Cichy pogrom

Cichy pogrom

Dodano:   /  Zmieniono: 
Europejscy antysemici wychodzą z podziemia
W sercu Berlina, tuż obok Reichstagu i Bramy Brandenburskiej, znajduje się najbardziej wymarły plac budowy na świecie. Jak postanowiono przed laty, w tym miejscu ma stanąć pomnik ofiar Holocaustu. Projekt jest, miejsce także, tylko pomnika nie ma. Wielu chciałoby, żeby go nigdy nie było, gdyż będzie świadczył o antysemityzmie wczorajszym i dzisiejszym...
Z ideą wzniesienia monumentu wystąpiła w 1988 r. dziennikarka Lea Rosh. Najpierw pomysł odrzucono, ale kilka lat później - po tysiącach aktów wrogości wobec obcokrajowców, napadach i podpaleniach - kanclerz Helmut Kohl postanowił udowodnić, że Niemcy rządzone z Berlina nie zapominają o nazistowskich zbrodniach. Kohl wybrał projekt nowojorskiego rzeźbiarza Petera Eisenmana, który zaproponował postawienie 2700 obelisków (na powierzchni wielkości boiska piłkarskiego). Przeciwnicy upamiętnienia ofiar Holocaustu twierdzili, że to "tworzenie nowych stygmatów niemieckiego ludobójstwa" i "monumentalizacja narodowego wstydu". Dieter Breuer z "Bonner Rundschau" zapytał wprost: "Kto ma strzec obszaru o wielkości stadionu przed wykorzystywaniem go jako publicznej toalety i bazgraniem swastyk? Czy całodobowy nadzór będzie pełnić służba ochrony pogranicza wyposażona w karabiny maszynowe, owczarki niemieckie i rakiety świetlne?".

Antysemityzm uśpiony
Pytanie komentatora "Bonner Rundschau" nie było retoryczne. Niedawno swastyki pojawiły się na tablicy upamiętniającej zburzoną synagogę w Eisenach. W Erfurcie obrzucono żydowską świątynię butelkami z benzyną, a na cmentarzu w Hanowerze zdewastowano 90 nagrobków. Antysemickie teksty i swastyki wymalowano na grobach w Gubinie, Dortmundzie i Getyndze. W ubiegłym roku podłożono bombę pod synagogą w Düsseldorfie. Ofiarą była kobieta w ciąży. Michel Friedman, wiceszef Centralnej Rady Żydów w Niemczech, mówi o 60 niszczonych cmentarzach rocznie. Ataki neonazistów wymierzone są nie tylko w kamienne symbole i zdarzają się nie tylko w Niemczech.
Kilka tygodni temu w Zurychu zastrzelono 70-letniego rabina Abrahama Grünbauma. Nie była to pierwsza ofiara antysemitów w Szwajcarii. W 1995 r. zakłuto nożem idącego do synagogi Nathana Kahna. Inna ofiara zamachu ledwie uszła z życiem. Gabriel Gutmann ze studenckiej organizacji żydowskiej VJS, który na co dzień nosi kapelusz podkreślający jego wyznaniową przynależność, opowiada, że coraz częściej słyszy w autobusie: "Wysiadaj!" lub "O tobie zapomnieli...?", a na ulicach niektórzy kierowcy podnoszą przed nim ręce w hitlerowskim pozdrowieniu.
Nasilenie się przejawów antysemityzmu wśród Szwajcarów sygnalizował już przed rokiem Instytut Badań Opinii Publicznej (GfS). Jak wykazały sondaże, 16 proc. społeczeństwa to zdeklarowani antysemici, a 60 proc. przejawia antysemickie tendencje. Opracowanie GfS skrytykowali przedstawiciele kilku instytucji, ale - jak skonstatował Markus Häfliger w "Aargauer Zeitung" - "krytyka dotyczyła interpretacji, a nie rezultatów badań".
Również holenderscy Żydzi alarmują, że obraźliwe zachowanie wobec nich stało się codziennością. "Niestety, nasi politycy udają, że u nas niczego takiego nie ma" - skrytykował władze rabin Abraham Soetendorp. Pod synagogą w Emmen znaleziono bombę, a synagogę w Oss obrzucono kamieniami. W Amsterdamie wiernych z oblężonej świątyni musiała wyprowadzić policja. Holenderscy Żydzi zażądali całodobowej ochrony obiektów należących do ich gmin. W Niemczech działacze i instytucje żydowskie są strzeżone od dawna, ale wbrew doświadczeniom z historii i proskrypcji skrajnej prawicy jawna i skrywana niechęć do Żydów rośnie.
Przyczyny tego zjawiska łączą pomniejszanie odpowiedzialności i próby "uświatowienia" własnych patologii. Popularny pisarz Martin Walser postuluje zakończenie etapu narodowego samobiczowania z powodu Holocaustu. Jego słynne wystąpienie w Pauluskirche spotkało się z poparciem dużej części niemieckiej inteligencji i większości społeczeństwa. Przewodniczący Centralnej Rady Żydów Paul Spiegel nazwał Walsera moralnym podpalaczem.
Spiegel zgadza się z brytyjskim historykiem Normanem Daviesem, również przeciwnym mitologizowaniu przeszłości, podkreśla jednak, że Holocaust zajmuje wciąż za mało miejsca w niemieckim systemie edukacji. Zastępca Spiegla Michel Friedman upatruje przyczyn narastania antysemickich resentymentów w tym, że elity intelektualne są zmęczone i niechętne podejmowaniu wysiłku konfrontacji z przeszłością. Odrzuca on też uzasadnianie rasizmu i antysemityzmu problemami bytowymi: - Rasizm jest ponadpartyjny, objawia się wśród starych i młodych, bogatych i biednych, prostych i wykształconych, a u jego podstaw leży niewłaściwe wychowanie - argumentuje Friedman.

