Nauka biznesu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jak się wedrzeć do światowej czołówki firm high-tech
Produkujmy to, czego nie oferuje nikt na świecie - postanowili twórcy małej polskiej firmy Vigo System. Obecnie ich wynalazkami interesują się najwięksi światowi dystrybutorzy branży elektronicznej i najbardziej zaawansowane technologicznie kraje: Stany Zjednoczone, Japonia, Niemcy i Wielka Brytania. Wartość produkcji Vigo System wzrasta co roku o 50 proc. Najnowszym przedsięwzięciem firmy jest współudział w tworzeniu pierwszego systemu łączności laserowej, który ma być wprowadzony w wielkich miastach USA, m.in. w Nowym Jorku, Waszyngtonie i Detroit.
Dotychczas łączność komputerową zapewniały kable miedziane lub światłowody. Ich układanie wiązało się jednak z dużymi kosztami i rozkopywaniem ulic. - Nasi amerykańscy partnerzy mieli znakomity pomysł: "Opracujmy system łączności napowietrznej między budynkami. Zastosujmy lasery i szybkie detektory fotonowe". Amerykanie już budują urządzenia laserowe, przygotowują proces transmisji danych, my natomiast szykujemy detektory do transportu i odbioru informacji - mówi Mirosław Grudzień, wicedyrektor w Vigo System.

Detektory XXI wieku
Fotonowe detektory promieniowania podczerwonego to jeden z wyjątkowych produktów Vigo System. Wprawdzie urządzenia te umie wytwarzać więcej firm, jednak działają one tylko w skrajnie niskich temperaturach i wymagają chłodzenia płynnym azotem o temperaturze minus 196 °C. Tymczasem detektory polskiej firmy pracują nawet w temperaturach o ponad dwieście stopni wyższych. Opracowane w Wojskowej Akademii Technicznej przez zespół prof. Józefa Piotrowskiego wywołały zdumienie i niedowierzanie ekspertów z całego świata. Tak bardzo wyprzedzały epokę, że w latach 80. nawet uczelnia, na której powstały, nie bardzo wiedziała, co z nimi zrobić.
- Byliśmy kordialnie poklepywani po plecach i na tym się kończyło. Dopiero w okresie entuzjastycznej przedsiębiorczości na przełomie lat 80. i 90. prof. Piotrowski, dr Galus i ja założyliśmy własną firmę. Byłem wtedy zawodowym żołnierzem. Moi przełożeni nie mogli tego przełknąć. Prywatna firma w wojsku? Niemal czołgali mnie po dywaniku, grożąc, że zostanę wysłany na rubieże obronne - wspomina Grudzień. Firma zaczęła się szybko rozwijać. Za własne pieniądze udziałowcy kupili maszyny i urządzenia w upadających przedsiębiorstwach elektronicznych. Wprowadzili na rynek detektory podczerwieni. Ponieważ nie wymagały one zbiorników z płynnym azotem, znalazły wiele nowych zastosowań - w armii, medycynie, przemyśle.
- Nie trzeba się było obawiać, że lekarz czy inżynier w Mszanie Dolnej naleją sobie płynnego azotu do butów, po czym trzeba będzie im już tylko amputować kończynę - tłumaczy Grudzień.
Dzięki nie chłodzonym detektorom w Polsce wprowadzono do uzbrojenia nowoczesny system ochrony wozów bojowych - urządzenia ostrzegają o zagrożeniu atakiem laserowym. Vigo System może być partnerem firm budujących laserową sieć łączności w wielkich miastach USA. System jest już w stadium modelowym. Amerykanie stworzyli też spółkę, która uzyskała na początek 20 mln dolarów tzw. kapitału ryzyka. Następni chętni z pieniędzmi stoją już w kolejce.

