Solista w barze

Solista w barze

Dodano:   /  Zmieniono: 
Tylko samotni mężczyźni i samotne kobiety są w barze szczęśliwi.Są wolni, są sobą. A w filozofii baru to zdaje się najważniejsze
Ponad 380 milionów razy w ciągu roku strzelają korki od szampana u naszych zachodnich sąsiadów. Dwa razy częściej od mężczyzn po ten trunek sięgają tam kobiety. Czy tylko dlatego, że to głównie one wierzą w słowa szlagieru, że "miłość ma kolor szampana"? Czy też dlatego, że znają najnowsze badania amerykańskich dietetyków, z których wynika, iż kieliszek szampana dziennie nie tylko przedłuża życie, ale i ma wpływ na odchudzanie. Gwarantuje dwa razy szybsze zrzucenie zbędnych kilogramów niż po wypiciu każdego dnia szklaneczki wody. Jednak i na tym terytorium nie możemy mówić o "równouprawnieniu". O ile bowiem mężczyźnie nie zaszkodzi nawet butelka tego szlachetnego trunku dziennie, o tyle kobieta musi poprzestać na jej połowie. I jak tu się odchudzać?
W centrum Wiednia już o jedenastej rano swoje podwoje otwiera kultowy Reiss Bar. Od 1919 r. wpada się tam na szampana i na nic innego. To pierwszy champange-bar na świecie. W karcie oprócz kilkudziesięciu nazw bąbelkowej arystokracji i niezliczonych jej kompozycji znajduje się informacja, że każdy, kto tu zajrzał, może kupić monografię baru jako takiego - "Mythos Bar" pod redakcją Michaela Satke. Autor, zafascynowany od lat jedynym w swoim rodzaju klimatem barowych przestrzeni, osobowościami tzw. ciem barowych i ich dramatycznymi losami, wraz z przyjaciółmi stworzył dziełko, które w stopniu prawie doskonałym wyczerpuje temat.
Opowieść zaczyna się w Wiedniu, gdzie - jak rzadko w którym mieście - można znaleźć admiratorów dobrych trunków. Do Reiss Bar na kieliszek szampana zawsze przychodził cały Wiedeń. To tu nawiązywały się intelektualne przyjaźnie, decydowały biznesowe losy, rodziły płomienne uczucia i nikczemne zdrady. Tu każdego dnia znajdowało odzwierciedlenie przekonanie autora monografii, że bar to także specyficzna filozofia życia - opisywana w literaturze (słynny Victor’s Bar, w którym popijał detektyw Marlowe), utrwalana na taśmie filmowej (na przykład w "Casablance") i wyśpiewywana przez Franka Sinatrę ("It’s quarter to three. There’s no one in the place").
Bar to męskie miejsce, w którym bardzo szybko zaczęły się pojawiać kobiety. Zmieniła się tylko rola, jaką wyznaczano im do odgrywania. Początkowo były atrakcyjnym kwiatuszkiem, czyli dodatkiem do pijącego w barze mężczyzny. To właśnie dla pionierek barowych stołków wymyślono long drinki - nie tyle, by mogły ugasić pragnienie, ale żeby się za nadto nie nudziły. Z milczących towarzyszek mężczyzn zamawiających mocniejsze trunki z czasem stały się ich partnerkami w barowych rozmowach. Miejsce anonimowych długich nóg i przepastnych dekoltów zajęły rozpoznawalne z nazwiska, cytowane w kronikach towarzyskich femme fatale. Odtąd można je było spotkać w barach hotelu Ritz, Raffles w Singapurze czy Pera Palace w Istambule. Musiało jednak upłynąć wiele lat, zanim stały się ich pełnoprawnymi i pełnokrwistymi klientkami, chociaż do złudzenia zaczynają przypominać serialowe bohaterki "Seksu w wielkim mieście" i "Ally Mc-Beal". To w setkach barów na całym świecie przesiadują dziś wieczorami dziewczyny z pokolenia Bridget Jones. Najchętniej chodzą tam w kobiecym towarzystwie. Na kieliszek szampana i egzystencjalne pogaduszki o niezamierzonej konieczności życia w pojedynkę.
W cytowanej monografii natrafiłam na rozdział "Gdy mężczyźni idą do baru, kobiety idą do domu". Już byłam gotowa o autorstwo tych słów posądzić jakiegoś męskiego szowinistę, gdy okazało się, że ich autorką jest Brigitta Butka. Kiedy była dziewczynką, nie mogła pojąć, dlaczego jej matka nigdy nie sprzeciwiała się temu, że ojciec spędza wieczory na barowym stołku. Dziś już wie, że mężczyzna powinien być w barze sam, a w każdym razie bez swojej żony. W takim samym stopniu dotyczy to kobiet. Jakże inaczej spędza się czas w barze z przyjacielem czy kochankiem niż z mężem - pisze. Gdy z pierwszym jest tajemniczo i podniecająco, z drugim jest nudno i nic nie może się wydarzyć. Wiadomo, że wypiwszy kilka drinków, po powrocie do domu przewróci się na lewy bok i zacznie miarowo chrapać. Co robić? Mieć kochanka, z którym chodzi się na drinka, a na męża wybierać kogoś innego? - prawie że retorycznie pyta Butka. Wychodzi na to, że tak naprawdę tylko samotni mężczyźni i samotne kobiety są w barze szczęśliwi. Są wolni, są sobą. A w filozofii baru to zdaje się najważniejsze.
W wywiadzie, jakiego magazynowi "Playboy" udzielił ostatnio Mariusz Walter, pada pytanie o to, czy jako szef TVN myślał o utworzeniu tematycznego kanału o kobietach? Przecież usilnie zabiegałem o współpracę z wami - odpowiada Walter. Tak właśnie mogą pogadać sobie w barze mężczyźni, gdy nie są w towarzystwie swoich żon. Tylko wtedy tzw. tematykę kobiecą mogą postrzegać w perspektywie roznegliżowanych króliczków. Gdy w barze pojawia się żona, wraz z nią nadciągają partyjne parytety, kobieta na prezydenta, urlopy wychowawcze, nie zapłacone rachunki, pusta szafa itd. Chyba że jest to cudza żona...

Więcej możesz przeczytać w 37/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0