Profesor ZERO

Dodano:   /  Zmieniono: 
Przeciętnym polskim instytutem włada nieodwoływalna rada gerontów
Przeciętnego polskiego profesora nikt i nic nie zmusza do prowadzenia jakichkolwiek sensownych badań naukowych, choćby do próby zainteresowania słuchaczy wykładami. Przeciętny polski profesor dobiega sześćdziesiątki, siedzi jak mysz pod miotłą, bo doskonale zdaje sobie sprawę ze swej przeciętności. Głośno krzyczy tylko o "braku środków na naukę". Przeciętny polski profesor prowadzi żywot bezstresowy - ma w końcu dożywotnią posadę. Trochę może go martwić jedynie wyrastająca mu pod bokiem i coraz bardziej sfrustrowana młodsza konkurencja. Ale i tę da się spacyfikować do spółki z kolegami profesorami, rówieśnikami. Przesada? Odwiedźmy przeciętny polski instytut naukowy i sprawdźmy.

Zabawki profesora
Profesor W. zawsze marzył o takim sprzęcie, jaki mają wielkie ośrodki naukowe na Zachodzie. Kupił więc sekwenator DNA firmy Applied Biosystems, jakim posługują się naukowcy z Celera Genomics odcyfrowujący ludzki genom. Cena katalogowa urządzenia wynosi 320 tys. zł. Tego typu maszyny, drogie w eksploatacji, powinny być w placówkach analizujących przynajmniej kilkaset próbek DNA miesięcznie. W przeciwnym wypadku taniej jest posłać próbkę do specjalistycznej firmy, gdzie jej zbadanie kosztuje sto kilkadziesiąt złotych. Tymczasem w zakładzie kierowanym przez W. co miesiąc odczytuje się zaledwie kilka próbek.
Zakup sfinansowany został z budżetu uczelni, a więc był zatwierdzony przez uczelnianego kwestora. Przy czym w instytucie panuje bieda, nie ma pieniędzy nawet na zakup podstawowych czasopism: "Science" i "Nature".

Między nami, noblistami
Specjalnością profesora K. jest biologia komórki. Tej dziedzinie nauki zawdzięczamy m.in. leki przeciwko osteo-porozie czy postęp w chemioterapii nowotworów. Od lat 80., gdy naukowcy nauczyli się izolować geny, w biologii komórki nastąpiła rewolucja. Nie dotarła ona jednak do zakładu profesora, gdzie jak w latach 60. bada się "wpływ związków chemicznych na pełzanie komórek po szkle laboratoryjnym".
Wśród studentów profesor znany jest jako niepoprawny mitoman. "Pamiętam, jak siedziałem z trzema noblistami przy dobrym winie w Clermont-Ferrand..." - opowiada. Niedawno miał oświadczyć, że to właśnie on zasugerował Jamesowi Watsonowi i Francisowi Crickowi, jak wygląda struktura DNA, tak więc de facto to on jest autorem największej rewolucji naukowej XX wieku. - Tymczasem badania w zakładzie naukowym, którym kieruje K., nie mają nic wspólnego z tym, co się robi na świecie - mówi Karolina, była pracownica. W ciągu ostatnich dziesięciu lat kilkunastu pracowników opuściło zakład i wyjechało za granicę.
Żaden zwierzchnik nie ocenia, jakie K. prowadzi badania i jak uczy. Nikt nie kontroluje polityki kadrowej i finansowej W. Brak odpowiednich procedur i kryteriów, dożywotnie posady. Przeciwieństwo systemów uniwersyteckich w USA czy Wielkiej Brytanii, gdzie profesor musi się wykazywać bieżącymi osiągnięciami praktycznie do emerytury, cały czas walczyć o pieniądze na badania, ścigać się z konkurencją i do tego być świetnym wykładowcą.

