Demokracja ludowa

Demokracja ludowa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Połowa Polaków nie rozumie mechanizmów demokracji i głosuje w sposób irracjonalny
Wyniki niektórych badań opinii publicznej wprawiają komentatorów w głęboką konfuzję. Na tyle głęboką, że wolą o nich nie mówić, milcząco zakładając jakiś błąd metodologiczny. W przeciwnym razie musieliby zwątpić w sens przemian, jakie dokonują się w Polsce od roku 1989. Jedno z takich badań przeprowadzono w 1995 r. Respondenci odpowiadali na pytanie "kto powinien rządzić Polską?". Do wyboru dano im kilka opcji (Kościół, "Solidarność", SdRP, wojsko etc.), w tym parę nonsensownych, na przykład "koalicja wszystkich istniejących partii". I ten właśnie punkt zakreśliła ponad połowa badanych. Cztery lata później inny ośrodek, być może nie wiedząc o wspomnianym badaniu, postanowił zapytać Polaków, jaką koalicję najchętniej widzieliby u władzy. Odpowiedź znowu okazała się konfundująca: ponad połowa ankietowanych życzyła sobie porozumienia AWS-PSL-SLD-UW. Czyżby obywatele III RP marzyli o powrocie do idei Frontu Jedności Narodu, najbardziej fasadowej instytucji PRL?

Mit kampanii pozytywnej
Wyniki obu tych badań pojawiły się w gazetach, ale nie wzbudziły zainteresowania. Czy płynąca z nich wiedza o naszym społeczeństwie przeczy temu, co wiemy z innych źródeł? Chyba nie. Socjometria potwierdza, że Polacy najwyżej cenią w politykach bezkonfliktowość. Właśnie w fakcie, że liderzy SLD nigdy nie kłócą się publicznie, upatruje się jednej z głównych przyczyn popularności sojuszu. Wszystkie partie - od lewa do prawa - czują się zmuszone pod naciskiem opinii publicznej deklarować, że będą prowadzić "pozytywne" kampanie wyborcze. Atak, jaki w ostatnich wyborach przypuścił na kontrkandydata sztab Mariana Krzaklewskiego, bardziej zaszkodził ujawniającemu skandal niż jego bohaterowi. Niskie poparcie społeczne dla obecnego rządu (około 20 proc.) równie dobitnie świadczy o tym, że nie lubimy sporów, a już nie kończących się kłótni prawicy nie lubimy w szczególności. Wolimy mało demokratyczną jedność niż bardzo demokratyczny bałagan. To zrozumiałe - po przekroczeniu pewnej granicy kłócący się obóz władzy zagraża funkcjonalności państwa.
Tęsknota za brakiem politycznych sporów jest w oczywisty sposób niemożliwa do pogodzenia z postulatem państwa demokratycznego. Demokracja polega właśnie na sporach, dyskusjach, wymianie argumentów i ciosów.

