Mniej państwa

Mniej państwa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jacek Pałasiński: Jak to się stało, że Włochy, klasyczne państwo opiekuńcze, postawiły na twardego liberała?
Giuliano Ferrara: Liberalizm w rozumieniu Margaret Thatcher już na dobrą sprawę nie istnieje. Jej polityka rzeczywiście stanowiła przełom i radykalnie zmieniła oblicze Wielkiej Brytanii. Od tego czasu wiele się jednak zmieniło. Z jednej strony, osłabł radykalizm przemian, z drugiej - thatcheryzm wszedł w krwiobieg gospodarki europejskiej i realizowany jest nawet przez lewicę. Silvio Berlusconi nie wymyśla więc nic nowego, tylko powtarza recepty innych krajów europejskich, również tych, w których rządzi lewica.
- No właśnie, Blair, Jospin czy Schröder realizują programy gospodarcze prawicy. Czy to znaczy, że teorie Keynesa, nie wspominając o Marksie, umarły naturalną śmiercią?
- Unifikacja i globalizacja gospodarki sprawiają, że niemal wszystkie formacje polityczne muszą się liczyć z faktami. Mają więc mniejsze pole manewru. Modele rzeczywiście alternatywne proponują tylko ekstremistyczne mniejszości, nostalgicy marksizmu-leninizmu, nostalgicy faszyzmu czy nietęgie głowy domagające się jakiejś abstrakcyjnej sprawiedliwości społecznej. Ci ludzie dostaliby dwóję z rachunków nawet w szkole podstawowej. Berlusconi nie będzie więc robił rewolucji, ale będzie się starał upodobnić Włochy do innych rozwiniętych krajów europejskich.
- W dwóch wywiadach dla "Wprost" Berlusconi powoływał się na amerykański model gospodarki. Czy będzie dążył do amerykanizacji Włoch?
- W pewnych granicach jest to możliwe. Należy pamiętać, że Europejczycy zaadaptowali już amerykański model polityczny - najpierw wielopartyjny, a ostatnio dwupartyjny. Nie obeszło się bez silnego oporu, zwłaszcza na lewicy, ale powoli wszyscy akceptują amerykańskie rozwiązanie, ponieważ w praktyce okazało się ono najlepsze. Wiele zaczyna się zmieniać również w gospodarce. Włochy wyszły od modelu centralistycznego, opracowanego w połowie lat 30., kiedy powstały wielkie koncerny państwowe, takie jak IRI. Wiele z nich istnieje do dziś, choć już w szczątkowej formie.
- Również tamten model był w pewnym sensie kopią amerykańskiego New Deal.
- Ale Amerykanie łączyli wówczas solidaryzm społeczny z indywidualizmem, co było w Europie nieznane. No i na dodatek ćwierć wieku temu definitywnie porzucili tamtą politykę gospodarczą na rzecz nowej, rynkowej i liberalnej. I Europa powoli się do tego modelu dostosowuje. Nie ma zresztą innego wyjścia. Kto tego nie dostrzeże, kto pozostanie poza głównym nurtem przemian ekonomicznych, ten w świecie globalizacji skazany będzie na marginalizację. Mówiąc po prostu - skazany na nędzę.
- Jednym z pięciu celów Berlusconiego jest głęboka reforma państwa. Gdzie, pana zdaniem, powinien najsilniej uderzyć?
- Reformę państwa streszczają dwa słowa - mniej państwa. Berlusconi chce zredukować administrację, zlikwidować zbędne instytucje, które tylko obciążają budżet i czynią życie obywatela nieznośnie skomplikowanym. Moim zdaniem, pierwszym i w pewnym sensie dla Włoch rewolucyjnym posunięciem będzie reforma podatkowa: wprowadzenie 33-procentowego progu podatkowego dla wszystkich. Wytrąci to aparatowi państwowemu broń z ręki, uczyni go bardziej przyjaznym obywatelowi. Przecież obecnie przeciętny Włoch pracuje dla siebie tylko przez 4 miesiące, zaś przez 8 miesięcy - dla państwa. Państwo traktuje więc obywateli jak niewolników.