Prześwietlanie dźwiękami
Niszę na rynku znalazła również pracownicza spółka akcyjna Echo-Son. Podobnie jak Vigo System należy ona do spin-off, czyli odprysków lub odrostów od macierzystej instytucji badawczej. Oddzieliła się od Instytutu Podstawowych Problemów Techniki PAN w Warszawie, nie tracąc w nim jednak źródła innowacyjnych pomysłów i rozwiązań. IPPT od wielu lat specjalizuje się w projektowaniu ultrasonografów do wykrywania niebezpiecznych defektów w materiałach i maszynach, na przykład szynach kolejowych, kołach pociągów, wałach korbowych statków. Echo-Son wytwarza urządzenia do prześwietlania ultradźwiękami ludzkiego ciała. Kiedy w krajach zachodnich pojawiły się pierwsze ultrasonografy do badania ludzkiego płodu, naukowcy z IPPT błyskawicznie dołączyli do światowej czołówki. Polska znalazła się wśród kilku krajów, które opanowały tę trudną produkcję.
Ultrasonografy produkował najpierw Zakład Doświadczalny Techpan, organizacyjnie powiązany z instytutem. Po upadku (w latach 90. nie mógł się samodzielnie utrzymać, bo zaopatrywał głównie sferę budżetową, czyli gwałtownie zubożałe szpitale) odrodził się jako spółka pracownicza Echo-Son. W ciągu ośmiu lat firma zdobyła dominującą pozycję na polskim rynku - obsługuje 1800 klientów (65 proc. stanowią prywatne zespoły lekarskie). - Produkujemy trzysta ultrasonografów rocznie, do prześwietleń niemal wszystkich narządów - od głowy aż do naczyń krwionośnych stóp. Cały zysk inwestujemy w rozwój spółki - mówi prezes zarządu Zbigniew Woźniak.

Mikrosonograf, czyli pat
Problemy zaczynają się przy produkcji bardziej skomplikowanych aparatów. Prof. Andrzej Nowicki z Zakładu Ultradźwięków IPPT razem z zespołem opracował nową generację ultrasonografu do badań medycznych. Jest to mikrosonograf pracujący z dokładnością do jednej dziesiątej milimetra, przeznaczony do obrazowania mikroskopijnych zmian nowotworowych na skórze, a także w rogówce i tęczówce.
To wyjątkowo skomplikowana aparatura. Hewlett-Packard, jedna z największych firm branży elektronicznej na świecie, aby stworzyć model takiego ultrasonografu, zainwestowała kilkadziesiąt milionów dolarów i zatrudniła na trzy lata sto osób z tytułem doktora fizyki i elektroniki. W Polsce dokonano tego za znacznie mniejsze pieniądze. I nastąpił pat. Nowy mikrosonograf jest tak cenny, że nie znalazł się w kraju ani jeden klient, który mógłby go kupić. Kliniki dermatologiczne i okulistyczne przysyłają swoich pacjentów do IPPT, aby tam na jedynej w Polsce aparaturze zrobić im badania diagnostyczne. Najdroższa wersja takiego aparatu kosztuje tyle, ile trzy najbardziej luksusowe mercedesy.

Nie chciana żyła złota
Na polskim rynku nie ma kapitału ryzyka gotowego wspomóc przedsięwzięcia innowacyjne w zamian za udział w zyskach. Dla wielu twórców staje się to barierą nie do pokonania. Zwłaszcza dla naukowców zajmujących się badaniami podstawowymi. Dwa lata temu Fundacja Nauki Polskiej nagrodziła prof. Macieja Żylicza, biologa z Gdańska, za odkrycie naturalnego systemu ochrony komórek przed niebezpiecznymi zmianami, na przykład wirusami czy nowotworami. Rolę obrońców odgrywają tzw. białka opiekuńcze. Żylicz pierwszy wyizolował te białka z bakterii. U człowieka są one niemal identyczne. Prace prof. Żylicza, opublikowane w najlepszych czasopismach międzynarodowych, stały się podstawą opracowanych przez zagranicznych naukowców obiecujących strategii walki z chorobami nowotworowymi, stwardnieniem rozsianym czy zapaleniem stawów.
W USA sporo firm już pracuje nad szczepionkami antynowotworowymi i antywirusowymi, wykorzystując odkrycia prof. Żylicza. - Może się okazać, że jest to żyła złota. Tyle że my nie jesteśmy biznesmenami, ale naukowcami. I na tym problem polega. Możemy jedynie rozciągnąć polski patent również na Stany Zjednoczone i następnie sprzedać go firmie, która będzie mogła wyprodukować szczepionkę, na przykład antynowotworową. Polska nie jest przygotowana do podjęcia takiej pracy - mówi prof. Żylicz. Na takie rozszerzenie patentu potrzeba około 100 tys. dolarów. Dwa lata temu kilka banków i przedsiębiorstw zaproponowało prof. Żyliczowi pokrycie tych kosztów. Wszystkie firmy się wycofały, twierdząc, że na udział w zyskach trzeba za długo czekać. Oby jak najszybciej się przekonały, że popełniły błąd.


Więcej możesz przeczytać w 35/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.