Pogromcy Amazonek

Pogromcy Amazonek

Dodano: 
Nie programy reality show odebrały naszym demiurgom publiczność, oni ją tracą na własne życzenie
O nowym reality show "Amazonki" dowiedziałem się z listu protestacyjnego polskich reżyserów, domagających się zakazania jego emisji w telewizji Polsat. Nazwiska pod listem były tak dużego formatu (z Andrzejem Wajdą na czele), a słowa oburzenia tak mocne, że musiałem się dowiedzieć, o co chodzi. Z zadowoleniem przyjąłem więc fakt, że "Amazonki" prezentowane są jednocześnie na dwóch kanałach: w Polsacie i w TV4, dzięki czemu łatwiej się na nie natknąć. Z listu pamiętałem, że program ten ma nieść zgorszenie i demoralizację, więc poszukałem go w godzinach wieczornego relaksu, kiedy - po całym dniu pracy w wydawnictwie - mam szczególną ochotę na coś szokującego, co pomaga się otrząsnąć ze znużenia i zmęczenia. Znalazłem - był o 20.00! I tak wkroczyłem w jeszcze nie zakazany świat telewizyjnej rui i porubstwa, niczym Alicja do krainy czarów.
Najpierw się rozczarowałem: kilkanaście młodych osób nie robiło nic niestosownego, mimo że wszyscy mówili o dobieraniu się w pary, a chłopcy nieustannie oświadczali się rozchichotanym panienkom. Chłopcy byli pięknie zbudowani, a panienki ponętnie i skąpo ubrane. Wyglądali jak grupa młodzieży na wakacyjnym obozie, która spędza czas na balangach i wygłupach, trochę tańcząc, trochę podśpiewując i trochę się obściskując (w strojach kąpielowych).
Potem dowiedziałem się reszty: polsatowski konkurent "Big Brother" to letnia gra towarzyska z udziałem starannie dobranej młodzieży. Uczestnicy gry trafiają do krainy Amazonek. Dziewczyny mieszkają w luksusowym domu z efektowną łazienką i wszelkimi wygodami, chłopcy - w spartańskim obozie rekrutów, śpiąc na polowych łóżkach. Dziewczyn jest sześć, chłopców - dwunastu. Przez pierwsze dni dziewczyny wybierają sobie spośród nich partnerów. Trwają rozmowy, zaloty, popisy, turnieje sportowe i zręcznościowe. Każdy z młodych mężczyzn chce zostać wybrany i trafić do domu Amazonek, by zamieszkać z dziewczyną i razem z nią walczyć o główną nagrodę programu. Wreszcie nadchodzi dzień wyboru: wiele przy tym emocji, nadziei i przewidywań - jak będzie, czy nowe pary rzeczywiście przypadną sobie do gustu? Ci, których nie wybrano, odchodzą. Rekruci urządzają sobie wieczór kawalerski (ze striptizem, a jakże, ale widzowie widzą tylko gołe plecy tancerki), panny im zazdroszczą i próbują zmontować coś na kształt wieczoru panieńskiego. A potem już są razem. Sześć par łaknących przygody. Są młodzi, ładni, pobudzeni. Patrzą na siebie łakomie i śnią pewnie o tym, co mieli na myśli polscy reżyserzy, lepiej zapewne znający życie i bardziej od nich doświadczeni. Ale nic takiego nie robią, bo pochodzą z małych miast i znają normy moralności środowisk, z których się wywodzą. Pamiętają, że wkrótce do nich wrócą... W domu Amazonek do tej pory nie ma rui i porubstwa, ale życie toczy się szybko i ciekawie. Panuje nastrój relaksującej letniej zabawy, patrząc zaś na tych młodych ludzi można nie tylko zapomnieć o codziennych kłopotach, ale także przypomnieć sobie własne wakacyjne obozy...
Wtedy zrozumiałem, dlaczego polscy reżyserzy tak przestraszyli się "Amazonek", że aż domagali się zakazu ich emisji: ten program jest dla nich zawodowym zagrożeniem. Zabiera telewizyjne pieniądze przeznaczone na polską produkcję, przez co jest ich mniej na kręcenie filmów fabularnych, a na dodatek obnaża nieudolność naszych scenarzystów i reżyserów. Kompromituje ich profesjonalnie. Bo oto jeżeli potok zwykłych wakacyjnych scenek i rozmówek w wykonaniu amatorów, całkiem nie reżyserowany, okazuje się bardziej interesujący od przeciętnego polskiego filmu, to oznacza, że cały ten napuszony profesjonalizm wielkich nazwisk nie jest funta kłaków wart i może nawet nie jest tak bardzo profesjonalny. Polskie filmy ostatnich miesięcy (litościwie pominę tytuły) są najczęściej nudne i źle zrobione: pospiesznie zagrane, przypadkowo sfotografowane, słabo zmontowane. To dlatego już dzisiaj przegrywają z reality show, a wielcy demiurdzy stracili umiejętność i przy-wilej kreowania gwiazd. Dzisiaj to nie Andrzej Wajda, lecz "Big Brother" tworzy gwiazdy masowej wyobraźni w rodzaju pulchnej Manueli Michalak, do której ustawiają się kilometrowe kolejki sympatyków proszących o autograf.
Rozumiem bezsilną złość reżyserów polskich na programy typu reality show, ale jej nie podzielam. Mam też świadomość, że to nie owe programy odebrały naszym demiurgom publiczność, lecz sukcesywnie tracą ją oni na własne życzenie, dokonując nietrafnych wyborów tematów, godząc się na zbyt daleko idące kompromisy, opacznie rozumiejąc wymóg komercyjności. Podpisany pod listem protestacyjnym Andrzej Wajda nie ma racji ani w sprawie "Amazonek", ani decydując, że jego następnym filmem ma być kolejna ekranizacja sztuki Aleksandra Fredry "Zemsta". Powinien poszukać tematu na elektryzujący film choćby o wydarzeniach z Jedwabnego. To byłoby coś godnego skali jego talentu! On i jego koledzy nie mają racji i dlatego już wkrótce muszą przegrać.
Okładka tygodnika WPROST: 30/2001
Więcej możesz przeczytać w 30/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0