Dekada złudzeń

Dekada złudzeń

Dodano:   /  Zmieniono: 
Już w połowie lat siedemdziesiątych nastąpił krach strategii ekipy Gierka
Większość Polaków, pytana o najlepszy okres dla naszego kraju w minionym wieku, bez wahania wskazała lata 70. Zaskakujące, jak wielu z nas wciąż skłonnych jest uwierzyć w mit powszechnego dobrobytu tamtej dekady, który dobrze ilustrowało hasło: "Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej". Ulicznym komentarzem do tego sloganu, umieszczanego na plakatach i transparentach, była popularna wówczas ironiczno-infantylna wyliczanka: "Chcesz cukierka? Idź do Gierka. Gierek ma, to ci da". Złota dekada Gierka w rzeczywistości trwała zaledwie cztery lata. Już w 1975 r. było widać negatywne skutki przeinwestowania i życia na kredyt. Już wtedy, pięć lat przed faktycznym upadkiem, dni Gierka były policzone. Rewolta w Radomiu i Ursusie w czerwcu 1976 r. była sygnałem załamania się strategii tej ekipy. To, że agonia trwała aż cztery lata, wynikało z tego, iż rządzących wtedy ekip nie można było usunąć inaczej niż w wyniku wielkiego wybuchu społecznego. A wydarzenia czerwcowe jeszcze nim nie były.

Gierkowski boom
Początek panowania Edwarda Gierka mógł się rzeczywiście jawić jako "słodka" epoka. W pierwszych dwóch latach jego rządów wzrost płac realnych był większy niż przez całe lata 60., symbolizowane przez kostycznego Gomułkę. Maluch, coca-cola, mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, wreszcie nieco łatwiejszy dostęp do paszportów, stały się symbolami so-cjalistycznego społeczeństwa konsumpcyjnego.
Wbrew pozorom zainicjowanie boomu konsumpcyjnego nie było głównym celem polityki gospodarczej ekipy Gierka i Jaroszewicza, a jedynie produktem ubocznym tzw. strategii przyspieszonego rozwoju, jak oficjalnie nazwano program gwałtownej rozbudowy przemysłu.
Polska gospodarka, która powinna stworzyć ponad milion miejsc pracy dla młodych ludzi z powojennego wyżu demograficznego, wymagała radykalnego ożywienia po latach gomułkowskiej "małej stabilizacji". Główne kierunki polityki inwestycyjnej dobierano jednak w sposób chaotyczny, zwykle będący wypadkową przetargów najróżniejszych regionalnych i branżowych grup nacisku.

Życie na kredyt
Forsowny program inwestycyjny wymagał dużych kredytów zagranicznych. W przeciwieństwie do Gomułki, który bał się pożyczania pieniędzy na Zachodzie, nowa ekipa bez wahania wykorzystała dobrą koniunkturę, związaną z poprawą stosunków między Moskwą a Waszyngtonem.
Płynący do Polski strumień twardej waluty był wykorzystywany w rozmaity sposób. Część pieniędzy, zwłaszcza przeznaczonych na import pasz, zboża oraz mięsa, była przejadana. Zamrożenie cen żywności po rewolcie robotniczej na wybrzeżu w grudniu 1970 r. w połączeniu z wyraźnym wzrostem płac spowodowało ogromny wzrost popytu. Dlatego, mimo stale rosnącego importu, nie potrafiono zapełnić sklepowych półek w stopniu zapewniającym równowagę rynkową.

Wędrująca kiełbasa
Była to charakterystyczna dla socjalistycznej gospodarki kwadratura koła: mocno dotowana kiełbasa była tania, ale natychmiast znikała ze sklepów, władze nie mogły zaś zrównoważyć rynku przez podniesienie cen, ponieważ obawiały się protestów. Obawy te nie były bezzasadne, skoro w 1973 r., uchodzącym za najbardziej udany pod względem ekonomicznym rok dekady gierkowskiej, w Polsce doszło do 75 strajków. Dlatego do Komitetu Centralnego PZPR raz po raz płynęły meldunki "z terenu", podobne do zredagowanego w Lublinie: "Niedostateczne zaopatrzenie w mięso i jego przetwory powoduje wiele niezadowolenia ludności i różnego rodzaju komentarzy, m.in. upatrujących przyczyn złego zaopatrzenia w nadmiernym preferowaniu niektórych regionów kraju (wybrzeże, Śląsk, Warszawa, Poznań)".
Władze istotnie starały się kierować deficytowe dobra głównie do regionów newralgicznych z gospodarczego punktu widzenia bądź tam, gdzie obawiano się protestów.

