Ministerstwo instytutów

Ministerstwo instytutów

Dodano: 
Minister kultury Kazimierz Michał Ujazdowski zostanie zapamiętany nie tylko jako inspirator pamiętnej promocji kultury jogurtu, ale także jako jeden z aktywniejszych powoływaczy instytutów. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, samo wciąż chore na przerost administracyjny, obudowuje się coraz większą liczbą rozmaitych placówek, których kompetencje niejednokrotnie się dublują. Niektóre ministerialne instytuty i centra powstały jeszcze w PRL, inne stworzono w III Rzeczypospolitej. Każde pochłania kolejny kawałek tego i tak niewielkiego tortu, jakim są pieniądze budżetowe przeznaczone na kulturę.

Nie tylko artyści
Status tak zwanych narodowych instytucji kultury, podlegających bezpośrednio ministerstwu i przez nie finansowanych, przysługuje dziś 36 placówkom. Powszechnie wiadomo, że należą do nich na przykład Teatr i Opera Narodowa, Filharmonia Narodowa, krakowski Stary Teatr, muzea narodowe w Warszawie, Krakowie i Poznaniu, Wawel, Wilanów i warszawski Zamek Królewski, Łazienki, Wieliczka czy Malbork, a także galeria Zachęta i Centrum Sztuki Współczesnej. W efekcie reformy administracyjnej wiele innych instytucji podległych resortowi kultury przeszło w gestię władz lokalnych. Czasem trudno uzasadnić, dlaczego przydarzyło się to na przykład warszawskiemu Muzeum Etnograficznemu, a nie Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa czy gdańskiemu Muzeum Morskiemu (które instytucjami narodowymi pozostały), podobnie jak trudno powiedzieć, dlaczego podzieliło ten los znane ze swej kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi (ostatnio jednak ministerstwo postanowiło je współfinansować - podobnie jak wrocławski Teatr Polski, sejneńską Fundację Pogranicze i Ośrodek Praktyk Teatralnych w Gardzienicach). Placówki te nie są jednak instytucjami narodowymi. Nie jest nią też - wbrew nazwie - Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia.
Ministerstwu podlega oczywiście Biblioteka Narodowa, nie każdy jednak wie, że również Naczelna Dyrekcja Archiwów Państwowych oraz muzea w Oświęcimiu, Majdanku i Stutthofie. Większość pozostałych narodowych instytucji kultury to rozmaite biura, ośrodki, instytuty.

Atlas instytutów ministerialnych
Podstawą prawną ich powoływania jest ustawa o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej, a powstają one na mocy zarządzeń ministra. Wyjątkiem jest powołany przez premiera PRL w 1974 r. Instytut Kultury. Liczył on wówczas 100 pracowników i mieścił się w prestiżowym punkcie Warszawy - Pałacu Prymasowskim. Dziś 14 pracowników urzęduje w kilku pokojach w cytadeli, a ich głównym zadaniem są prace nad tak zwanym atlasem kultury polskiej, ilustrującym nasycenie poszczególnych regionów instytucjami kulturalnymi i środkami na ten cel przeznaczonymi. Dostają na te badania pieniądze z Komitetu Badań Naukowych. Również kulturalną mapą Polski, ale w sposób praktyczny, zajmuje się liczące dziś około 30 pracowników Centrum Animacji Kultury, które wydaje kalendarze i informatory oraz organizuje kursy edukacyjne i aktywizujące dla społeczności lokalnych.
Jakby tego było mało, minister Ujazdowski powołał niedawno Instytut Dziedzictwa Narodowego. Tam również tworzy się informacje o kulturze - za miesiąc pojawi się w Internecie Portal Kultury Polskiej. Instytut ma też prowadzić działalność wydawniczą (m.in. "Historia kultury polskiej", "Historia teatru polskiego", ale także - wspólnie z Kartą - "Historia Polski XX w. poprzez relacje świadków"). Ponadto będzie koordynować obchody jubileuszowe, na przykład dla uczczenia Cypriana Kamila Norwida czy Ignacego Paderewskiego, ale i prymasa Wyszyńskiego. - Myślę, że historia i myśl polityczna jest jak najbardziej naszym dziedzictwem narodowym - podkreśla dyrektor Tomasz Merta.
Każda z wymienionych instytucji potrafi znaleźć sobie zajęcie, lecz nie da się ukryć, że ich kompetencje są zbliżone. - Trzeba było najpierw sformułować zadania, które są do wykonania, i dopiero tworzyć narzędzia do ich wypełniania. W moim przekonaniu stało się odwrotnie - mówi pracownik ministerstwa pragnący zachować anonimowość.