Zmęczenie sumień
Tymczasem 23-letni Maik Amerlahn w liście do tygodnika "Focus" stwierdził, że dość już ma "monumentalizowania historii". Młodzi Niemcy przyznają, że Holocaust był "czymś najstraszniejszym", lecz równocześnie sygnalizują zmęczenie tą problematyką i nadawaną jej "wyjątkowością". Uważają, że lepiej poświęcić więcej miejsca na uczenie o związkach Żydów z niemiecką kulturą i nauką, na przykład o żydowskim pochodzeniu Alberta Einsteina czy Heinricha Heinego. Irytuje ich też "ponadnarodowość" żydowskich współobywateli. Podobne spostrzeżenia poczynił GfS. Jedna trzecia jego respondentów sądzi, że szwajcarscy Żydzi są bardziej lojalni wobec Izraela niż kraju, w którym mieszkają. Ponad 30 proc. ankietowanych twierdzi, że mają oni zbyt duży wpływ na to, co się dzieje na świecie. Prawie 40 proc. uważa, że Żydzi nadużywają pamięci o Holocauście dla osiągania własnych celów.
W rozważaniach o utożsamianiu lokalnej społeczności żydowskiej z Izraelem oraz polityką tego państwa wobec Palestyńczyków szwajcarski "Bund" posłużył się pytaniem jednego z młodych czytelników: "Czy Żydzi nie mogą być już w ogóle krytykowani?". Również Abraham Foxmann, dyrektor Żydowskiej Ligi przeciw Zniesławieniu, który poinformował o wzroście liczby ataków antysemickich w USA, zwrócił uwagę, że ich przyczyną nie jest negatywny stosunek do amerykańskich Żydów, lecz właśnie konflikt izraelsko-palestyński.
W minionym dziesięcioleciu we Francji odnotowano 135 aktów przemocy wobec Żydów oraz 566 napaści słownych. Co prawda Francuzi podkreślają, że w ich kraju Żydów żyje najwięcej (od 1945 r. populacja żydowska wzrosła tu ze 170 tys. do 800 tys., a w obrębie Paryża znajduje się aż 90 synagog), ale przemoc o podłożu antysemickim jest zjawiskiem marginalnym. Mimo to w sondażach aż 72 proc. Francuzów przyznaje: "Żydzi mają prawdziwą władzę nad światem".