Frustracja
Pracownicy i doktoranci instytutu, w którym pracują W. i K., piszą długie e-maile, pełne żalu i żółci.
Andrzej, asystent: Pieniędzmi i etatami włada tu niepodzielnie rada gerontów. To zwykle zera z tytułami. Geronci toczą między sobą zażarte walki. Na zewnątrz jednak, w myśl zasady "geront gerontowi oka nie wykole", okazują braterstwo i solidarnie tłamszą młodych naukowców. W instytucie pozostają głównie ci, którym odpowiada rola dworzan w ich świtach.
Maciej, adiunkt: 70 proc. naszych profesorów to ludzie, którzy od lat nie zrobili niczego istotnego. Decydują o pieniądzach, etatach, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. Są jak mandaryni w cesarskich Chinach.
Jednak nie wszyscy. W tym samym instytucie pracuje też profesor P., światowy autorytet w dziedzinie bakteryjnych enzymów proteolitycznych, którymi chorobotwórcze bakterie niszczą tkanki zaatakowanego organizmu. Ich unieszkodliwienie pozwoliłoby zwalczać zarazki szczególnie odporne na antybiotyki. Od początku lat 80. P. opublikował 119 prac naukowych, pracując na przemian w Polsce i w University of Georgia.
- Słabe wyniki nauki polskiej są przede wszystkim rezultatem niedofinansowania, ale bez nowej krwi i zmian organizacyjnych pieniądze w naszej nauce niewiele zmienią - twierdzi P. - Konieczne jest wprowadzenie bezwzględnej polityki kadrowej i finansowej. Nie masz wyników, publikacji, nie dostajesz pieniędzy i wylatujesz! Liczba stałych etatów powinna być bardzo ograniczona.

Humanitaryzm
Większość naukowców z instytutu, który w krajowych rankingach zajmuje w swojej dziedzinie prestiżową drugą pozycję, można umieścić między dwoma biegunami. Pracuje w nim D., utalentowany organizator (dzięki niemu studenci mogą wyjeżdżać na wymiany do państw Unii Europejskiej), ale także B., kierujący dużym zakładem fizjologii roślin, mimo że zaniedbuje swoje wykłady, a publikacje jego zespołu nie są cytowane przez nikogo poza ich autorami (oznacza to, że są w zasadzie bezwartościowe).
Wszyscy profesorowie dostają jednakowe pensje, a uczelnia przydziela im takie same kwoty na badania. Na świecie naukowiec, który na swoje badania zdobędzie grant (pieniądze spoza uczelni), na przykład 100 tys. USD, otrzymuje drugie tyle od uczelni. Tym samym uznaje ona, że instytucje przyznające granty wiedzą najlepiej, które badania wspierać. Polskie uczelnie natomiast od zdobywanych z zewnątrz pieniędzy pobierają haracz w wysokości 25 proc.
Propozycja, by więcej funduszy dostawali naukowcy osiągający dobre wyniki, zosta-ła odrzucona na posiedzeniu rady instytutu jako "niehumanitarna i niesprawiedliwa". O planach posłania na wcześniejszą emeryturę połowy tutejszych pracowników naukowych nawet najodważniejsi boją się napomknąć.

Rada gerontów
Porównując liczbę publikacji naukowych, które na świecie są podstawowym kryterium oceny naukowca, Polska wypada blado nawet na tle innych państw środkowo-wschodniej Europy. Jesteśmy niewiele lepsi od Bułgarów, a o wiele gorsi od Czechów i Słowaków.
Opisywany powyżej instytut zatrudnia 179 osób. Przez ostatnie dwa lata w zagranicznych czasopismach naukowych przedstawił 33 prace. W tym samym okresie 128-osobowy austriacki Institute of Molecular Pathology opublikował ich 189. Porównanie wypada jeszcze gorzej, jeśli się sprawdzi, w jakich periodykach te prace się ukazały. Czasopisma posiadają tzw. impact factor (IF), wskaźnik, który mówi, ile razy (średnio) inni badacze uznają pracę ukazującą się w tym piśmie za na tyle ważną, że cytują ją w swoich publikacjach. Im wyższy IF, tym lepsze czasopismo. "Nature" ma na przykład około 30 IF. Naukowcy z IMP publikują w czasopismach, których IF wynosi 10-40, a polskie 33 prace ukazały się w pismach drugiej i trzeciej kategorii, których IF z reguły nie osiąga 1.
To prawda, że austriacki instytut jest zamożniejszy; tylko na sprzęt i odczynniki wydaje rocznie 3,6 mln dolarów, a polski ponad dziesięć razy mniej: 348 tys. dolarów. Diametralnie inna jest także organizacja obu placówek. W IMP nawet profesorowie zatrudnieni są na pięcioletnich kontraktach. W naszych placówkach wszyscy pracownicy naukowi mają umowy na czas nieokreślony. Tam, podobnie jak w dużych przedsiębiorstwach, rada nadzorcza złożona ze światowych autorytetów spoza instytutu sprawuje kontrolę i wyznacza kierunki badań. U nas rządzi, jak już wspomniano, rada gerontów.

Więcej możesz przeczytać w 34/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.