Przed potopem

Przed potopem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy zdołamy zapobiec największej od pięćdziesięciu lat powodzi?
Pod wodą znajdzie się Gdańsk, zatopione zostaną Żuławy. Zagrożone jest niemal całe dorzecze Wisły i Odry. To opinia prof. Jerzego Makowskiego z PAN, który przeanalizował zjawiska meteorologiczne w XX wieku oraz związane z nimi spiętrzenia wody. Z jego badań wynika, że pomiędzy rokiem 2003 a 2006 czeka nas największa od 50 lat powódź. Specjaliści z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej nie negują tej prognozy.

Kanał burzowy Wisła
Dorzecze najdłuższej polskiej rzeki obejmuje ponad połowę powierzchni kraju. Wśród rzek Europy Wisła zajmuje dopiero piętnaste miejsce za takimi gigantami, jak Wołga, Dunaj czy Dniepr. Płynie nią co prawda dwukrotnie więcej wody niż Odrą, więcej niż Łabą, ale trzykrotnie mniej niż Dunajem i o trzy piąte mniej niż Renem. Od stuleci w dorzeczu Wisły średnio co pięć lat powtarzały się tragiczne powodzie. W górskich dopływach naszej najdłuższej rzeki przybory wody były tak gwałtowne, że ludzie nie mieli szans na ucieczkę. Ogromna powódź w roku 1934 pochłonęła 65 ofiar.
W 1919 r. Sejm II Rzeczypospolitej przyjął ustawę o budowie kanałów żeglownych i spławnych. Wzorem innych państw europejskich zaplanowano wieloletnie prace, mające na celu zapobieżenie powodziom. Nowy system wodny miał również umożliwiać rozwój taniego transportu wodnego i produkcję taniej energii elektrycznej oraz zapewniać dostatek wody. Za najpilniejsze zadanie uznano budowę 27 zbiorników. Do 1939 r. powstało ich kilka, m.in. na Brodnicy i Dunajcu, a po wojnie zbudowano kilkadziesiąt nowych, na przykład w Goczałkowicach na Wiśle i w Czorsztynie na Dunajcu. Wybudowano też zbiornik we Włocławku. I na tym się skończyło. Nic więc dziwnego, że Wisła jest największą nieuregulowaną rzeką zlewiska Bałtyku, porównywaną do źle zaprojektowanego kanału burzowego, w którym albo jest niewiele wody, albo jej nadmiar wylewa się poza koryto.