Samospłata
Większość zagranicznych kredytów przeznaczano na inwestycje oparte na formule tzw. samospłaty. Kredyt na zakup licencji i uruchomienie produkcji jakiegoś towaru miał być spłacany dzięki jego eksportowi do strefy dolarowej. Bardzo często okazywało się jednak - tak było m.in. z kupioną dla Ursusa licencją na ciągniki Massey-Ferguson - że towaru nie można było sprzedać na Zachodzie. Pozostawał rynek krajowy lub państwa RWPG, gdzie wymiana opierała się na legendarnym rublu transferowym, który był (oczywiście tylko na papierze) walutą silniejszą od dolara. W taki sposób kolejne "samospłaty" okazywały się "niewypałami" wrzucanymi do kotła zdradzającej objawy przegrzania gospodarki.
W pierwszej połowie dekady import rósł dwukrotnie szybciej niż eksport. W konsekwencji deficyt w handlu zagranicznym zwiększał się z każdym rokiem, a wraz z nim rosło obciążenie gospodarki spłatą kredytów. Kierownictwo PZPR zdawało sobie sprawę, że rozwiązaniem tego problemu jest podwyżka cen żywności ograniczająca spożycie, a tym samym rozmiary importu konsumpcyjnego.

Zmiana poziomu i struktury cen
"W kierownictwie partii i państwa nieuchronnej nowej podwyżki baliśmy się wszyscy, podświadomie też staraliśmy się odwlec ją w czasie jak najdalej" - wspominał po latach Gierek. Godzina prawdy dla jego ekipy nadeszła 25 lat temu, w czerwcu 1976 r., gdy po wielu miesiącach wahań zdecydowano się ogłosić podwyżkę cen większości podstawowych artykułów spożywczych. Paradoksalnie jednak na wniosek premiera Jaroszewicza z kilku wariantów podwyżki wybrano najradykalniejszy, przewidujący wzrost cen mięsa, masła i serów o 50 proc. (gomułkowska podwyżka cen mięsa z grudnia 1970 r. nie przekraczała 18 proc.). "Zmianie poziomu i struktury cen" - jak w peerelowskiej nowomowie określano podwyżkę - miały towarzyszyć rekompensaty. Ich wymiar ustalono jednak w sposób wyraźnie sprzeczny z lansowanymi oficjalnie ideami sprawiedliwości społecznej - rosły bowiem znacząco wraz z wysokością płacy.
Pragnąc się odróżnić od poprzedników, ekipa Gierka postanowiła nadać decyzji o podwyżce "demokratyczny charakter" i poprzedzić wprowadzenie nowych cen tzw. konsultacjami społecznymi. Była to fikcja i to nie tylko dlatego, że premier Piotr Jaroszewicz przedstawił propozycje nowych cen w przemówieniu sejmowym w czwartek 24 czerwca, informując, że wejdą w życie od poniedziałku, co w praktyce oznaczało, iż na konsultacje pozostawiono zaledwie dwa dni. Przede wszystkim wydrukowano już nowe cenniki, które w czasie, gdy szef rządu proponował społeczeństwu debatę na temat cen, zostały rozesłane do wszystkich województw.

Strajki
Demonstracje uliczne, do jakich doszło następnego dnia w Radomiu (spalono gmach KW PZPR), Ursusie i Płocku, stanowiły jedynie najbardziej spektakularny przejaw niezadowolenia spowodowanego próbą zaciśnięcia pasa po kilku latach wzrostu stopy życiowej. Przez kraj przetoczyła się fala strajków (w 90 zakładach). 25 czerwca w telewizji wystąpił na wpół przytomny ze zdenerwowania Jaroszewicz, oświadczając, że konsultacje wymagają dłuższego czasu i "zmiana struktury cen" zostaje odłożona. Co ciekawe, mimo ogłoszenia tej decyzji w następnych dniach doszło do kilkudziesięciu strajków.
W tym czasie w całej Polsce trwały wiece poparcia dla kierownictwa PZPR, należące do najbardziej ponurych widowisk propagandowych w PRL. "Trzeba załodze tych (...) zakładów powiedzieć, jak my ich nienawidzimy, jacy to są łajdacy, jak oni swym postępowaniem szkodzą krajowi. Uważam, że im więcej będzie słów bluźnierstwa pod ich adresem, a nawet jeśli zażądacie wyrzucenia z zakładu elementów nieodpowiedzialnych, tym lepiej dla sprawy" - mówił Gierek podczas telekonferencji z sekretarzami wojewódzkimi. I dodawał: "Towarzysze, mnie to jest potrzebne jak słońce, jak woda, jak powietrze".
Gierkowi potrzebne były jednak nie wiece poparcia, lecz radykalna zmiana polityki ekonomicznej. Szybko wszakże okazało się, że proklamowany po wydarzeniach czerwcowych "manewr gospodarczy", polegający głównie na próbie ograniczenia inwestycji, nie spełnił oczekiwań. Kończący epokę gierkowską strajk w Stoczni Gdańskiej wybuchł w czwartą rocznicę wprowadzenia kartek na cukier, zwiastujących schyłek złotej dekady PRL. Pozostał nam po niej równie trwały co nieprawdziwy mit powszechnego dobrobytu, sporo wielkich zakładów o mocno zróżnicowanej wartości i kilkadziesiąt miliardów dolarów długu, który właśnie zaczynamy spłacać. I będziemy to robić przez kilkanaście najbliższych lat.

Więcej możesz przeczytać w 26/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0