Kontrakt stulecia

Kontrakt stulecia

Dodano:   /  Zmieniono: 
Gdy w ubiegłym tygodniu niemiecki gigant elektroenergetyczny PreussenElektra AG z Hanoweru, Polskie Sieci Elektroenergetyczne SA oraz holding Jana Kulczyka podpisywały kontrakt na eksport do Niemiec energii elektrycznej z Polski i Rosji, mówiono o kontrakcie stulecia
Kto zarobi miliardy dolarów na eksporcie do Niemiec energii elektrycznej z Polski i Rosji?

Chodzi przecież o szacowane na miliardy dolarów i zagwarantowane przez dziesięciolecia dochody dla uczestników przedsięwzięcia. Nie dziwi zatem, że w przygotowanie projektu zaangażował się podobno Anatolij Czubajs, jeden z najpotężniejszych ludzi władzy w Rosji, patronować mu mieli także czołowi politycy rządzącej w Niemczech SPD. Zarobić ma także polski budżet: na wzroście eksportu energii elektrycznej (dwukrotnym), znacznym zwiększeniu wydobycia węgla na krajowe potrzeby oraz podwojeniu eksportu węgla.
Uczestnicy przedsięwzięcia zapewniają, że kontrakt będzie największym sukcesem gospodarczym rządu Jerzego Buzka. Beneficjantem przedsięwzięcia ma być też Rosja, co może wpłynąć na poprawę stosunków pomiędzy naszymi państwami. Jeśli te zapowiedzi nie są tylko deklaracjami ani produktem sprytnych fachowców od public relations, w ubiegłym tygodniu rzeczywiście podpisano kontrakt stulecia.

Zapas energii
Dysponujemy 30-procentową nadwyżką produkcji energii elektrycznej. W godzinach największego obciążenia nasz system odczuwa co prawda pewien niedobór, który jest rekompensowany importem (ok. 1,5 TWh rocznie), ale jest to zjawisko normalne nawet w najbogatszych państwach. Nie opłaca się bowiem budować samowystarczalnego systemu, nie mając możliwości korzystnego eksportowania nadwyżek energii w okresach niższego zużycia. Ponieważ nie mamy odpowiednich linii przesyłowych, możemy obecnie sprzedać za granicę nie więcej niż 4,5 TWh prądu rocznie.
Gdy byliśmy członkiem RWPG, nasze linie należały do systemu Centrel i mogliśmy się wymieniać energią tylko z ówczesnymi partnerami. Reszta Europy zrzeszona jest natomiast w Zachodnioeuropejskiej Unii Producentów Energii Elektrycznej (UCPTE). Obie sieci zsynchronizowano dopiero w 1995 r., ale nadal ze względu na znikomą liczbę łączy przesyłowych są one praktycznie oddzielone. Tymczasem wymiana energii elektrycznej zalicza się do najbardziej lukratywnych przedsięwzięć handlowych, na przykład Elecktricite de France, jedno z największych francuskich przedsiębiorstw, rocznie eksportuje prąd wartości niemal 20 mld franków.

Wielka modernizacja
Pierwszą w ostatnim dziesięcioleciu poważniejszą próbą usprawnienia naszego systemu energetycznego była budowa linii przesyłowej łączącej nas ze Szwecją. Podmorski kabel o długości 260 km kosztował kilkaset milionów dolarów. Będzie nim płynął prąd w obie strony, zależnie od zapotrzebowania w obu państwach. Większą część inwestycji finansowały szwedzkie firmy (PSE mają tylko około procentu udziałów) i to one będą osiągać zyski z tego przedsięwzięcia.
Dodatkowym czynnikiem ograniczającym nasz eksport są wysokie ceny produkowanej u nas energii, które na dodatek - w przeciwieństwie do krajów Europy Zachodniej - nadal rosną. Cały polski sektor elektroenergetyczny w najbliższych latach będzie potrzebował 8 mld zł nakładów rocznie. Sam zaś może wygospodarować nie więcej niż 4 mld zł.

Mieszanie prądu
W równie skomplikowanej sytuacji znajdują się nasi zachodni i wschodni sąsiedzi. RFN ma znaczne nadwyżki energii. Wytwarzana jest ona jednak w siłowniach atomowych, a niektóre z nich są już przestarzałe i niebawem zostaną zlikwidowane. Niemcy myślą więc o zakupie energii w Rosji, gdzie jest ona relatywnie tania. Wprawdzie wschodnim firmom bardzo zależy na tej transakcji, ale utrudnia ją brak możliwości przesyłowych.
- W obecnej sytuacji jedynym sposobem pokonania barier jest "zmieszanie" polskiej droższej energii z tańszą rosyjską i sprzedanie jej na Zachód - tłumaczy Krzysztof Żmijewski, prezes PSE. Wydaje się, że twórcą tego pomysłu jest Jan Kulczyk, który ma doskonałe kontakty z członkami niemieckiej elity politycznej i gospodarczej. - To on doprowadził do porozumienia - przyznaje prezes Żmijewski. Udziałami w spółce mającej realizować projekt Polenergia podzieliły się solidarnie (po jednej trzeciej) PSE, PreussenElektra i Kulczyk Holding. - Na całym świecie prywatne firmy są bardziej wydajne i lepiej zorganizowane - tłumaczy udział holdingu Jana Kulczyka w tym przedsięwzięciu Hans Dieter, prezes PreussenElektra.
- Jest to szczególnie istotne w sytuacji, gdy przemysł energetyczny przechodzi restrukturyzację.

