300 procent normy

300 procent normy

Jesteśmy coraz bliżej zdemontowania systemu bezpieczeństwa makroekonomicznego

Wydawało się, że czasy, w których na czele pochodów pierwszomajowych maszerowali stachanowcy udekorowani szarfą "300 procent normy", dawno minęły. A jednak nie. I dzisiaj mamy przodowników pracy. I to takich, którzy roczny plan potrafią wykonać w kilka miesięcy. Oto zaplanowany na 20,5 mld zł deficyt budżetowy do kwietnia wykonany został w 90 proc. A ponieważ cztery miesiące stanowią raptem 33 proc. roku, można przyjąć, że minister Bauc wyrobił 300 proc. normy.

Krzywa rośnie
To, że w pierwszych miesiącach roku budżet osiąga niższe dochody, co powoduje większą realizację planowanego deficytu, jest poniekąd normalne. Ale w Polsce od 1999 r. zjawisko to przybrało niepokojące rozmiary. O ile wykonanie w styczniu 1999 r. 20 proc. deficytu było "usprawiedliwione" błędem legislacyjnym, który spowodował zgubienie jednej składki do kas chorych, o tyle wydarzenia tego roku nie mają obiektywnego uzasadnienia. A ich skala jest dramatyczna. Wystarczy powiedzieć, że w ubiegłym roku zastanawiano się, czy deficyt budżetu w wysokości 2,7 proc. nie stanowi zagrożenia dla równowagi makroekonomicznej. Dzisiaj owe dyskusje zakrawają na ekonomiczny kabaret. Aktualny deficyt wynosi bowiem 10 proc. produktu krajowego brutto wytworzonego w ciągu czterech pierwszych miesięcy roku. A 10 proc. to już nawet nie jest katastrofa, to demontaż systemu bezpieczeństwa makroekonomicznego. To znak, że wróciliśmy do realiów sprzed roku 1989, kiedy nie było żadnej polityki fiskalnej, a budżet był dziurawym workiem, z którego - wedle potrzeb - rozsypywały się fałszywe pieniądze. Wiemy, jak to wpłynęło na wzrost gospodarczy i inflację.

Trzecia grupa
Istnieje oficjalna wersja tłumacząca niedobór budżetowy. Wiał wiatr, był przeciąg, padały deszcze, a na dodatek Rada Polityki Pieniężnej nie lubi ministra Bauca. Wskutek tego zbiegu nieszczęśliwych okoliczności produkcja rośnie zbyt wolno i budżet ma za małe dochody. Zbyt małe względem czego? - zapyta naiwny. Względem wizji. Twórcy budżetu mieli bowiem wizję, że PKB rósł będzie w tempie 4,5 proc., a rośnie w tempie 2,5 proc. To prawda. Pytanie tylko, czy wina to PKB, czy wizji. Przecież w czwartym kwartale zeszłego roku wzrost PKB wyniósł 2,3 proc. A zatem teraz produkt rośnie szybciej.
Deficyt budżetowy nie jest więc spowodowany jakimś nieprzewidzianym załamaniem koniunktury, lecz wynika z wizji i poezji planistycznej. A na to już nie ma siły. Przecież w trakcie dyskusji budżetowej wszyscy mówili, że plan finansowy państwa ma charakter wirtualny. Wszyscy tak mówili, tylko minister Bauc był przeciw i twierdził, że stworzył budżet wspaniały. Na miarę rządów AWS.
Czy pan minister kłamał, gdy 17 listopada ubiegłego roku twierdził, że budżet będzie trzymany w ryzach? Ależ skądże! On po prostu lubi mówić. A należy przy tym do tzw. trzeciej grupy mówców. (Grupa pierwsza wie, co mówi. Grupa druga mówi, co wie. Grupa trzecia - minister Bauc.)

Cud w kasie
"No dobrze, w planowaniu zdarza się przyjąć błędne założenie. Ale przecież to fakt, że dochody ludności rosną wolno i z podatków budżet dostaje mało" - może powiedzieć czytelnik. Budżet mało, ale kasy chorych dużo. Do kas chorych wpłynęło o 547 mln zł więcej, niż planowano, z czego tylko 350 mln zł można tłumaczyć wzrostem składki. Skąd reszta? Przecież źródła dochodów kas są takie same jak dochodów budżetowych z PIT - to wpłaty podatników. "ZUS lepiej ściąga składki - tłumaczy Przemysław Poznański, dyrektor departamentu w Urzędzie Nadzoru Ubezpieczeń Zdrowotnych - a poza tym wzrosły dochody, od których naliczana jest składka".
I znowu mamy cud. Te same dochody jednym wzrosły, a innym zmalały.

