Gorący pokój

Gorący pokój

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy przerwanie ognia to w izraelsko-palestyńskim konflikcie tylko cisza przed burzą?

Po wyjątkowo krwawym zamachu na dyskotekę w Tel Awiwie wydawało się, że nic nie powstrzyma odwetu armii izraelskiej, ale śmigłowce bojowe nie wystartowały. Rząd Ariela Szarona zachował zimną krew. Poza rutynową blokadą Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu po raz pierwszy otwarcie oskarżył władze palestyńskie o "bezpośrednie zaangażowanie w działalność terrorystyczną". Niektórzy zrozumieli to tak, że Jaser Arafat może być w Izraelu persona non grata. Jeśli tak by się stało, palestyński przywódca zostałby zmuszony do opuszczenia Autonomii.
Izraelczycy nie zdecydowali się na natychmiastowy atak, ale rząd powziął tajne decyzje, oznaczające anulowanie jednostronnego zawieszenia broni. Teraz wojsko może podejmować akcje nawet na palestyńskich terenach autonomicznych. Konflikt izraelsko-palestyński wszedł w jeszcze bardziej niebezpieczną fazę, z czego natychmiast zdali sobie sprawę nie tylko Palestyńczycy, lecz także sąsiednie państwa arabskie, Stany Zjednoczone i Unia Europejska.
Izraelczycy zaznaczyli, że Jaser Arafat będzie mógł odzyskać status partnera w procesie pokojowym, jeśli natychmiast zarządzi przerwanie ognia, nakazując swoim tajnym służbom ponowne aresztowanie najgroźniejszych aktywistów Hamasu i Dżihadu, odpowiedzialnych za ostatnią falę terroru. - Powściągliwość Izraela jest w istocie oznaką siły - oznajmił premier Szaron.
USA, UE, Egipt i Jordania prześcigały się w wywieraniu nacisków na Arafata, by ten ogłosił zawieszenie broni. Doszło do tego, że przebywający w Tel Awiwie szef dyplomacji Niemiec Joschka Fischer natychmiast po zamachu pojechał do Ramallah. Grożąc Arafatowi przerwaniem europejskiej pomocy finansowej, zmusił go do oficjalnego ogłoszenia przerwania ognia.
Nieoficjalnie wiadomo, że sekretarz stanu USA Colin Powell zadzwonił do Arafata, ostrzegając go przed "delegitymizacją na forum międzynarodowym". Nacisk na przewodniczącego Autonomii zaczął także wywierać przebywający na Bliskim Wschodzie wysłannik ONZ Terje Larsen. Egipt i Jordania obawiają się, że w razie "odejścia Arafata" podsycana przez islamistów anarchia w Autonomii mogłaby się przenieść na ich teren. Tym bardziej że w Autonomii coraz wyraźniejszy jest wzrost wpływów sterowanego przez Teheran Hezbollahu. W Strefie Gazy działa przynajmniej kilka bojówek, a komunikaty o kolejnych zamachach samobójczych dokonywanych przez Hamas lub Dżihad podawane są najpierw przez należącą do Hezbollahu telewizję Al-Manara nadającą z Libanu.
Ku ogólnemu zaskoczeniu, decyzja Abu-Amara (bojowy przydomek Arafata) znalazła natychmiastowy posłuch wśród jego ludzi. Policja nie rozpoczęła wprawdzie obławy na najgroźniejszych islamistów, ale incydenty zbrojne niemal zanikły. W ostatnich tygodniach trwającej od ośmiu miesięcy intifady Palestyńczycy ostrzeliwali pozycje i patrole izraelskie co najmniej 50 razy na dobę! Okazało się, że Arafat kontroluje sytuację, a prawie wszystkie bojówki i struktury zbrojne (poza Hamasem i Dżihadem) respektują jego polecenia. Ta zaś sprawa jeszcze niedawno budziła kontrowersje: wojskowy wywiad izraelski utrzymuje, że Arafat traci kontrolę nad Palestyńczykami, a tajne służby Szin Beth zdecydowanie temu zaprzeczają.
Czy zgoda Arafata na zawieszenie broni jest jedynie taktycznym wybiegiem? Niewykluczone, że w zamian za przerwanie ognia uzyskał od USA i UE obietnicę, iż namówią Szarona do gestu umożliwiającego choć chwilowe uspokojenie sytuacji. W takim wypadku Arafat mógłby sobie pozwolić nawet na ponowne wtrącenie najbardziej niebezpiecznych islamistów za kratki. Ale to za mało, by myśleć o trwałym pokoju. Cisza po zamachu w Tel Awiwie jest tylko spokojem w oku bliskowschodniego cyklonu.


Więcej możesz przeczytać w 23/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0