Polenergia
Porozumienie o powołaniu Polenergii podpisano w Warszawie w obecności ministrów gospodarki Polski i Niemiec - Janusza Steinhoffa i Wernera Müllera. Kto na tym skorzysta? Przede wszystkim udziałowcy. Ale także polskie państwo: będziemy mogli zwiększyć eksport energii co najmniej o 100 proc. (docelowo ma on wynieść ok. 10 TWh rocznie). Ponieważ wytworzenie 1 TWh wymaga spalenia 0,5 mln t węgla, oznacza to zwiększenie jego sprzedaży przez kopalnie o 5 mln t. Dodatkowo PreussenElektra zobowiązuje się do zakupu 4 mln t naszego węgla kamiennego rocznie (obecnie firma ta zużywa w roku ok. 8 mln ton węgla). - Dzięki porozumieniu polska energetyka znalazła się wśród tych sektorów gospodarki, które najszybciej integrują się z UE - dodaje prezes Dieter.
Korzyści odniesie niewątpliwie firma Jana Kulczyka. Oprócz udziału w zyskach wypracowanych przez Polenergię zapewne będzie miała wpływ na projektowanie i przygotowanie budowy nowych linii i urządzeń elektroenergetycznych. Już dziś wiadomo, że główna linia przesyłowa łącząca zespół elektrowni Pątnów
-Adamów-Konin z Niemcami będzie przebiegać wzdłuż trasy A-2, którą zbuduje konsorcjum Autostrada Wielkopolska SA (jednym z jego głównych udziałowców jest właśnie Kulczyk Holding). Zyskają oczywiście Polskie Sieci Elektroenergetyczne (również udziałowiec Autostrady Wielkopolskiej SA), które będą rozliczać transakcje związane z eksportem i importem energii.

Co zrobią Niemcy?
Klucz do powodzenia całego przedsięwzięcia leży jednak w Niemczech, gdzie działa dziewiętnaście elektrowni atomowych. W ostatnich latach obywatele tego państwa stali się jednak zdecydowanymi przeciwnikami energetyki jądrowej. Głównym powodem konfliktów są odpady promieniotwórcze składowane w Gorleben i Ahaus. Sprzeciwy budzi też ich transport do magazynów. Obywatelski protest w tej sprawie stał się jednym z głównych punktów programu partii Zielonych w wyborach do Bundestagu w 1998 r. Niemieccy ekolodzy wyliczyli, że ich elektrownie atomowe pokrywają tylko jedną trzecią zapotrzebowania na energię i gdyby je wszystkie wyłączyć, w RFN nie zgasłaby żadna żarówka. Co więcej, po tej operacji i tak kraj dysponowałby piętnastoprocentową nadwyżką energii. Zieloni domagali się natychmiastowego zamknięcia elektrowni. Gdy weszli do rządu, nie wycofali się z tego pomysłu, choć jego realizację rozłożyli w czasie. W ciągu trzech lat mają być wygaszone stare elektrownie w Stade i Obrigheim, pozostałe zaś - w ciągu trzydziestu lat. W najbliższym czasie Niemcom nie zagraża więc kryzys energetyczny.
Dlaczego w takim razie biorą udział w polskim przedsięwzięciu? - Decyduje o tym rachunek ekonomiczny - mówi Jan Kulczyk. Nasi zachodni sąsiedzi, choć są jednym z największych w Europie eksporterów energii, zawsze chętnie angażują się w import tańszego produktu. Tamtejsi dostawcy są już bowiem sprywatyzowani i istnieje pomiędzy nimi duża konkurencja. Każdy odbiorca może już teraz wybrać sobie najtańszego dostawcę. Poza tym RFN nie traktuje kupowania energii za granicą jako zagrożenia dla interesów państwa. Polenergia nie jest pierwszą zagraniczną spółką z udziałem niemieckiego podmiotu, która zajmuje się eksportem prądu do tego kraju.

Mądry Polak przed szkodą
Aby spełnić podstawowy warunek powodzenia przedsięwzięcia, czyli zapewnić Niemcom korzyści ekonomiczne, muszą oni otrzymywać z Polski tani prąd. My takiego nie wytwarzamy (z wyjątkiem kilku zakładów, na przykład kombinatu elektroenergetycznego w Bełchatowie), a "rozcieńczanie" naszego produktu tańszym rosyjskim jest tylko z pozoru proste. Wymaga choćby dofinansowania przez państwo energii przeznaczonej na eksport. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że budżet poniesie straty, wspierając prywatne spółki. Problemem jest też to, czy sytuacja ta, sprzyjająca polskiej elektroenergetyce, nie zahamuje jej modernizacji, bez której już za kilka lat naszego przemysłu elektroenergetycznego nie uratuje nawet tańszy prąd ze Wschodu.
Więcej możesz przeczytać w 14/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0