekonomicznej.

Jest taka tendencja, zwłaszcza na lewicy, żeby tak mówić, ale ja tu nie widzę naszej winy. Moim zdaniem jest to zjawisko, które zrodziło się w świecie muzułmańskim. I tak powinniśmy na to patrzeć. Wiąże się to również z zapaścią instytucji państwowych w wielu krajach islamskich. Nie byłoby ISIS, gdyby nie faktyczny rozpad Iraku i Syrii. A kiedy państwa nie ma, różne gangsterskie ugrupowania próbują przejmować władzę brutalnymi metodami.

A jak pan patrzy na uchodźców z krajów islamskich płynących do wymarzonej Europy, to co pan myśli?

Przede wszystkim trzeba odróżnić emigrantów od uchodźców. Myślę, że w większości przypadków ci, którzy płyną do Europy, uciekają, bo chcą się ratować. To znaczy, że są uchodźcami. Nie mam pojęcia, jak tę sprawę rozwiązać, ale nie można pozwalać, by ci ludzie ginęli. Europa nie dopracowała się jeszcze właściwej strategii, choć powinna. Ale muszę powiedzieć, że to haniebne, że bogate państwa Zatoki Perskiej nie zrobiły dotąd absolutnie nic dla uchodźców, z którymi łączą ich język, kultura i religia. Po zakończeniu pielgrzymki do Mekki w Arabii Saudyjskiej pozostają klimatyzowane namioty, które mogą pomieścić 3 mln ludzi. Są wykorzystywane przez zaledwie tydzień w roku, kiedy trwa hajj. Czyli mogliby przygarnąć 3 mln ludzi, a nie przyjęli nikogo. Druga kwestia to: dlaczego ci ludzie uciekają i jak położyć temu kres. Bo trzeba tu spojrzeć na te wszystkie wojny domowe, w Syrii, Iraku, Somalii i Erytrei. Trzeba je zakończyć, jeśli chcemy rozwiązać problem, i myślę, że potrzebna jest tu jakaś globalna inicjatywa.

Europa boi się uchodźców. Obawy przed ich przyjmowaniem są bardzo silne. Również w Polsce.

Ten strach jest zrozumiały. Ludzie się boją, że to są najeźdźcy, że rodzima kultura zostanie zatopiona przez tę falę. Są też obawy przed radykalnym islamem. Humanitarne odruchy ścierają się ze strachem i w rezultacie ludzie nie wiedzą, co należy robić. Z jednej strony nikt nie chce patrzeć na umieranie milionów uchodźców u bram Europy, a z drugiej nie wiadomo, ilu z nich bogaty Zachód jest w stanie wchłonąć. Jedne kraje przyjmują uchodźców, inne stawiają płot z drutu kolczastego, tak więc panuje chaos. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

SALMAN RUSHDIE

(rocznik 1947)

Jest jednym z najwybitniejszych współczesnych prozaików. Dzieciństwo spędził w indyjskim Bombaju, ale kształcił się w Anglii, m.in. w Cambridge. Po studiach pracował jako copywriter w agencji Ogilvy & Mather. Sukcesem okazała się jego druga książka – opowiadające o narodzinach niepodległych Indii „Dzieci północy” wyróżnione Bookerem w 1981 r. Prawdziwą, choć niechcianą, sławę przyniosły mu jednak „Szatańskie wersety”, gdzie jako postać pojawia się Mahomet. Z tego powodu obłożył pisarza fatwą irański ajatollah Chomeini. Rushdie przez kilka lat żył w ukryciu, obawiając się zamachu. I słusznie, gdyż jednego z tłumaczy powieści zabito. Rushdie chętnie flirtuje z popkulturą. Pojawił się na ekranie w „Dzienniku Bridget Jones”, a zespół U2 nagrał piosenkę z jego tekstem. W 2007 r. pisarz otrzymał od królowej tytuł szlachecki.

Okładka tygodnika WPROST: 48/2015
Więcej możesz przeczytać w 48/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0