Wysychająca Odra
Po katastrofalnych powodziach Niemcy opracowali w pierwszych latach XX wieku plan uregulowania górnego dorzecza Odry. Do końca drugiej wojny światowej zbudowano kilkanaście większych zbiorników retencyjnych, przegradzając zaporami m.in. Bóbr, Bystrzycę i Nysę Kłodzką. Przed wojną Niemcy wybudowali na Odrze 24 jazy wraz ze śluzami umożliwiającymi żeglugę. Powstało również kilkanaście polderów napełnianych wodą w czasie wezbrań. Przez wiele lat Wrocław połączony był szlakiem żeglugowym z Berlinem.
Po wojnie Odrę zaniedbano. Budowa kilku nowych zbiorników retencyjnych w jej dorzeczu nie zapewniła dostatku wody w czasie całego okresu żeglugowego. Z tego powodu Śląsk połączono ze szczecińskim portem dwutorową linią kolejową. Dorzecze Odry stało się niemal tak niebezpieczne jak na początku XX wieku. Większość poniemieckich polderów zagospodarowano, na zalewowych obszarach Wrocławia powstały blokowiska. Nawet powódź w 1997 r. nie wstrzymała prac budowlanych na tych terenach.
Polska zajmuje obszar zaliczany w Europie do najuboższych w wodę. W latach suchych na każdy metr kwadratowy powierzchni kraju spada prawie 50 wiader wody rocznie, a w mokrych - około 70. Połowa paruje. Znajdujemy się ponadto w zasięgu zjawiska barycznego, które polega na tym, że powietrze ogrzane w rejonie Morza Śródziemnego w czerwcu i lipcu wędruje ku północy. Jest schładzane nad Sudetami i Karpatami, co wywołuje ulewne deszcze. W ciągu doby na metr kwadratowy spada wtedy więcej wody niż normalnie w ciągu półrocza. Ponieważ zjawisko to występuje głównie tam, gdzie strumienie oraz rzeki mają duże spadki, masy wód wypełniające błyskawicznie ich koryta szybko spływają, wywołując nieobliczalne szkody. W roku 1997 GUS oszacował straty powodziowe na 12 mld zł, co w przybliżeniu stanowi jedenastą część podatkowych wpływów państwa. Tegoroczne straty optymistycznie ocenia się na 3 mld zł.
Nie da się zatrzymać w zbiornikach ogromnej masy spływającej wody, ale można znacznie spowolnić jej bieg i obniżyć poziom wezbrań w rzekach. Potrzebna jest jednak sieć dużych i małych zbiorników, polderów, które będą napełniane w czasie przyboru, kanałów odprowadzających nadmiar wody oraz obwałowań. Aby opanować gwałtowne wezbrania na podgórskich dopływach Wisły i Odry, potrzeba zbiorników o łącznej pojemności co najmniej 2 mld m3, czyli trzykrotnie większej niż dziś. Budowa dużych zapór i ogromnych zbiorników jest bardzo kosztowna, ale nakłady zwracają się szybko - w ciągu kilku, kilkunastu lat - m.in. dzięki możliwości produkcji taniej energii.
O wiele tańsze są małe zbiorniki; byłoby na nie stać niemal każdą gminę, wiele firm, a nawet właścicieli położonych nad wodą nieruchomości. Tymczasem prywatny producent energii musi na przykład płacić za... użytkowanie sieci przesyłowej. Nic więc dziwnego, że spośród 8,5 tys. niewielkich elektrowni wodnych i młynów funkcjonujących przed laty, ostały się tylko nieliczne.

Kosztowny optymizm
W Polsce na wszystkich szczeblach władzy od lat dominuje przekonanie, że gdy wystąpi zagrożenie powodziowe, "jakoś to będzie". Siedem lat temu NIK oceniła, że 29 proc. budowli hydrotechnicznych w Polsce może zagrażać życiu ludzi. Kontrola przeprowadzona później przez Główny Urząd Nadzoru Budowlanego wykazała, że poważne zastrzeżenia budzi prawie co trzeci tzw. obiekt piętrzący. W strefie bezpośredniego zagrożenia 37 z nich znajdowały się obszary o powierzchni około 3 tys. km2, zamieszkane przez ponad pół miliona osób. Nie powinno więc nikogo dziwić, że podczas tegorocznej powodzi w Wiórach pod Starachowicami pękła tama, której budowę rozpoczęto 28 lat temu i do dzisiaj nie zdołano jej ukończyć. Nie jest również przypadkiem tegoroczna powódź w Gdańsku; już dwa lata temu przewidzieli ją eksperci z Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Gdańsku. Wówczas zlekceważono ich prognozy. Dziś Departament Specjalistycznego Nadzoru Budowlanego w Głównym Urzędzie Nadzoru Budowlanego woli się nie wypowiadać na ten temat.

Ratunek na dachu
Każdego dnia powódź zagraża mieszkańcom około 7 proc. powierzchni kraju. To mniej więcej tyle, ile zajmuje województwo podlaskie. W czasie powodzi w 1997 r. woda zalała ponad 2 proc. obszaru Polski, czyli więcej niż połowę województwa opolskiego. Niemal 150 tys. osób, ratując życie, musiało opuścić swoje domy. Ekolodzy forsują koncepcję "zachowania rzek w ich naturalnym biegu", która - z czym trzeba się zgodzić - prawie nie wymaga nakładów. Jest tym samym nadzwyczaj wygodna dla administracji państwowej. Okazuje się na przykład, że z 200 mln dolarów niskooprocentowanego kredytu udzielonego Polsce przez Bank Światowy po powodzi w 1997 r. w pełni wykorzystano tylko pieniądze przeznaczone na doradztwo i administrację. Strusia strategia powodziowa oznacza, że w razie zagrożenia miliony ludzi będą musiały szukać ratunku na dachach swoich domów.

Więcej możesz przeczytać w 37/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0