Thank You, Mr. Clinton

Thank You, Mr. Clinton

Dodano:   /  Zmieniono: 

Czy odkrycie Ameryki przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. na zawsze pozostanie najlepszym interesem w historii Europy, czy też Europa potrafi zrobić interes lepszy - powtórnie odkryć Amerykę w roku 2001 albo 2002, czyli wreszcie kupić amerykański patent na sukces i zastosować go u siebie?
"Mamy jedyną obsesję: Stany Zjednoczone - przyznaje francuski filozof i eseista Jean-Fran˜ois Revel. - Nie potrafimy się pogodzić z faktem, że stały się one jedynym supermocarstwem. A zwłaszcza bardzo się staramy nie pytać, dlaczego się nim stały". Europejczycy (i nie tylko oni) starają się nie pytać, na czym polega amerykański patent na sukces, bo w gruncie rzeczy dobrze to wiedzą; dobrze wiedzą, dlaczego żarówka, samolot, kasa sklepowa, kuchenka mikrofalowa, telewizor, długopis, magnetowid, zamek błyskawiczny, komputer i Internet ruszyły na podbój świata z Ameryki, a nie z Europy. Otóż stało się tak i dzieje nadal, bo Amerykanie wolną przedsiębiorczość przedłożyli nad bezpieczeństwo socjalne oraz z żelazną konsekwencją trzymali się zasad wolnego rynku i konkurencji bez jakichkolwiek taryf ulgowych - zauważył austriacki ekonomista i filozof Ludwig von Mises. Dzieje się tak, bo "Amerykanie kochają ryzyko, a Europejczycy - bezpieczeństwo" - zauważył Michael Novak, amerykański filozof, religioznawca i socjolog. Dzieje się tak, bo "USA nigdy nie miały znaczącej partii socjalistycznej, a przegrani obwiniają tam siebie, a nie system; nienawidzą siebie, zamiast się złościć na zwycięzców", w rezultacie czego Stany Zjednoczone "są państwem zwycięzców rządzonym przez zwycięzców dla zwycięzców" - zauważył amerykański ekonomista Edward Luttwak.
"Przeciętnemu Polakowi wydaje się, że Ameryka to to samo co Europa Zachodnia, tylko dalej i jeszcze dostatniej. Nic bardziej złudnego" - napisali Jarosław Giziński i Tadeusz Zachurski, autorzy "Ameryka, głupcze!", cover story tego numeru "Wprost". "Stany Zjednoczone są całkiem innym rodzajem państwa i społeczeństwa - to wiecznie poddawany sprawdzianowi eksperyment, to społeczeństwo oparte nie na wspólnocie miejsca zamieszkania i więzach krwi, ale na wspólnocie interesów i wartości". Na tym właśnie polega amerykracja - ów unikatowy w skali światowej, stworzony przez Amerykanów koktajl demokracji i naprawdę wolnego rynku - system, który zapewnił im prymat w świecie, a proces globalizacji przemienił u schyłku XX wieku w proces amerykanizacji. "Amerykańskim produktem, który najskuteczniej podbija świat, okazuje się sam amerykański model sukcesu, lecz pójście w ślady USA to trudne zadanie. Znacznie trudniejsze niż produkcja coca-coli, sprzedawanie hamburgerów albo montaż komputerów" - konstatują Jarosław Giziński i Tadeusz Zachurski.
Mamy tego, niestety, liczne dowody także w Europie, także w Polsce. Eksperymenty odpornych na amerykański patent na sukces azjatyckich i europejskich (w tym polskich) poszukiwaczy "trzecich dróg" i "nowych środków" sprawiają, że fala migracji do USA nie słabnie: imigrantem jest co trzeci amerykański noblista, imigrantami są dziesiątki tysięcy przedsiębiorców, którzy zainicjowali amerykańską rewolucję informatyczną - wśród nich założyciel Intela Andy Grove i współtwórca internetowego portalu Yahoo! Jerry Yang. USA wciąż, niczym magnes, ściągają do siebie ludzi pragnących odnieść sukces; dzieje się tak, bowiem "amerykański system wolnej konkurencji jest najskuteczniejszy na świecie. Możecie mi wierzyć, mieszkałem i w Azji, i w Europie, i w Ameryce" - zapewnia John Tu, imigrant z Chin, współtwórca wytwarzającej półprzewodniki firmy Kingston. Były prezydent USA Bill Clinton (który w tych dniach będzie mówił w Warszawie o globalizacji, czyli amerykanizacji) oraz jego poprzednicy - Ronald Reagan i George Bush senior - mają w doskonaleniu tego systemu wolnej konkurencji i nadaniu amerykanizacji kolejnego rozpędu swój ważny udział. Podobnie jak w sprzyjającemu naszym sukcesom w procesie amerykanizacji przyjęciu Polski do NATO.
Gdy w kwietniu 1992 r. wraz z kilkoma dziennikarzami przez chwilę przysłuchiwałem się w Owalnym Gabinecie krótkim oświadczeniom prezydenta George’a Busha seniora i premiera Jana Olszewskiego, marzenie o Polsce w NATO było jeszcze dalekie od spełnienia. W lipcu 1997 r., gdy jak wielu innych Polaków słuchałem na placu Zamkowym w Warszawie wystąpienia prezydenta Billa Clintona, który oznajmiał, że "nigdy więcej o waszym losie nie będą decydowali inni", byliśmy od NATO już tylko o krok. Ten krok pomógł nam zrobić właśnie Bill Clinton - niecałe dwa lata później znaleźliśmy się w NATO. I za to "jesteśmy mu coś winni" - napisał Tomasz Lis, wnikliwy obserwator amerykańskiej sceny politycznej, w artykule "Obywatel Clinton". To prawda. Dla mnie Statua Wolności ma od dwóch lat twarz Billa Clintona. Właśnie dlatego - Thank you, Mr. Clinton, for what you have already done for Poland.
Więcej możesz przeczytać w 20/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0