Polska Legia Cudzoziemska

Polska Legia Cudzoziemska

Dodano:   /  Zmieniono: 7
Co piąty żołnierz Legii Cudzoziemskiej to nasz rodak
Jacek Komosiński z Warszawy trafił do Legii Cudzoziemskiej po odbyciu zasadniczej służby wojskowej. - Pracowałem jako ochroniarz i kelner. Bardzo chciałem pracować w policyjnych oddziałach antyterrorystycznych. Zgłosiłem się do pałacu Mostowskich (siedziby komendy stołecznej), ale zdyskwalifikowano mnie podczas badań lekarskich. Kilkanaście dni później w Paryżu bez trudu zaciągnąłem się do legii - wspomina Komosiński. Andrzej Kurzyna wrócił do Polski w maju tego roku po pięcioletniej służbie w Legii Cudzoziemskiej. - Wyczytałem gdzieś, że w legii zarobię około sześciu tysięcy franków miesięcznie. To była dla mnie niewyobrażalna suma, bo byłem bezrobotny.
Komosiński podpisał kontrakt na pięć lat. W drugim regimencie, w którym służył, Polakiem był co dziesiąty spośród 1100 żołnierzy. - Obecnie co trzeci kandydat zgłaszający się do legii pochodzi z naszego kraju. Francuzi mówią z ironią, że tak naprawdę formacja powinna się nazywać Polska Legia Cudzoziemska Stacjonująca we Francji - żartuje Komosiński. Nie przedłużono mu kontraktu na kolejne pięć lat za typową dla Polaków niesubordynację. Po powrocie do kraju był szefem ochrony w sieci hipermarketów Géant.

Dziesięciu ochotników na jedno miejsce
W Polsce działa co najmniej 40 pośredników udzielających wskazówek kandydatom do służby w Legii Cudzoziemskiej (za każdego ochotnika otrzymują około tysiąca franków). Żeby się zaciągnąć, trzeba jednak pojechać do Francji, gdzie niemal na wszystkich dworcach autobusowych i kolejowych wiszą zachęcające plakaty. Do punktów werbunkowych czynnych całą dobę chętnych dowozi nawet policja. Najwięcej Polaków zgłasza się w Paryżu i Marsylii. Stąd kandydaci na żołnierzy transportowani są do Aubagne, gdzie w ciągu czterech tygodni poddawani są testom przygotowanym przez psychiatrów i psychologów. W tym czasie oficerowie wywiadu i kontrwywiadu legii, korzystając z pomocy Interpolu, dokładnie prześwietlają życiorysy kandydatów.
Minęły już czasy, gdy do legii przyjmowano prawie wszystkich chętnych. Obecnie na jedno miejsce przypada dziesięciu mężczyzn. - Drobne przestępstwa, na przykład nie zapłacone alimenty, możemy darować, ale nic poza tym. Po prostu nie przyjmujemy w swoje szeregi kryminalistów i przestępców - twierdzi Pierre Fromagare, rzecznik prasowy legii. W rzeczywistości bywa różnie. Ani Interpol, ani francuskie wojskowe służby specjalne nie wiedzą na przykład, którzy Polacy i obywatele byłego ZSRR byli najemnikami w dawnej Jugosławii czy Czeczenii.
Andrzej Różycki służył w Gujanie Francuskiej, gdzie ochraniał między innymi bazę rakiet Arianne. Później przerzucono go do Czadu. Mówi, że był tam bardziej urzędnikiem niż najemnikiem. Podczas służby w legii zarobił tyle, że stać go było na kupno domu oraz założenie kwiaciarni (w Lidzbarku Warmińskim). - Zastanawiam się nad powołaniem stowarzyszenia, które zrzeszałoby byłych polskich legionistów - mówi Różycki. Przyznaje, że ma czasem ochotę wszystko rzucić i wrócić do legii. Według nieoficjalnych szacunków MSWiA, w naszym kraju mieszka około tysiąca byłych żołnierzy LC. Niechętnie się przyznają, że kiedyś należeli do tej formacji, ponieważ zgodnie z polskim prawem służba w obcej armii bez zgody MON jest przestępstwem, za które grozi nawet pięć lat więzienia. - To idiotyzm. Przecież w legii służyłem również pod flagą ONZ. Niosłem więc pomoc, ratowałem życie innym - uważa Komosiński.
W ostatnich dziesięciu latach polskie sądy garnizonowe wydały kilkadziesiąt wyroków na legionistów. W Krakowie na półtora roku w zawieszeniu skazano Adama P., w Lublinie na dwa lata - 23-letniego Grzegorza F., w Opolu na półtora roku - 28-letniego Sebastiana K. W Katowicach rok więzienia zasądzono Dariuszowi R.

