Próba głosu

Próba głosu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Po raz pierwszy od wielu lat Opera Narodowa zamówiła dzieła u kompozytorów
Operą kameralną "Ignorant i szaleniec" Pawła Mykietyna warszawski Teatr Wielki rozpoczął listę, miejmy nadzieję, że długą, premier zamówionych przez siebie utworów u polskich autorów. Dzięki temu można się będzie przekonać, czy nasi twórcy potrafią znaleźć formę odpowiadającą atmosferze współczesności i zaspokajającą przy tym oczekiwania operowego widza.

Dlaczego mało jest polskich oper
Niewielu z żyjących polskich kompozytorów miało możność zmierzenia się z gatunkiem operowym. Nikt przecież nie zaryzykuje pisania tego typu dzieła do szuflady - twórczość ta wymaga zbyt wielkiego nakładu pracy, by można było ją traktować jak hobby. Dyrekcjom naszych teatrów muzycznych przez wiele lat w ogóle nie przychodziło do głowy zamawianie nowych dzieł. W ostatnich dziesięcioleciach powstawały więc tylko opery na zlecenia teatrów zagranicznych. Dla scen europejskich i amerykańskich pisał Krzysztof Penderecki, Eugeniusz Knapik stworzył tryptyk operowy "The Mind of Helena Troubleyn" dla sceny brukselskiej, a kameralne dzieło Elżbiety Sikory "L’Arrache-coeur" wystawiono najpierw we Francji, gdzie autorka mieszka od lat, a dopiero potem w Warszawie. Pojedyncze utwory zamawiała Warszawska Opera Kameralna. Jedynym polskim dziełem, które miało premierę w Operze Narodowej po "Manekinach" Zbigniewa Rudzińskiego z lat 70., jest bajka dla dzieci "Pan Marimba" Marty Ptaszyńskiej.
Obecna dyrekcja warszawskiego Teatru Wielkiego narzuciła sobie dwie istotne powinności, które mają służyć odnowie polskiego życia operowego. Jedną z nich jest pozyskiwanie nowych reżyserów operowych, najczęściej ze świata teatru czy filmu (m.in. Mariusz Treliński, Mikołaj Grabowski czy Krzysztof Warlikowski), drugą - zamawianie nowych dzieł. Pierwszym wystawionym utworem, który powstał na zlecenie, była miniopera "The Music Programme" Roxanny Panufnik (choć kompozytorka jest córką Andrzeja Panufnika, trzeba ją uznać za twórczynię brytyjską, całkowicie ukształtowaną w tamtejszej kulturze), a drugim - "Ignorant i szaleniec" Pawła Mykietyna. Teraz czekamy na dzieło większego formatu, które pisze dla Opery Narodowej najwybitniejszy dziś twórca średniego pokolenia, Paweł Szymański. Jesienią tego roku w Warszawskiej Operze Kameralnej odbędą się też prawykonania dzieł zamówionych w związku z obchodami czterechsetlecia opery. Coś więc w tej dziedzinie drgnęło.

Jak dziś pisze się opery
Nie jest to łatwe. Po pierwsze, z powodu ograniczonych możliwości wykonawczych i finansowych: wystawienie opery zawsze było kosztowną zabawą. Po drugie, twórca stoi przed zadaniem pełnym sprzeczności. Z jednej strony konwencja operowa jest skostniała, z drugiej strony to ona właśnie stanowiła zawsze największą atrakcję tego gatunku. Bo na czym polega opera, jeśli nie na śpiewaniu akcji? Poza tym odbiorcę najbardziej interesuje to, co mu najbliższe, czyli współczesność. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że twórca działający w tzw. kulturze wysokiej odtworzy ową współczesność w sposób zbyt wyrafinowany dla widza operowego. Jeśli ktoś kocha eksperymenty, będzie zachwycony, ale bardziej konserwatywny odbiorca znajdzie się w kłopocie.
Są w dzisiejszej twórczości operowej dzieła monumentalne: albo utrzymane bardziej w duchu tradycyjnym jak utwory Pendereckiego, albo poruszające współczesną tematykę, nawet polityczną (na przykład "Nixon w Chinach" Amerykanina Johna Adamsa), nierzadko wykorzystujące arsenał nowoczes-nych środków technicznych (opery stworzone przez Louisa Andriessena z Peterem Greenawayem). Takich produkcji nie sposób na razie wystawić w Polsce. W ostatnich latach próbowano jednak i w naszych teatrach wprzęgnąć zaawansowaną technikę do realizacji dzieł dwudziestowiecznych ("Echnaton" Philipa Glassa w łódzkim Teatrze Wielkim oraz "Król Roger" w Operze Narodowej).
Jeśli chodzi o język muzyczny, różnie to bywa w zależności od kontekstu kulturowego. W kręgu niemieckim tacy kompozytorzy, jak Bernd Alois Zimmermann czy Wolfgang Rihm, kontynuują tradycje gęstego ekspresjonizmu. Twórcy amerykańscy, bliżsi kulturze pop, często odwołują się do powtarzalności i prostoty. Określa się ich mianem minimalistów (Glass czy Adams). Z estetyki postmodernizmu zaś wywodzi się coraz częstsze ukazywanie współczesności poprzez pastisz, satyrę, gorzki żart. Do tego typu wypowiedzi bardziej pasuje forma kameralna, łatwiejsza do wystawienia. Pastisze są też bardziej zrozumiałe dla publiczności. W tej konwencji właśnie utrzymany jest nowy utwór Pawła Mykietyna.

Sztuka przeciw sztuce
"Ignorant i szaleniec" to bardziej teatr z muzyką niż opera. Młody, utalentowany i uhonorowany już licznymi nagrodami kompozytor od kilku lat współpracuje ściśle z jednym z najbardziej znanych i kontrowersyjnych reżyserów młodego pokolenia Krzysztofem Warlikowskim. Jego muzyka zawsze była zauważana przez recenzentów (czasem nawet jako jedyna pozytywna strona przedstawienia).
"Ignorant i szaleniec", według sztuki austriackiego autora Thomasa Bernharda (tego od wystawionego niedawno przez Krystiana Lupę "Wymazywania"), pomyślany został na scenę operową, ponieważ jednym z głównych wątków jest tu opera, i to nie byle jaka - "Czarodziejski flet" Mozarta. Bohaterka, zwana Królową Nocy (wspaniała w tej roli Olga Pasiecznik), jest słynną śpiewaczką, zmęczoną i sfrustrowaną rolą "maszyny do koloratury". Jej "satelitami" są Ojciec, niewidomy alkoholik, i demoniczny Doktor opowiadający o tym, jak się przeprowadza sekcję zwłok. Pierwszy akt to oczekiwanie na główną bohaterkę, która spóźnia się na własne przedstawienie: muzyka oddaje zastygłą atmosferę beznadziejności. Pod koniec aktu wraz z Królową Nocy pojawia się napięcie, podniesione przez zmodyfikowane cytaty z Mozarta. W drugim akcie nastrojowi beznadziei poddaje się także główna bohaterka. Na tle trwającego pół godziny powolnego pastiszu walca - muzyki "knajpianej" - bohaterowie po kolejnym sukcesie diwy snują rozważania o bezsensie sztuki i pustce życia. Te typowe dla austriackiego dramaturga wątki nie są odkrywcze, jak też nie jest objawieniem całość utworu Mykietyna. Należy sądzić, że dla trzydziestoletniego twórcy jest to po prostu próba głosu przed poważniejszymi wypowiedziami.

Więcej możesz przeczytać w 20/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0