Woda z mózgu

Woda z mózgu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Powódź braku wyobraźni
I znów Polskę nawiedził jakże niespodziewany kataklizm: powódź. Zdumienie, jakie budzi u wielu ta tragedia, jest tak wielkie, jakby nasz kraj leżał na Saharze. Znów nie jesteśmy przygotowani do walki z żywiołem. A przecież - o czym od dawna przypominają klimatolodzy i hydrolodzy - Polska leży w strefie klimatu umiarkowanego zmiennego i jest skazana na częste powodzie.
Nie ma pieniędzy, nie ma pontonów, nie ma łopat, nie ma worków - narzekają centralne i lokalne instytucje odpowiedzialne za walkę z powodzią. To prawda, z której nic nie wynika. Powódź z 1997 r. zaowocowała tylko jednym - wzrostem zatrudnienia urzędników.

Powódź ratowników
Dziś obok siebie funkcjonują Biuro ds. Usuwania Skutków Powodzi przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz Główny Komitet Przeciwpowodziowy przy Ministerstwie Ochrony Środowiska, któremu podlegają sekcje techniczna i społeczna oraz wojewódzkie komitety przeciwpowodziowe. Ponadto kataklizmami zajmują się dwa departamenty resortu środowiska. Istnieje też administracja kierująca obroną cywilną (kiedy i ile pułków rezerwistów zmobilizowano na czas powodzi?). Te wszystkie instytucje mają w dodatku kłopoty z uzgadnianiem swych działań.

Po co ustawa?
Trzy lata przeleżał w Sejmie prezydencki projekt ustawy regulujący tryb postępowania w sytuacjach nadzwyczajnych. Posłowie przegłosowali go teraz, gdy woda po raz kolejny niszczyła ogromne połacie Polski. Lecz wedle Józefa Płoskonki, wiceministra spraw wewnętrznych i administracji, jej wcześniejsze przyjęcie nie miałoby znaczenia dla akcji ratowniczej. To po co ją w takim razie w ogóle uchwalono? Ustawa określa m.in. zasady ograniczania wolności obywatelskich w sytuacjach nadzwyczajnych, co - wedle Płoskonki - jest nieistotne w razie powodzi. Czy aby na pewno? W Danii i Hiszpanii w czasie kataklizmu wójtowie i prezydenci miast stają się faktycznie dyktatorami kierującymi akcją ratowniczą na swym terenie. Rola instytucji centralnych ogranicza się do zapewniania środków. W Polsce wystarcza powoływanie na gwałt sztabów antykryzysowych.
Dobry lud, źli urzędnicy? Niekoniecznie. W miastach i gminach samorządni obywatele i wybrane przez nich lokalne władze też nie umieją się przygotować do sytua-cji, którą należy wreszcie uznać za typową dla Polski. Zamiast rozpocząć usuwanie skutków poprzednich powodzi od wzmacniania wałów ochronnych, budowy systemu zapór i jazów, w wielu miastach pieniądze wydano najpierw na odbudowę dróg i mostów. Zamiast myśleć o ochronie przed żywiołem, myśli się o usuwaniu jego skutków - jakby miał się ponownie zdarzyć najwcześniej za kilka stuleci. W powiatach gorlickim i nowosądeckim po wielkiej wodzie z 1997 r. pieniądze przeznaczono na odbudowanie sieci komunikacyjnej. Dziś po większości nowych dróg znów nie ma śladu - w samym Nowym Sączu straty sięgają 150 mln zł.
Bywa, że mieszkańcy są bezradni wobec własnych radnych. W czerwcu mieszkańcy opolskiej wyspy Pasieka napisali do prezydenta miasta list otwarty, w którym oskarżyli władze Opola o brak zabezpieczenia przeciwpowodziowego prawego brzegu Odry: "Zastanawia nas, dlaczego wielkie środki finansowe skierowane zostały na zmianę nawierzchni jezdni z betonowych płyt, które wytrzymały powódź, na kostkę brukową, która przy pierwszej fali odpłynie". I rzeczywiście, gdyby kilkanaście dni temu fala na Odrze była tylko nieco wyższa, ich domy znów znalazłyby się pod wodą.
Już latem 2000 r. ustalono, że w Gdańsku i okolicach 58 proc. pomp regulujących poziom wody w kanałach polderowych i 35 proc. budowli hydrotechnicznych (śluz i jazów) wymaga natychmiastowej modernizacji. Uznano też, że ponad 200 km wałów przeciwpowodziowych zagrożonych jest rozmyciem. Niedawno gdań-szczanie stracili dorobek życia. Winny jest tylko rząd?

Wiara w cuda
Obezwładnia też swoją naiwnością myślenie magiczne. Nadal pokutuje wiara, że problem powodzi rozwiąże zainstalowanie bardzo drogich radarów, gdyż pozwoli ostrzec mieszkańców zagrożonych miejscowości. Myślenie magiczne dotyczy też kwestii pieniędzy: gdyby było ich dużo, bylibyśmy bezpieczni. Otóż na pewno ich nie przybędzie w sposób cudowny i w ogromnej ilości. W ogóle czas zacząć myśleć - przecież w 1997 r. zginęło 56 osób, a straty spowodowane zatopieniem ogromnych terenów przekroczyły łącznie miliard dolarów.
Dorywcze akcje nie zastąpią systematycznego myślenia, tak jak partyzanckie oddziały nie zastąpią armii, a Wielka Orkiestra Owsiaka nie zastąpi reformy służby zdrowia. Walkę z groźbą powodzi trzeba zacząć od wypompowania wody z mózgu. W przeciwnym razie będziemy mieli stan permanentnej klęski żywiołowej.

Więcej możesz przeczytać w 31/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0