Próba wody

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kilkudniowy ulewny deszcz wystarczy, aby południową Polskę ogarnęła powódź


Woda zalewa szpital położniczy w Warszawie, siedzibę sądu rejonowego przy ul. Lipowej (znajduje się tam m.in. rejestr zastawów), a także gmach oddanej niedawno do użytku biblioteki uniwersyteckiej - taki scenariusz katastrofy jest najbardziej prawdopodobny właśnie w lipcu. Wówczas masy nagrzanego powietrza znad basenu Morza Śródziemnego zaczynają wędrować ku północy. Napotykając po drodze Rudawy, Sudety i Karpaty, szybko się oziębiają. Efektem tego są gwałtowne opady. Ogromne masy wody spływają z gór i szybko wypełniają koryta potoków i rzek, przerywając wały ochronne i rozlewając się na wielkich obszarach. Poziom Wisły może się wtedy podnieść nawet do dziesięciu metrów.
Wielką powódź w Gdańsku przepowiadano od dwóch lat. To wtedy na zlecenie Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Gdańsku powstał "Kompleksowy regionalny program ochrony przeciwpowodziowej doliny Wisły". Autorzy ostrzegali, że w każdej chwili może dojść do przerwania wału Kanału Raduni, co może spowodować zalanie dzielnic Orunia i Święty Wojciech. Szacowano, że woda może zniszczyć nawet dwa tysiące mieszkań. W rzeczywistości 627 lokali trzeba odbudować, a kolejne 1265 wymaga remontu.

Skutki socjalistycznej urbanizacji
Widmo powodzi zaglądające w oczy mieszkańcom wielu miast w Polsce to w ogromnej mierze skutek bezsensownej praktyki (w czasach Gomułki i Gierka) tworzenia osiedli na terenach zalewowych. Potwierdza to przykład Gdańska. W latach 70., gdy zurbanizowano łatwo dostępne obszary położone na tzw. dolnym tarasie, rozpoczęto budowę domów na morenowych wzgórzach otaczających miasto. - Kiedy górny taras nie był zabudowany, większość wody opadowej zatrzymywały wzgórza - mówi prof. Romuald Szymkiewicz z Katedry Hydrotechniki i Hydrologii Politechniki Gdańskiej. - Potem proporcje się zmieniły: in-filtracja spadła, większość wód opadowych spływa po powierzchni, tymczasem kanalizacja i cieki, które odprowadzają wodę, pozostały nie zmienione. Z tego powodu dolny taras jest zalewany - dodaje.
Socjalistyczna urbanizacja, nie licząca się z ochroną środowiska, lecz zarządzona z pobudek politycznych, jest zresztą główną przyczyną powodzi w jednych regionach i niedostatków wody w innych. Gwałtownych wezbrań i wylewów, porównywalnych z tym, co wydarzyło się w Gdańsku, moż-na się spodziewać przede wszystkim w południowej Polsce. Wystarczy kilkudniowy ulewny deszcz.

Łatanie dziur
Zbiorniki zbudowane przez ostatnie sto lat na Wiśle i Odrze pozwalają zmagazynować około 6 proc. wody przepływającej przez Polskę. Ostatnie duże zbiorniki oddano do użytku w 1997 r. w Czorsztynie i Niedzicy, a nowych nie budujemy. Nie robi się nawet koniecznych remontów zapór, m.in. wzniesionych przez Niemców na początku minionego wieku na dopływach Odry. Niektóre z nich są w tak kiepskim stanie, że w każdej chwili grozi katastrofa.
Jeśli nie ma pieniędzy na duże inwestycje hydrotechniczne, powinno się przynajmniej budować i konserwować wały. W latach 1995-1997 budowaliśmy średnio 110 km obwałowań rocznie. Dopiero po powodzi w roku 1998 zbudowano 309 km wałów, ale w 1999 r. już tylko 266 km. W skali kraju, w którym prawie 30 tys. km rzek wymaga zabezpieczeń, znaczy to jednak niewiele. Mniej więcej tyle, ile wręczany niedawno mieszkańcom Kłodzka pakiecik przeciwpowodziowy, zawierający kilka plastrów, opaskę, wodę utlenioną, zapalniczkę, dwie świeczki oraz broszurkę informującą m.in., dokąd uciekać w razie zagrożenia.

Pustynia Polska
Starsi mieszkańcy Orłowa nad Bzurą pamiętają, że kilkadziesiąt lat temu ich miasteczko dosłownie żyło z rzeki. Obecnie Orłów jest zapomnianą, wegetującą wsią, bo poziom wody w Bzurze uniemożliwia żeglugę. Po wytrzebieniu lasów wiele rzek, m.in. Pilica, "straciło wodę". Lasy odgrywały niegdyś ważną rolę naturalnego regulatora przepływu wody, magazynowały ją i chroniły glebę przed erozją, która zagraża dziś trzeciej części gruntów w Polsce. Charakterystyczną cechą naszych ziem jest mała pojemność wodna gleby. Po wykarczowaniu lasów odkryto wierzchnią, niezbyt grubą warstwę gleby, która przepuszcza wodę. Obecnie zalega ona na nieprzepuszczalnych pokładach, z których po prostu spływa. W efekcie ponad połowa kraju cierpi na niedobory wody. Ustalił się już nawet pewien naturalny rytm: po wiosennych, a jeszcze częściej letnich wezbraniach następuje zwykle susza. Po powodzi w lipcu 1997 r. słońce wypaliło tysiące hektarów upraw i trzeba było importować ogromną ilość zbóż i pasz.
W efekcie wody mamy coraz mniej, a dużym połaciom kraju grozi stepowienie. Na pustynne obszary australijskiego interioru spada w ciągu roku około 25 cm3 deszczu na m2, w Polsce w latach suchych - około 55 cm3 na m2 (4,5 cm3 miesięcznie), a w latach mokrych - 76,4 cm3 (6,3 cm3 miesięcznie). Eksperci ONZ zaliczyli nasz kraj do strefy o najmniejszych zasobach słodkiej wody na kontynencie europejskim. Najbardziej brakuje jej w Wielkopolsce, na Kujawach i w części Mazowsza. W dodatku to, co spadnie w postaci deszczu, szybko odpływa.

Bogaci mogą więcej
Najskuteczniej chroni przed powodzią system zbiorników retencyjnych. Koszty ich budowy są bardzo wysokie, ale amortyzują się wyjątkowo szybko. Wydatki na budowę zapory i zbiornika Solina na Sanie zwróciły się po sześciu latach, zbiornika w Porąbce (oddanego do użytku w 1936 r.) - po dziesięciu latach. Podobnie było w wypadku Tresny na Sole (działającej od 1967 r.). Koszt budowy zbiornika Czorsztyn-Niedzica zamortyzuje się po 16 latach. Realizacja inwestycji trwała sześć lat dłużej.
Trudno przypuszczać, że kolejni ministrowie ochrony środowiska nie znają tych faktów. Ale Polska jest jeszcze zbyt biedna, żeby jednocześnie zapewnić płynne wypłacanie emerytur, zmodernizować armię, zreformować służbę zdrowia i system szkolnictwa oraz zainwestować setki miliardów złotych w infrastrukturę. Na to musimy dopiero zarobić. Tylko na przedsięwzięcia hydrotechniczne potrzeba ponad 200 mld zł, czyli więcej, niż wynoszą dochody budżetu państwa w tym roku. Sytuacja ekonomiczna kraju nie usprawiedliwia jednak cynizmu urzędników, którzy ludziom z terenów często zalewanych radzą, by szukali mieszkań w domach zbudowanych wyżej.

Więcej możesz przeczytać w 29/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.