Hipermarketofrenia

Hipermarketofrenia

Dodano:   /  Zmieniono: 
Za schizofreniczny stosunek do wolnego rynku płacimy coraz wyższe rachunki

Dla polskiego inteligenta symbolami PRL były cenzura i system monopartyjny. Ale najszerszym kręgom społeczeństwa znacznie bardziej od represji politycznych dokuczyły w komunizmie puste półki w sklepach. Można zaryzykować twierdzenie, że dla przeciętnego Polaka symbolem przemiany ustrojowej jest więc hipermarket - z jego obfitością towarów, promocjami i możliwością krążenia całą rodziną pomiędzy stertami najrozmaitszych dóbr.
Przeciętny Polak - jak wynika z badań i obserwacji socjologów - ma jednak do hipermarketów stosunek pokrętny. Co innego mówi, odpowiadając na pytania ankieterów, a co innego robi, udając się na zakupy. Ów schizofreniczny stosunek Polaków do wielkich sklepów ma głębszy wymiar - przejawia się w nim polskie podejście do kapitalizmu i wolnego rynku, nacechowane głębokim rozdarciem między powszechną chęcią, by móc konsumować jak Amerykanie, i równie powszechnym przyzwyczajeniem do bezpieczeństwa i stabilizacji peerelowskiego bagienka.

Antropolog w hipermarkecie
Hipermarket stał się świątynią konsumpcji. Pisze o tym w "Antropologii codzienności" prof. Roch Sulima, opisując wpływ, jaki w ciągu kilku lat wielkie sklepy wywarły na przyzwyczajenia Polaków, ich codzienne zachowania i sposób myślenia. Hipermarket stał się celem niedzielnych rodzinnych wypraw i miejscem towarzyskich spotkań - niczym rynek w miasteczku. Pod jego wpływem zmieniły się przyzwyczajenia kulinarne, a handlowy żargon wywieszek i promocji zadomowił się w codziennej polszczyźnie. Centra handlowe odgrywają nawet rolę swego rodzaju placówek kulturalnych.

Zakupy - tak, hipermarket - nie
Zupełnie inne wnioski płyną jednak z sondaży na temat hipermarketów. Porównajmy dwa badania przeprowadzone zgodnie z tą samą metodologią przez CBOS w 1996 r. i 2000 r. Odsetek respondentów, którzy uważali istnienie wielkich sklepów za korzystne dla polskiej gospodarki, w 1996 r. wynosił 31 proc., a w 2000 r. spadł do 23 proc. W 1996 r. 38 proc. ankietowanych akceptowało budowanie hipermarketów w centrach miast, w roku 2000 uważało tak już tylko 18 proc. I wreszcie dane chyba najbardziej znaczące: na pytanie, czy władze powinny ograniczać liczbę hipermarketów, w 1996 r. twierdząco odpowiedziało 34 proc. badanych, a w roku 2000 - 49 proc. Rzeczników przeciwnego poglądu ubyło w tym czasie o 12 proc. (z 50 proc. do 38 proc.).
Na podstawie tych samych badań można stwierdzić wzrost liczby respondentów przyznających, że robią zakupy w hipermarkecie nie rzadziej niż raz w tygodniu, oraz wzrost - do 70 proc. - liczby osób uważających, iż istnienie hipermarketów jest korzystne dla nich samych i ludzi im podobnych.
Zapewne tego rodzaju dane należy w Polsce traktować z większą ostrożnością niż w krajach zachodnich. Lata życia w PRL przyzwyczaiły przeciętnego Polaka, że między opinią głoszoną oficjalnie a codziennym życiem może nie być żadnego związku. Dlatego łatwo przychodzi mu podpisywanie się pod poglądem, który uważa za powszechnie wyznawany, choć sam, podejmując decyzje, kieruje się zupełnie innym przekonaniem. Bez względu na to, czy prezentowane ankieterom opinie są ugruntowane, oznaczają one akceptację urzędniczej ingerencji w coś, co bez niej funkcjonowało zupełnie sprawnie i z ogólnym pożytkiem.

My i oni
Budowa niemal każdego hipermarketu budziła w Polsce protesty. Najbardziej zagorzałymi ich przeciwnikami byli i pozostają właściciele małych sklepów i drobni kupcy, zarzucający zachodnim firmom nieuczciwą konkurencję. Zazwyczaj mogą oni liczyć na wsparcie mieszkańców najbliższej okolicy, niechętnych kłopotliwemu sąsiedztwu, miejscowych zielonych, a także na przybycie polityków, dla których jest to niezła okazja do pokazania się w roli obrońcy ludu. Antyhipermarketowemu lobby sprzyja też część mediów. Na uczucia dobrze działa opozycja: my, niezamożni ludzie uczciwej pracy, i oni, czyli bezduszny zagraniczny koncern.
Druga strona raczej nie wykorzystywała swoich atutów w tych sporach. Nie starała się na przykład zwracać uwagi opinii publicznej na warunki sanitarne panujące na targowiskach czy nagminne w małych sklepach sprzedawanie produktów przeterminowanych. Z zasady właściciele hipermarketów wybierali metodę cichego dogadywania się z protestującymi i lokalnymi władzami.
Wytworzyło to wiele złych przyzwyczajeń. Po pierwsze - lokalni kupcy nauczyli się, że drogą do utrzymania bądź zwiększenia dochodów nie jest konkurencja, oferowanie tańszego i lepszego towaru etc., ale wywieranie odpowiednich nacisków na władze. Po drugie - przedstawiciele lokalnych władz przywykli do roli ludzi, których zadaniem jest rozdzielanie - podług własnego uznania - zysków płynących z działalności gospodarczej.