- Czy struktury państwa - dzisiaj tak wrogie obywatelowi - nie będą stawiać oporu?
- O tak! Berlusconi zdaje sobie sprawę, że będzie musiał przeprowadzać reformę państwa stopniowo, w porozumieniu z partnerami z UE, starając się ograniczyć do minimum napięcia społeczne. Powinien zawrzeć sojusz z liberalną inteligencją, ale nie wiem, czy obie strony będzie stać na porozumienie po tym, co działo się podczas kampanii wyborczej.
- Czy Berlusconi zdoła na tyle wpłynąć na włoskie społeczeństwo, żeby pozostać przy władzy na następną kadencję?
- Powiedziałbym, że może mu się udać. Oczywiście, musi rozwiązać wiele problemów, począwszy od zlikwidowania konfliktu interesów, czyli odseparowania się od swoich przedsiębiorstw.
- "Precz, pajace, z placu boju" - powtórzył pan za Palmiro Togliattim po wyborczej porażce lewicy. Kim są ci pajace?
- To lewicowi intelektualiści w ogóle, a zwłaszcza tacy ludzie, jak laureat Nagrody Nobla Dario Fo, redaktor naczelny lewicowego miesięcznika "MicroMega" Paolo Flores d’Archais, lewicowy komik Daniel Lutazzi, Carlo Freccero, dyrektor II programu włoskiej telewizji publicznej, publicysta Enrico Deaglio wywodzący się z lewackiej Lotta Continua. Ta część lewicy nadała kampanii wyborczej charakter wojny domowej, usiłując zrobić z przeciwnika politycznego demona, osobę niemoralną i niepraworządną.
- Demon to oczywiście Berlusconi?
- Tak. Tymczasem Berlusconi to wybitny przedsiębiorca i z pewnością nie przestępca. Mówi to również papież, który w przeddzień swoich 81. urodzin wyraził nadzieję, że po 10 latach niepokojów Włochy wejdą wreszcie w okres stabilności i rozwoju.
- Gdyby lewicy udało się usunąć Berlusconiego, na prawicy pozostałyby nic nie znaczące grupki.
- Święta racja. Ta nietolerancja wynika z braku szacunku lewicy dla demokracji. Zwracam uwagę, że to po raz pierwszy w przeszło pięćdziesięcioletniej historii republikańskich Włoch koalicja, która rządziła krajem przez pięć lat, ustępuje miejsca koalicji, która pozostawała w opozycji. Dopiero teraz doszło do demokratycznej zmiany rządzącej koalicji, jak w innych krajach dojrzałej demokracji. Tego właśnie lewica i jej intelektualni przywódcy nie mogli znieść, dlatego przekształcili kampanię wyborczą w wojnę domową.
- Czy lewica przegrała wybory, bo za wszelką cenę chciała zachować niewydajny model państwa opiekuńczego?
- Problemem jest to, że lewica nie realizowała żadnego modelu. Bez wątpienia jednak Berlusconi coś lewicy zawdzięcza - chociażby wprowadzenie Włoch do eurolandu. Politykę gospodarczą będzie musiał jednak zaczynać zupełnie od nowa.
- Berlusconi wygrał, bo Włosi tęsknią za silnym człowiekiem?
- Jest dokładnie na odwrót. Na ogół Włosi mają tendencje do "obcinania wystających głów". Wprawdzie Mussolini rządził dwadzieścia lat, ale Italia była wówczas zupełnie innym krajem. Po wojnie każdy premier, który miał choć odrobinę osobowości, był natychmiast likwidowany, najpierw przez swoich towarzyszy, a później przez wyborców. Tak było z ojcem republiki Alcide De Gasperim, potem Amintore Fanfanim, oskarżanym o "napoleonizm", czy Bettino Craxim, który został dosłownie zlinczowany.

Więcej możesz przeczytać w 21/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0