Naśladownictwo imitacji

Naśladownictwo imitacji

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wirtualni aktorzy zastępują rzeczywistych
Przez ostatnie lata graficy komputerowi tworzyli pełnometrażowe filmy o dzielnych zabawkach, sympatycznych insektach czy przedpotopowych gadach. Kreowali alternatywne światy, szerokim łukiem omijając próby imitacji postaci ludzkich. Tego lata pojawiły się jednak dwa filmy zapowiadające głębokie i nieodwracalne zmiany statusu żywych aktorów, których obecność wydawała się do tej pory w kinie konieczna.
"Tomb Raider" powstał na podstawie popularnej gry komputerowej, która wyróżniała się nietypowym bohaterem - zamiast umięśnionego supermana była nim Lara Croft, młoda kobieta o obfitych, apetycznych kształtach. W filmowej wersji cyfrową Larę zastąpiła aktorka, Angelina Jolie. To, czy kobieta dobrze odgrywa rolę ludzika biegającego po labiryntach programu, jest kwestią drugorzędną. Szokujący i nowy jest fakt, że żywy człowiek został zatrudniony, aby imitować imitację człowieka. Angelina Jolie sporo zarobiła, ale jej rola otwiera drogę raczej do spadku znaczenia człowieka jako wykonawcy ról filmowych. Twórcy "Tomb Raider" zatrudnili żywą istotę tylko dlatego, że nie odważyli się zainwestować w stworzenie filmowej wersji elektronicznego fantomu znanego z gry.

Gry filmowe
Odwagą taką wykazał się Hironobu Sakaguchi, twórca "Final Fantasy". Sprzedawszy dziewięć wersji swojej gry w łącznym nakładzie 33 mln egzemplarzy, zdecydował się stworzyć pełnometrażowy film fabularny. Za dziesiątki milionów dolarów wybudował najnowocześniejsze studio animacji komputerowej i tak oto "Final Fantasy", pierwszy w pełni elektroniczny film imitujący grę prawdziwych aktorów, wszedł na ekrany amerykańskich kin w połowie lipca i okazał się artystyczną klapą. Nawet bardzo liberalni krytycy amerykańscy podkreślają infantylne i sztuczne dialogi, brak choćby śladów oryginalności scenariusza.

Wirtualni, czyli prawdziwi
Niedługo jednak cyfrowi aktorzy będą skutecznie konkurować z rzeczywistymi. Przede wszystkim jako samodzielne postacie - ikony rodzącej się pop kultury XXI wieku. Już dzisiaj nie istniejąca Aki Ross, główna bohaterka "Final Fantasy", pojawia się na okładkach wysokonakładowych magazynów - "Maxim" czy "Yahoo! Internet Life". W zaciszach gabinetów hollywoodzkich mocarzy odbywają się pertraktacje z twórcami wirtualnej aktorki - takie jak z agentami żywych gwiazd - w jakim filmie kolejną rolę zagra Aki Ross: w horrorze, melodramacie, filmie obyczajowym czy erotyku? "Byłoby wspaniale, gdyby udało nam się wykreować kogoś w rodzaju cyfrowej Julii Roberts" - przyznał Sakaguchi. Niewykluczone, że w drugiej części "Tomb Raider" producenci zrezygnują z rzeczywistej aktorki, "zatrudniając" prawdziwą, czyli komputerową Larę Croft.

Ostatni tacy statyści
Już dziś "wirtualiści" stanowią zagrożenie dla statystów i kaskaderów. Ich "produkcja" jest nadal droga, ale w wielu wypadkach - zwłaszcza takich filmów jak "Pearl Harbor" - są niezastąpieni. Producenci "Titanica" rwali sobie włosy z głowy, kalkulując koszty kreacji ludzików przewalających się w tę i z powrotem po stającym dęba pokładzie transoceanicznego statku. Kiedy jednak policzy się pieniądze, które trzeba by wydać na same wieńce pogrzebowe dla statystów na zawsze pozostałych w chłodnawym Atlantyku, dodatkowe kilka milionów dolarów nie robi już wrażenia. Ale żeby udowodnić przydatność wirtualnych statystów, nie potrzeba tak dramatycznych przykładów. Statystom grającym widzów igrzysk w "Gladiatorze" nie groziło przecież żadne niebezpieczeństwo. Pewnie byliby też tańsi niż pracownia animacji komputerowej. Dlaczego zatem zrezygnowano z prawdziwych ludzi? Odpowiedź zawarta jest w pytaniu: a gdzie ci biedacy mieliby usiąść, skoro samo Koloseum było tylko stertą bitów?

Clooney wiecznie żywy
Niezależnie od elektronicznych gwiazd kina pojawi się też zapewne kategoria cyfrowych klonów popularnych aktorów. Ile osób w świecie ogarniętym kultem młodości będzie chciało patrzeć na schorowanego Clooneya? A jeśli na dodatek zestarzeje się on nieładnie? A na trzydziestoletnim Clooneyu każdy z przyjemnością zawiesi oko. Tworzenie wiecznie młodych dublerów będzie zresztą na rękę gwiazdom kina. Nawet jeśli za wynajem komputerowego sobowtóra nie dostaną całej gaży, to przecież na starość przyda się skromny procent dawnych apanaży. Wielu aktorów pomyśli o przyszłości swoich bliskich. - Sklonuję się elektronicznie, dzieci będą mogły wypożyczać moją kopię do reklam albo trzymania halabardy - zaplanuje niejeden. A sukcesorzy Marilyn Monroe czy Clarke’a Gable’a wyciągną od producentów znacznie więcej pieniędzy niż rodziny współczesnych gwiazd. Na razie, aby stworzyć elektroniczny duplikat, potrzebujemy żywego człowieka, w jego pełnej trójwymiarowości. Wkrótce jednak studia komputerowe napiszą kod odtwarzający fizyczność zmarłego aktora na podstawie czarno-białej taśmy filmowej. Co się wtedy zacznie wyrabiać, nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić. Jak z rękawa posypią się kontynuacje klasyków światowego kina. Być może w Polsce ciąg dalszy "Casablanki" nie wywoła wielkich kontrowersji, ale pomyślmy tylko o naszych własnych klasykach. Któż nie poszedłby na nowy film z Cybulskim lub na sequel jednego z jego najsłynniejszych filmów? Czy tytuł "Popiół i diament 2. Ostateczny rewanż" nie brzmi kusząco? Czy nie pobudza wyobraźni możliwość obejrzenia kolejnej narodowej superprodukcji, na przykład filmu "Kanał 2005"?

Więcej możesz przeczytać w 32/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0