Instytut dyplomatyczny
Jednocześnie tworzy się kolejna resortowa instytucja, która w istocie pełni funkcje międzyresortowe. Powołał ją jeszcze minister Andrzej Zakrzewski w porozumieniu z ministrem spraw zagranicznych Bronisławem Geremkiem. Faktycznie Instytut Adama Mickiewicza powstał dopiero w tym roku. Początkowo jego status i cele wydawały się enigmatyczne: miał m.in. przygotowywać materiały dla zagranicznych Instytutów Polskich, które podlegają Ministerstwu Spraw Zagranicznych. - Teoretycznie byłoby logiczne, gdyby te instytuty były w gestii Ministerstwa Kultury, ale przecież współdziałają z naszym pionem: z ambasadami i konsulatami - przyznaje Alina Magnuska z Departamentu Promocji MSZ. MSZ dostało więc instrument na swoje potrzeby za pieniądze innego ministerstwa, lecz miesiąc temu podpisało z Instytutem Adama Mickiewicza (IAM) umowę, na podstawie której zleca temu ostatniemu - odpłatnie - konkretne zadania. W skład kolegium doradczego wchodzi po trzech przedstawicieli obu ministerstw. Dyrektora mianuje minister kultury, ale po zasięgnięciu opinii ministra spraw zagranicznych. IAM organizuje duże imprezy (na przykład w tym roku Europalia w Brukseli i Dni Kultury Polskiej w Rosji), nadto wspiera osoby zajmujące się promocją polskiej kultury za granicą (m.in. tłumaczy literatury polskiej) i opracowuje prezentacje na międzynarodowych targach książki. To instytucja potrzebna, niemniej jednak sposób jej umocowania prawnego między dwoma ministerstwami budzi zdumienie - tym większe, że w obu ministerstwach istnieją departamenty promocji.

Moloch i przyległości
W tym roku minister powinien jeszcze powołać Instytut Chopinowski (na mocy uchwalonej niedawno ustawy), a także biuro pełnomocnika do spraw budowy Muzeum Sztuki Współczesnej. Zakładanie nowych instytucji opozycja uznała za próbę zapewnienia synekur działaczom bliskim rządzącej formacji. - Mam nominację od ministra na cztery lata, z zabezpieczeniami na mocy kodeksu pracy, ale wiemy z doświadczenia, że wszystko jest możliwe i nowa ekipa zawsze może wymyślić na przykład reorganizację - mówi Damian Kalbarczyk, dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza. - Zabezpieczenia nie są zbyt mocne, bo byłoby to podejrzane - dodaje Tomasz Merta.
Na szczęście nie chodzi tu o placówki duże. Instytut Adama Mickiewicza zatrudnia kilkanaście osób, a Instytut Dziedzictwa Narodowego - osiem. Wcześniej powstałe instytucje również ulegają odchudzeniu. Instytut Kultury sam chciał się rozwiązać, minister Zakrzewski nie zgodził się jednak, bowiem musiałby przejąć jego długi. Łatwiej dziś powołać nową placówkę, niż zlikwidować starą - każdy kolejny minister boi się takich gestów. Boi się też poddać kuracji odchudzającej samego ministerialnego molocha.

Okładka tygodnika WPROST: 19/2001
Więcej możesz przeczytać w 19/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0