Do diabła z takim życiem

Do diabła z takim życiem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Okazuje się, że powoli i piersi stają się jeszcze jednym miejscem na ciele kobiety, w którym jest za dużo tłuszczu
Korygowanie kształtu nosa to dla Brytyjek numer jeden na urodowej liście marzeń o kobiecie idealnie pięknej. Powiększenie piersi znajduje się na drugim miejscu spraw do załatwienia u chirurga plastycznego. W efekcie jego zabiegów biust powinien być sterczący, jędrny i wyraźnie zarysowany pod cienką bluzką. Taki powinien być prawie za wszelką cenę. Bowiem jak donosi "The Observer", wszystko bierze się z międzypłciowego nieporozumienia - kobietom wydaje się, że mężczyźni mają obsesję na punkcie piersi. Tak im się jednak tylko wydaje. Pomieszanie z poplątaniem. Jeden z cytowanych przez gazetę psychologów stwierdza autorytatywnie, że duże piersi to senne marzenia dorastających i niezbyt rozgarniętych chłopców przekonanych o tym, że właśnie takich erotycznych ukierunkowań oczekują od nich kobiety. Nic bardziej mylącego, one pragną miłości. Chcą być kochane dla samych siebie, a dopiero potem ewentualnie dla swoich bliższych czy dalszych ideałowi piersi. Idzie nowe.
Za oceanem, a konkretniej w Hollywood, drugą najbardziej popularną operacją plastyczną wśród kobiet, oczywiście po korekcji nosa, jest... zmniejszanie piersi. Nowe nienowe? Już Truman Capote pisał "Śniadanie u Tiffany’ego" z myślą o Marilyn Monroe i jej bujnych kształtach, producenci filmowi zaś przekonali go, że tylko prawie pozbawiona biustu Audrey Hepburn może zagrać prostytutkę tak, żeby nie wydawała się prostacka. Od posądzenia o brak klasy ma więc teraz ratować kobiety mały biust? No cóż, okazuje się, że dziś powoli i piersi stają się jeszcze jednym miejscem na ciele kobiety, w którym jest zbyt dużo tłuszczu.
Amerykanki generalnie zaczynają martwić swoich partnerów, gdyż szaleją już nie za nimi, lecz za Brytyjczykami. To z nimi, jak wynika z odpowiednich zestawień, najchętniej umawiają się na randki. Dlaczego nie wystarczają im już rodacy? Otóż anglosascy randkowicze okazują się mieć w porównaniu z nimi nadzwyczajne poczucie humoru, fantastyczną dozę szaleństwa. Nie mówiąc już o tym, że są lepiej wyedukowani, a ich brytyjski akcent działa na amerykańskie koleżanki jak afrodyzjak. Nade wszystko angielscy kochankowie w alkowie nie są śmiertelnie poważni i nie boją się okazywania czułości. Nie boją się posądzenia o niemęskość.
Mimo wszystko kobietom po obu stronach oceanu trudno znaleźć partnera na całe życie. Okazuje się, że większość kobiet między 30. a 45. rokiem życia prowadzi z tego powodu wyjątkowo niezdrowy tryb życia. Dużo palą i nie wylewają kolejnych szklaneczek whisky za kołnierz. Nie wykonują ćwiczeń fizycznych. Niepokój, że nie ułożą sobie życia, powoduje u nich nieustannych stres. Ten zaś kobiety w tak zwanym wieku średnim przeżywają o wiele silniej niż mężczyźni. Różnice na ich niekorzyść sięgają około 25 proc. W tej właśnie grupie wiekowej psycholodzy wyodrębnili dwa charakterystyczne typy kobiet. Pierwszy to panie samotne albo rozwiedzione, które po dokonaniu życiowego bilansu, patrząc w lustro, mówią sobie pewnego dnia: "A do diabła z dotychczasowym życiem!" - i postanawiają użyć nowego do woli. Piją, palą... Drugi typ kobiet to matki i żony, które z niczym nie nadążają i nie potrafią tak, jak by chciały, pogodzić kariery z domem. Liczba kobiet sięgających po alkohol częściej niż raz w tygodniu wzrosła w ciągu ostatnich dziesięciu lat o 9 proc. Zamożne panie piją częściej niż te, którym się nie najlepiej powodzi. Najczęściej sięgają po wino. Do tego wszystkiego liczba kobiet palących więcej niż dziesięć papierosów dziennie po raz pierwszy równa jest liczbie uzależnionych od tego nałogu mężczyzn. Poza tym kobiety częściej od mężczyzn stają się zakupowymi hedonistkami.
Ponad 23 proc. Europejek uzależnionych jest od zakupów. Niespodziewanie jednak coraz częściej okazuje się, że właśnie kolejna kupiona sukien-ka w kolorze czerwonym, zamiast przyno-sić chwilową ulgę ("Na wszystko mnie stać"), powoduje jeszcze większy niepokój. Zakupy przestają być źródłem satysfakcji.
Psycholog Oliver James w książce "Britain on the Couch" pisze: "Mamy obecnie do czynienia z pokoleniem dzieci ery Margaret Thatcher, które święcie wierzyły, że cel życia to posiadanie coraz większej ilości dóbr materialnych. Według takiej prawdy uczyli się żyć i dokonywać podziałów na zwycięzców i przegranych. Dziś z przerażeniem odkryli, że to nieprawda".
Nieszczęśliwi i nieusatysfakcjonowani swoim życiem ludzie wierzyli w to, że w ostateczności zawsze mogą sobie "kupić" lepsze samopoczucie. W ten sposób i takimi metodami chcieli zmienić świat wokół siebie. Dziś nie mają najmniejszych wątpliwości: a do diabła z takim życiem.

Więcej możesz przeczytać w 21/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0