Wschód na biegunach

Wschód na biegunach

Dodano:   /  Zmieniono: 
Estonia i Mołdawia to przykład wielkiego sukcesu i wielkiej klęski poradzieckiej transformacji
Estończycy przeprowadzili udaną transformację ekonomiczną i szybkim krokiem zmierzają ku członkostwu w Unii Europejskiej. Tymczasem rządzona przez komunistów i borykająca się z podstawowymi problemami gospodarczymi Mołdawia uznawana jest za najuboższe państwo Europy. Tallin i Kiszyniów to dziś przeciwległe bieguny obszaru posowieckiego. Po upływie dekady od rozpadu ZSRR trudno sobie wyobrazić, że Estonia i Mołdawia były częścią tego samego państwa.

Ucieczka od przeszłości
Żaden inny kraj powstały po rozpadzie ZSRR tak zawzięcie nie starał się pozbyć piętna sowieckiej przeszłości. Opłaciło się: Estonia znalazła się w trójce prymusów - obok Węgier i Słowenii - wśród kandydatów do członkostwa w Unii Europejskiej. Fakty mówią za siebie: stały, sięgający 7 proc. wzrost gospodarczy, jednocyfrowa inflacja, przyrost handlu zagranicznego o jedną czwartą rocznie, pierwsza w regionie próba prywatyzacji kolei. Estonia zamknęła w negocjacjach z unią więcej rozdziałów niż Polska. Co trzeci Estończyk korzysta z Internetu.
Imponuje nie tylko tempo przemian gospodarczych i społecznych, ale i stabilność polityczna kraju, o jakiej mogą jedynie pomarzyć obywatele wielu innych państw postkomunistycznych. Po pełnych dwóch kadencjach kończy urzędowanie pierwszy wybrany po odzyskaniu niepodległości prezydent Lennart Meri. Premierem jest znów Mart Laar. Na początku lat 90. za swą misję uważał on trzymanie się jednoznacznego prozachodniego kursu. Teraz mówi nie tylko o doganianiu Zachodu, ale i prześciganiu go w niektórych dziedzinach. Estonia wprowadziła podatek liniowy, po wejściu do UE władze tego kraju z bólem serca będą musiały poddać niektóre bastiony liberalnej polityki, wprowadzając na przykład taryfy importowe i subsydia dla rolników.
Gdy w roku 1991 Estończycy ogłaszali niepodległość, kładąc kres półwieczu sowieckiej okupacji, na ulicach Tallina biła w oczy żądza jak najszybszego pozbycia się jej śladów. Natychmiast rozpoczęto układanie równych trotuarów. Nowi właściciele sklepów robili wszystko, by zapełnić półki markowymi towarami. Kraj otworzył się na zachodnich turystów, handel i inwestycje. Już w połowie lat 90. Bruksela włączyła Estonię do pierwszej grupy państw kandydujących do unii.

W pół drogi do Skandynawii
Estończycy sprzeciwiają się utożsamianiu ich z innymi mieszkańcami radzieckiej pribałtiki, Litwy i Łotwy, tłumacząc, że w tym trójkącie są obcy kulturowo. Chcą być postrzegani jako Skandynawowie. Szkopuł w tym, że sami Estończycy mają kłopoty z nadążeniem za własnym wizerunkiem. W wielu sferach transformacja jeszcze się nie dokonała. Nastroje społeczne dalekie są od euforii. W Estonii jest wielu przeciwników członkostwa w Unii Europejskiej. Unia obarczana jest winą za wyrzeczenia, jakich doświadczają Estończycy. Kampanię prezydencką zdominowały kwestie socjalne. Opozycja przypominała, że rosną nierówności społeczne i przestępczość, nie rozwiązano problemu mniejszości rosyjskiej. Opozycyjny kandydat na prezydenta Peeter Kreitzberg, zastępca przewodniczącego parlamentu, występował przeciw wzrostowi wydatków na obronę, choć mają one wspierać dążenie do członkostwa w NATO. "Nasze wewnętrzne bezpieczeństwo powinno być ważniejsze" - stwierdził.
Złośliwi wytykają Estończykom, że poza wypieszczoną średniowieczną starówką Tallina oraz na wskroś nowoczesnymi gmachami banków i instytucji rządowych większość budynków czy dróg nadal bardziej przypomina ZSRR niż Finlandię. Podobnie jest z mentalnością. Zagraniczni biznesmeni uznają Estonię za najmniej skorumpowany kraj postkomunistyczny, ale przyznają równocześnie, że tamtejsze standardy uczciwości, rzetelności i efektywności sytuują się ciągle gdzieś pomiędzy homo sovieticus a homo scandinavus.