Przymusowa emigracja
Większość ochotników służyła w jednostkach specjalnych i brała udział w misjach pokojowych. W kraju nie ma dla nich pracy, a oni najchętniej pozostaliby w wojsku lub formacjach paramilitarnych. Piotr Brzózka i Dariusz Ledwoń w kraju służyli w czerwonych beretach. - Zaciągnęliśmy się do legii, bo marzyło się nam prawdziwie męskie życie. Do tej formacji nie trafiają ludzie skrzywieni psychicznie, którzy myślą o gwałcie, rabunku i krwi na ostrzu noża. Jesteśmy zawodowymi żołnierzami, których docenia cały świat, ale nie nasz kraj. Byliśmy na wojnie w Iraku i Jugosławii. Nie wyobrażamy sobie innego życia - mówi Ledwoń. - Nie brakuje nam dobrych specjalistów. Nie potrzebujemy żołnierzy, którzy najpierw szkolą się na Zachodzie, a po rozwiązaniu kontraktu chcą służyć w polskiej armii - mówi mjr Jerzy Smoliński, rzecznik prasowy MON.
Byli legioniści najczęściej mieszkają we Francji lub w jej byłych koloniach. Chętnie wracają do baru Marka Srebry w Marsylii. Srebro sam spędził w legii ponad dwadzieścia lat.
- Wyjechałem z kraju, ponieważ miałem drobny zatarg z prawem. W legii nie pytano, dlaczego chcę się zaciąg-nąć. Najwięcej czasu spędziłem w Czadzie, Jemenie, Gujanie - opowiada Srebro. W Marsylii jest nazywany Tatkiem. W jego barze byli legioniści mogą znaleźć oferty pracy bądź zarobić na czarno. Przez lokal Tatki przewija się codziennie kilkunastu Polaków, którzy skończyli służbę lub chcą się dopiero zaciągnąć.
- Polacy to doskonali żołnierze, chociaż miewają kłopoty z dyscypliną. Wielu mężczyzn przychodzi tu dla pieniędzy. Nie mamy nic przeciwko takiej motywacji, bo to klarowny układ - twierdzi Fromagare. Obecnie pensja szeregowego żołnierza wynosi około dwóch tysięcy franków miesięcznie. W czasie działań wojennych wzrasta do czterech tysięcy. Znacznie więcej (nawet pięć razy tyle) zarabiają oficerowie. Polacy do tego stopnia awansują jednak rzadko, najczęściej dochodzą do sierżanta.

Brygady szturmowe
Wielu z tych, którzy wracają do kraju, natychmiast otrzymuje oferty od zorganizowanych grup przestępczych. Byli legioniści są często najlepiej opłacanymi ich członkami: przyjmują zlecenia zabójstw, porwań, przemytu broni lub narkotyków, chronią bossów. Najwięcej zarabiają byli snajperzy oraz żołnierze służący w jednostkach powietrzno-desantowych, na przykład na Korsyce. Spadochroniarze, uważani za najlepszych na świecie, są szkoleni w zabijaniu jedwabną chustą, którą nosi każdy legionista. Robert L., pseudonim Buldożer, który przez siedem lat był żołnierzem legii, przyjął zlecenie podpalenia kancelarii z tajnymi dokumentami w prokuraturze w Dzierżoniowie. Bez trudu dostał się do budynku, włamał do sejfu i zniszczył jego zawartość.
Zamiast ścigać chętnych do służby w legii, można by ich wykorzystać w kraju, a legionistów - poza armią. Kilka przeszkolonych kompanii pacyfikowałoby bandytów na stadionach i innych obiektach sportowych, likwidowałoby blokady dróg bądź przeciwdziałało okupowaniu budynków publicznych. Ci ludzie (w większości byli żołnierze jednostek specjalnych pełniący policyjne funkcje w siłach pokojowych) są najczęściej znacznie lepiej przeszkoleni do walki z tłumem niż policja. Takie oddziały funkcjonują na przykład we Francji i choć słyną z wyjątkowej brutalności, są niezwykle skuteczne. Ale czy bandyta przychodzący na mecz z nożem, łańcuchem lub siekierą zasługuje na łagodne traktowanie? Władze Polskiego Związku Piłki Nożnej od lat narzekają na brak bezpieczeństwa na stadionach, niech więc wesprą finansowo projekt powołania takich oddziałów. Można być pewnym, że niewielu pseudokibiców zaryzykuje konfrontację z takimi formacjami.
Więcej możesz przeczytać w 27/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 7