Rynek z o.o.
Na mocy ustawy władzom gminy przyznano prawo do decydowania, czy na ich terenie można zbudować hipermarket. Oczywiście, gmina miała na to wpływ już wcześniej, choćby w myśl przepisów o zagospodarowaniu przestrzennym, ale dopiero nowe prawo postawiło sprawę tak jasno. Władze gminy mogą zakazać otwarcia nowego sklepu tylko z tego powodu, że mógłby on zaszkodzić interesom sklepów już istniejących. Praktyczne skutki wprowadzenia takiego prawa (w kolejce legislacyjnej czekają zaostrzające je poprawki) niewiele mają wspólnego z hasłami, które zyskały w ostatnich latach wysoką aprobatę w sondażach.
Przykład z ostatnich tygodni: miasto liczące 130 tys. mieszkańców, spore bezrobocie, trzy istniejące już od kilku lat hipermarkety i firma starająca się o zgodę na otwarcie czwartego. Jak zwykle w takich wypadkach, pełna mobilizacja przeciwników, pikiety, burza w lokalnych mediach, masowa obecność w sali posiedzeń kupców z chorągiewkami i transparentami. Po niespokojnych obradach rada gminy odracza decyzję na czas nieokreślony, aby rozważyć argumenty.
Chodzi o to, że argumenty podawane oficjalnie długotrwałego namysłu wcale nie wymagają. Najważniejszy z nich - "w naszym mieście nie trzeba więcej hipermarketów" - jest wręcz idiotyczny. Jeśli czwarty hipermarket okaże się niepotrzebny, to zbankrutuje. Jedna z sieci wielkich sklepów zwija właśnie interesy w Polsce. W Warszawie, gdzie znacznie przeceniono popyt na multipleksy, część z nich ma być przerabiana na dyskoteki. Ocena szans przedsięwzięcia należy do inwestora, to on ryzykuje. Jeśli się pomyli, niedoszły hipermarket ktoś przerobi na kręgielnię albo park rozrywki. Nie jest jednak nigdzie powiedziane, że tak się stanie właśnie z nowym hipermarketem. Być może on akurat się obroni, doprowadzając do bankructwa jeden z trzech już istniejących.

Wróg i sojusznik
W kraju, w którym istnieje wolna konkurencja, tego bólu głowy nie da się uniknąć. Ale III RP takim krajem jest w coraz mniejszym stopniu. Pokusa jest duża - zamiast podejmować wyzwanie konkurencyjnego sklepu, można wpłynąć na lokalne władze, by konkurenta "odstrzeliły" już na starcie. Obecnie główną konkurencją dla hipermarketów nie są już sklepiki, ale przede wszystkim inne hipermarkety. Związki kupców, usadowione w lokalnych układach, stają się ich naturalnym sojusznikiem. Warto się z nimi ułożyć. Do takiego układania się zresztą od lat hipermarkety przyzwyczajano, a obecne prawo wręcz je do tego zmusza. Ułożyć się można na przykład w sprawie minimalnych cen - skoro jest szansa ograniczenia konkurencji, opłaci się sprzedawać nawet mniej, ale drożej. Klient zapłaci. Nie będzie miał wyjścia.
Lokalna władza odracza decyzję z pobudek równie racjonalnych: po prostu czeka na oferty. Jeśli nowemu inwestorowi naprawdę zależy, rozsupła kabzę. Pracownicy hipermarketów w prywatnych rozmowach nie kryją, że dyskusja o nowych placówkach sprowadza się dziś do rzeczowego wyznaczenia wysokości i formy łapówki, w zamian za którą radni gotowi są narazić się na "gniew ludu".

Zmowa pseudokapitalistów
Bez względu na to, kto wygrywa ów "lobbing" w lokalnych władzach, przegrany jest tylko jeden - miejscowa społeczność. Jeśli istniejące już sklepy zdołają zapewnić sobie protekcję gminy, nieuchronnie skończy się to jakąś formą wymierzonej w konsumentów zmowy. Jeśli nowy inwestor uzna, że opłaca mu się lokalne władze "przekonać", będzie zmuszony odbić sobie na klientach poniesione koszty. Nie jest zresztą wykluczone, że osiadłszy w gminie, włączy się w "lobbing" przeciwko dopuszczeniu na rynek nowych konkurentów.
Wszystko to wiedzie wprost do umocnienia mechanizmów państwa mafijno-korupcyjnego, które po krótkiej euforii wolnorynkowej mozolnie i na wielu szczeblach budują w III RP kolejne rządzące koalicje i sejmowe większości. Państwa, w którym konsument przeistacza się w pozbawioną wyboru owcę, strzyżoną przez biznesowo-polityczne układy.
Za ten schizofreniczny stosunek do wolnego rynku, za niemądrą wiarę, że peerelowskie "czy się stoi, czy się leży" można pogodzić z kapitalistyczną konsumpcją, trzeba będzie prędzej czy później zapłacić. Bardzo możliwe, że hipermarkety, które niegdyś stały się symbolem przemiany realnego socjalizmu w wolny rynek, teraz staną się symbolem zamiany wolnego rynku w korupcyjny pseudokapitalizm.

Więcej możesz przeczytać w 25/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0