Myślenie boli
Tęsknota za brakiem konfliktów doskonale współgra z powszechną tęsknotą za PRL, za czasami "jedności ideowo-politycznej Polaków", kiedy głosowało się na jedną listę wyborczą, a we wszystkich gazetach, w radiu i telewizji pisano i mówiono to samo. Formalnie rządziła wówczas koalicja wszystkich istniejących partii, czyli Front Jedności Narodu, potem nazwany Patriotycznym Ruchem Odrodzenia Narodowego. Taka sytuacja dawała Polakom swoisty psychiczny komfort: niewolnik nie musi się przecież o nic troszczyć. Demokracja natomiast zaczęła zmuszać ich do nieustannego sekundowania jakimś sporom. Dla wielkiej części obywateli jest ono nieznośne, bo zmusza do zajęcia stanowiska, a to oznacza przykrą konieczność myślenia. Tymczasem w przeciwieństwie do dawnych czasów Polak nie wie obecnie, co ma myśleć - jedni mówią tak, a drudzy całkiem inaczej. Po 1989 r. zmusza się ludzi do ciągłego dokonywania wyborów, do wysiłku umysłowego, a przecież wielu nie ma ani odpowiednich kwalifikacji intelektualnych, ani ochoty.
Wbrew pozorom demokracji nie wywalczono w Polsce oddolnie - zadekretowano ją w wyniku zawartego gdzieś w Warszawie porozumienia elit, potem ogłoszono w telewizji i przesłano w teren do wykonania. Nie było jej w czasach komunizmu, ale nie było jej też wcześniej. Po hekatombie naszej inteligencji w czasie wojny i w latach powojennych mentalność przeciętnego Polaka jest w generalnym zarysie mentalnością potomka pańszczyźnianych chłopów, stale oglą-dającego się na jaśnie pana, którego w XX wieku zastąpił wszechmocny urzędnik państwowy. Być może (stosownych badań w porę nie przeprowadzono) w pierwszej chwili Polaka mile połechtało, że ktoś pyta go o zdanie. Gdy jednak zaczęto się do niego odwoływać wciąż i wciąż, zarzucając argumentami nie na jego głowę, poczuł się tą całą demokracją zmęczony i zaczął tęsknić do świętego spokoju, jaki miał pod rządami koalicji wszystkich istniejących w PRL partii.
Zmęczenie demokracją, publicznymi sporami, koniecznością ich śledzenia i wyrabiania sobie sądu budzi reakcje obronne. Jedną z nich jest angażowanie się po stronie tych, którzy obiecują "łączyć, a nie dzielić". Inną jest odwracanie się z niechęcią od każdego politycznego konfliktu, bez próby wnikania w racje stron. Jeszcze inną - deklarowanie zaufania do państwowej telewizji, która z zamiłowaniem realizuje zasadę sformułowaną przez jednego z bohaterów powieści "451° Fahrenheita" Raya Bradbury’ego (skądinąd znakomitej wizji demokratycznego totalitaryzmu): "w polityce nie pokazuj człowiekowi dwóch stron zagadnienia, bo to go męczy i czyni nieszczęśliwym; pokaż mu tylko jedną stronę, a będzie zadowolony".

Zakochane elektoraty
Ta sama tęsknota wydaje się przyczyną innej, bardzo charakterystycznej i nader konfundującej cechy polskiego wyborcy. Otóż mało przypomina on typowego wyborcę krajów o długiej demokratycznej tradycji, dla którego głosowanie jest efektem swoistej kalkulacji: zwracamy uwagę na to, co kandydat mówi o tym, co o tamtym, i wybieramy to, co jest ważniejsze. Wyborcy brytyjscy zdecydowali swego czasu o wysokiej wygranej konserwatystów, mimo że - jak wynikało z badań - znacznie wyżej oceniali program walki z bezrobociem Partii Pracy. Dlatego tak istotne w zachodniej kampanii jest właściwe określenie topics, czyli spraw, które są dla wyborców najważniejsze.
Polski wyborca, czego dowiodły zwłaszcza wybory prezydenckie, wybrawszy swego faworyta, przypisuje mu wszystkie cechy pozytywne, a kontrkandydatom - negatywne. Czyni to z naiwnością zakochanej panienki, z irracjonalnym zacietrzewieniem, w którym pobrzmiewają echa ogromnego i niczym nie uzasadnionego entuzjazmu, jaki w chwili wstępowania na partyjny tron budzili Gomułka czy Gierek. A jeśli wierze wyborcy przeczą fakty, tym gorzej dla tego, kto o tych faktach ośmiela się mówić. Głośno było o przedwyborczym sondażu, w którym Polacy mieli przypisać kandydatom różne cechy. Głosami ponad połowy respondentów (znów pojawia się tutaj te pięćdziesiąt parę procent - zresztą pokrywające się z późniejszym wynikiem wyborów) wszystkie cechy pozytywne przyporządkowano Kwaśniewskiemu, a negatywne jego głównemu przeciwnikowi. Okazało się więc, że Kwaśniewski góruje nie tylko uczciwością i prawdomównością, ale też ma wyższe wykształcenie, podczas gdy doktor Krzaklewski wykształcenia nie posiada. Mniej znany, a jeszcze dobitniejszy był sondaż, który kilka tygodni później wykazał, że zdaniem ponad połowy Polaków Kwaśniewski jest wyższy od Olechowskiego.
Być może wszystko to nie powinno dziwić ani szokować - psychologia doskonale zna mechanizmy, które sprawiają, że człowiek wypiera ze świadomości fakty i woli wierzyć w wygodne urojenia niż w niewygodną prawdę. Świadomość zachowań Polaków każe jednak zadać pytanie (choć wszyscy się chyba tego boją): jeśli ponad połowa Polaków nie rozumie podstawowych mechanizmów demokracji (bądź je odrzuca) i głosuje w sposób całkowicie irracjonalny, to czy kierowanie się głosem demokratycznej większości ma w naszym kraju sens?