Irytujący Holocaust
Prof. Jürgen Falter z Moguncji, który w latach 1994, 1998 i 2000 badał stosunek Niemców do obcokrajowców, zaobserwował, że ogólnemu spadkowi wrogości wobec cudzoziemców towarzyszy wzrost niechęci do Żydów. Walser znalazł łatwe wytłumaczenie tego zjawiska. Twierdzi, że w traktowaniu niemieckich Żydów jak rodaków innego wyznania przeszkadza ciągłe odwoływanie się do Holocaustu. Walserowi sekunduje m.in. Nadeem Elyas, przewodniczący Centralnej Rady Muzułmanów w Niemczech, który mówi wprost, że antyżydowskie ekscesy nie powinny być dziś klasyfikowane jako odrębne zjawisko, lecz wpisane w kontekst całokształtu nietolerancji rasowej i religijnej.
Tymczasem członkom żydowskich gmin daje się do zrozumienia, że nie są współobywatelami różniącymi się wyznaniem, lecz po prostu imigrantami. 59-letni Josef Bollag, szwajcarski prawnik i działacz organizacji żydowskich, którego rodzina żyje w Szwajcarii od czterystu lat, opowiada, jak niektórzy rodacy pytają go, gdzie tak dobrze opanował szwajcarski dialekt. Spiegel zdaje sobie sprawę z niechęci Niemców do symboliki Holocaustu, upamiętniającej jeden z najbardziej bolesnych i irytujących okresów ich historii. Rozumie też, że Szwajcarzy "odreagowują" zwrot zagrabionego złota, o które upomnieli się amerykańscy Żydzi. Uważa jednak, że podłożem antysemityzmu jest przede wszystkim niewiedza i rozmywanie indywidualnej odpowiedzialności.
W Niemczech szukanie psychologicznych protez rodzimego antysemityzmu przybiera niekiedy kuriozalne formy. W lipcowym wydaniu tygodnika "Der Spiegel" w tekście na temat Jedwabnego wykpiono wszystko: pogodę, kanapki z kiełbasą, ciepłe piwo, ochroniarzy prezydenta, burmistrza Godlewskiego, który tak "chwycił za wózek rabina Bakera, że gość o mało z niego nie wypadł", ambasadora Izraela Szewacha Weissa, który "dziękował, że on i jego rodzina nie zostali zamordowani". Autorom narazili się mieszkańcy miasta, z których "wielu zajęło domy, używało sztućców i naczyń zamordowanych Żydów", a "dziś wiedzie im się źle, choć od dawna nie ma tu Żydów, Niemców ani Rosjan". Naraził się też rabin Jacob Baker, "człowiek niedołężny, stetryczały i zdezorientowany", który "mówił o najpiękniejszym dniu w historii Jedwabnego, lecz nie wyjaśnił, czy myślał o pogromie, czy o uroczystości żałobnej". Naraziła się nawet "Gazeta Wyborcza", wykpiona za tytuł artykułu "Bóg płakał razem z nami". Ocenę uzupełniono puentą redakcyjną, że "Bóg chyba musi być Polakiem".
Lea Rosh, zniecierpliwiona martwotą na placu budowy pomnika Holocaustu, podjęła kolejną inicjatywę: w pobliżu Bramy Brandenburskiej i Reichstagu pojawił się plakat z pięknym landszaftem i tekstem: "Holocaustu nigdy nie było...". Mniejszymi literami dopisano: "Tak będą twierdzić następne pokolenia, jeśli nie będzie monumentu upamiętniającego pogrom Żydów". Po interwencji plakat usunięto, ale problem pozostał.




Więcej możesz przeczytać w 35/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0