Kto psuje stopy?
Stopy procentowe w Polsce są wysokie, a złoty (w sensie opłacalności handlu zagranicznego) przewartościowany - to też fakt. Kto jednak do tego doprowadził? O stopach procentowych jak o każdej cenie decyduje popyt, a nie uchwały i rezolucje. A popyt tworzy Ministerstwo Finansów, pożyczając wielkie pieniądze poprzez emisje bonów skarbowych. Czy ma do tego prawo? Skądże. Ustawa przewidywała, że zadłużenie budżetu z tytułu emisji bonów skarbowych spadnie o 28,7 mln zł. Niedużo, ale zawsze. A jak to wygląda? Po czterech miesiącach wzrosło o 4,27 mld zł. Jaki wpływ na stopy procentowe będzie miało stworzenie na rynku kapitałowym dodatkowego popytu o wartości ponad miliarda dolarów, nawet przedszkolakom nie trzeba tłumaczyć.

Co dalej?
Jaka jest zatem sekwencja wydarzeń? Najpierw tworzymy fikcyjny budżet. Potem stwierdzamy, że fikcyjne pieniądze nie chcą się zamienić w prawdziwe, więc pożyczamy. Pożyczamy, ale czy martwimy się, z czego będziemy oddawać? Pan minister jest optymistą i mówi, że w drugiej połowie roku będzie lepiej i "pero, pero bilans wyjdzie mu na zero". Rzeczywiście, na kilka złotych Ministerstwo Finansów może jeszcze liczyć. Płynie do budżetu wpłata z tytułu zysku NBP i druga rata za UMTS. Są to kwoty na tyle pokaźne, że w tym miesiącu mogą zrównoważyć wypłaty związane z rozliczaniem PIT. Maj zatem może przynieść zahamowanie wzrostu deficytu.
Później jednak nie będzie tak różowo. W następstwie radosnej działalności ministra Chronowskiego, który przez pół roku bezkarnie niszczył polską gospodarkę, z zaplanowanych niemal 20 mld zł dochodów z prywatyzacji, mających finansować deficyt, do budżetu wpłynie może 5 mld zł. Bardzo dobra sytuacja finansowa ZUS (po raz pierwszy od niepamiętnych czasów dotacja dla zakładu mogła być niższa od planowanej) także może się zakończyć w następstwie brutalnego napadu na kasę polityków AWS (pani Lewicka i pan Komołowski jakoś nie reagowali, gdy prawie przez dwa lata Stanisław Alot demontował system finansowy ZUS; zareagowali, gdy prof. Gajek po Alocie posprzątał). I wprawdzie premier atak udaremnił i postawił na czele zakładu osobę, która nie będzie traktować tej instytucji jako podręcznego funduszu wyborczego, ale oczywiste jest, że każda taka zawierucha skutkuje spadkiem liczby ściąganych składek. A to budżet będzie kosztować.

Nogi węża
Optymizmem nie napawa także fakt, że trudno jest wierzyć w wypowiedzi ministra Bauca. Jeszcze dwa dni przed opublikowaniem komunikatu o wykonaniu budżetu mówił, że deficyt wyniesie tylko 83 proc., czyli 6 punktów procentowych mniej, niż było naprawdę. A owe 6 punktów, o których minister nie wiedział, to - błahostka - 1,3 mld zł albo ponad 300 mln USD. Jest kilka osób na świecie, które nie wiedzą o tym, że mają 300 mln USD. Ale tylko jedna nie wie, że nie ma.
Co przy tym ciekawe, poza nią wszyscy wiedzieli. Tego samego dnia, w którym minister kreślił optymistyczne wizje (jeżeli 83-procentowy niedobór w kasie można tak nazwać), Janusz Jankowiak, analityk banku komercyjnego, podał dokładną wysokość deficytu. Kłamstwo ma krótkie nogi. Kłamstwo, które wychodzi na jaw po dwóch dniach, ma nogi węża. I pocieszające jest tylko to, że minister nie kłamał. On po prostu należy do trzeciej grupy.

Okładka tygodnika WPROST: 22/2001
Więcej możesz przeczytać w 22/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0