Demokracja analfabetów
Jeśli ktoś odważy się takie pytanie zadać, usłyszy, że jesteśmy na początku drogi, że demokracja musi się zakorzenić. Słowem: jest jak jest, ale będzie lepiej. Być może, choć rodzą się poważne wątpliwości, czy istotnie państwo etatystyczno-feudalne, w jakie zgodnie zmieniły Polskę siły postkomunistyczne i postsolidarnościowe, wychowuje swych obywateli do demokracji, a nie do postpańszczyźnianego klientyzmu, i czy polskie stacje telewizyjne rzeczywiście rozbudzają w Polakach obywatelską świadomość i aspiracje.
Tęsknota za peerelowską "jednością ideowo-polityczną narodu" jest charakterystyczna dla postkomunizmu. Kraje o długiej demokratycznej tradycji także jednak mają problem z tymi, którzy są intelektualnie niezdolni do udziału w demokracji. Istnieje on, od kiedy wprowadzono powszechne prawo wyborcze. Wbrew naiwnym nadziejom z początku wieku upowszechnienie edukacji nic tu nie zmieniło, a rozkwit mediów obrazkowych wręcz pogorszył sytuację. O postępującym zgłupieniu społeczeństw rozwiniętych mówi się coraz więcej i coraz bardziej zasadnie. Kiedy grupa ogłupiałych jest stosunkowo nieliczna, niebezpieczeństwu zapobiega jej lenistwo. Przykład USA dowodzi, że demokracja najlepiej funkcjonuje przy frekwencji nie przekraczającej 50 proc. uprawnionych do głosowania. W większej liczbie niepełnosprawni intelektualnie wyborcy - jako najbardziej podatni na wyborcze przekupstwo, manipulacje i absurdalne obietnice - są wręcz groźni. Nawet w Stanach Zjednoczonych zdarza się, że na gubernatora stanu głosami kibiców wybiera się popularnego zapaśnika.
Niebezpieczny i demoralizujący jest sam fakt, że strony politycznego konfliktu muszą zabiegać o głosy w sposób urągający ideałom państwa obywatelskiego. Podczas ostatniej kampanii prezydenckiej w USA sztab Ala Gore’a skupił się na zachęcaniu do głosowania mieszkańców wielkomiejskich gett - kandydat stał się na przykład jednym z bohaterów popularnej wśród młodych półanalfabetów kreskówki. Sukces okazał się połowiczny: wprawdzie do urn poszło znacznie więcej niż zwykle osób z tej grupy, ale okazały się one niezdolne do prawidłowego przedziurkowania kart wyborczych. Natychmiast zażądano dostosowania sposobu głosowania do możliwości wyborców. Wśród propozycji jest m.in. umieszczanie na karcie nie nazwisk, lecz zdjęć kandydatów (tak jak w niektórych krajach afrykańskich).
Decyzja w tej sprawie będzie w istocie decyzją, czy sankcjonować zastąpienie demokracji władzą oligarchii, manipulujących zachowaniami plebsu. Żaden kraj demokratyczny przed tą decyzją nie ucieknie. My także.

Więcej możesz przeczytać w 32/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0