Mołdawska katastrojka
Problemy Estończyków z perspektywy Kiszyniowa wydają się abstrakcyjne. Brytyjski tygodnik "The Economist" artykuł poświęcony Mołdawii zatytułował "Nigdzie", uznając tę byłą republikę ZSRR za najbiedniejszy kraj Europy. Skrajna nędza 75 proc. społeczeństwa, które musi się utrzymać za 30 dolarów miesięcznie, 38-procentowa inflacja, wysokie bezrobocie, wszechobecna korupcja, mafijne powiązania władzy, zdekapitalizowana i zrujnowana infrastruktura, ogromne jak na mały kraj zadłużenie zagraniczne (1,5 mld USD) - litanię mołdawskiej biedy można ciągnąć niemal w nieskończoność.
Mołdawianki zmuszone są wyjeżdżać za granicę na "seksualne saksy", młodzi mężczyźni z braku perspektyw przyłączają się do rosyjskojęzycznych gangów, działających także za granicą. Wiele rodzin może przetrwać tylko dlatego, że 10 proc. Mołdawian pracujących za granicą przesyła im pieniądze. Przemiany, które rozpoczęła pierestrojka, w Mołdawii okazały się "katastrojką". Na dodatek kraj paraliżowany jest konfliktem o Naddniestrze, w którym 670-tysięczna ludność rosyjskojęzyczna utworzyła w 1990 r. separatystyczną republikę.
Eksperci widzą dwie przyczyny gospodarczej zapaści kraju i powszechnej pauperyzacji społeczeństwa: konflikt o Naddniestrze, gdzie ulokowany jest cały przemysł ciężki kraju, i nieumiejętność przeprowadzenia przez mołdawskie elity - słabo przygotowane i marnie wykształcone - jakichkolwiek reform rynkowych. Podczas kampanii wyborczej komuniści twierdzili, że prywatyzacja zniszczyła gospodarkę kraju. Być może dlatego społeczeństwo uznało, że przyczyną problemów są próby wprowadzenia reform, a nie ich brak. W lutowych wyborach parlamentarnych zwyciężyli ortodoksyjni komuniści. Nowy prezydent Władimir Woronin - z zawodu piekarz, były generał KGB - zapewnił mołdawskich Rosjan, że nie ma mowy o połączeniu kraju z Rumunią, podkreślał natomiast zainteresowanie przystąpieniem Mołdawii do Związku Białorusi i Rosji. Zaproponował też uznanie rosyjskiego za drugi język państwowy.
Nowe władze nie mają pomysłu na poprawę sytuacji gospodarczej kraju. Zwycięstwo komunistów odsunęło w nieokreśloną przyszłość negocjacje na temat członkostwa kraju w NATO i Unii Europejskiej. Rozpadł się system wielopartyjny. Kraj wraca w strefę wpływów Rosji, z którą Mołdawia jest silnie powiązana gospodarczo (60 proc. obrotów handlowych). Moskwa jest monopolistą w dostawach paliw, a zaległości Kiszyniowa z tego tytułu wynoszą około 600 mln dolarów.
Z jednej strony - rosyjskie media zachwycają się perspektywą związku Mołdawii z Rosją i Białorusią, jako formą przeciwstawiania się "agresywnemu atlantyzmowi". Z drugiej strony - borykająca się z własnymi problemami gospodarczymi Rosja nie chce i nie jest w stanie wziąć Mołdawii na swój garnuszek. Dlatego naciska, by Kiszyniów porzucił socjalistyczne eksperymenty i rozwijał stosunki z Unią Europejską, w nadziei że Zachód w imię utrzymania stabilizacji w regionie uruchomi pomoc gospodarczą. Na razie z powodu konfliktu w Naddniestrzu i antyrynkowego klimatu zagraniczni inwestorzy i turyści omijają Mołdawię z daleka.

Więcej możesz przeczytać w 37/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0