World Tragedy Center

World Tragedy Center

RELACJA ŚWIADKÓW
Tam weszły moje dwie córki. Czy ktoś widział dwie dziewczynki w czerwonych t-shirtach? Justine, Kim, gdzie jesteście? Dlaczego nie poszłam z wami? Jeśli coś wam się stało, ja nie chcę żyć - mówiła zapłakana mieszkanka Karoliny Północnej, która przyjechała do Nowego Jorku na wycieczkę. Wokół biegali strażacy, policjanci, osmaleni i ranni pracownicy WTC, którym udało się wydostać na zewnątrz. - Zbiegałam po schodach z 83. piętra, gdy rozbił się drugi samolot. Spotkałam na nich strażaków. Pokazywali mi, że wszystko jest OK. Gdy znalazłam się na dole, budynek runął na nich - relacjonuje pracownica WTC. Wiele osób słaniało się na nogach, niektórzy wymiotowali - wszyscy uciekali w górę Manhattanu. Tylko strażacy i sanitariusze biegli w przeciwnym kierunku. Za chwilę budynek WTC miał się stać ich zbiorowym grobem.
- Louise, na schodach została Louise! - wrzeszczał mężczyzna, który wybiegł z południowej wieży World Trade Center trzy minuty przed jej zawaleniem się. - Ona się tam usmaży żywcem, bo od góry idzie podmuch żaru. To straszne, windy stanęły, setki ludzi tratują się na schodach. Słychać jeden wielki jęk. Budynek drży w posadach - krzyczał w twarz policjantowi, który siłą odciągał go od budynku. - Na Boga, uciekaj, człowieku, za chwilę to wszystko się zawali! - wrzeszczał policjant. Obaj nie widzieli, co zarejestrowały kamery stacji ABC, jak ze środkowych pięter wyskakują ludzie. Ktoś próbował zrobić z płaszcza rodzaj spadochronu. Podmuch z okna niższego piętra wyrwał płaszcz z jego rąk. Uniosło go ciepłe powietrze, a człowiek poleciał w dół jak kamień.
- Zbliża się, za chwilę do mnie dotrze. To chyba koniec. Pat, Mickey, niech Bóg ma was w swojej opiece. Żegnam was - szeptał do mikrofonu amatorskiej kamery Greg Ramirez. Kamera rejestrowała zbliżającą się falę uderzeniową powstałą po zapadnięciu się południowej wieży World Trade Center: kłęby białego kurzu, okruchy szkła, kawałki betonu i skręconych stalowych listew. Za chwilę obraz znieruchomiał. Po kilkudziesięciu sekundach ktoś podniósł kamerę - w obiektywie znalazła się otarta do krwi, osmalona twarz strażaka. - Człowieku, żyjesz? Wstawaj, trzeba się stąd wynosić - mówił strażak. - O Boże, udało się. Ale nie mam czym oddychać - dusił się Ramirez. Za chwilę przyciskał do twarzy maskę aparatu tlenowego. Wszystko dookoła było przysypane kilkunastocentymetrową warstwą pyłu, popiołu i pokruszonego szkła. W pobliżu tragedii znalazł się Piotr Milewski, nowojorski korespondent Radia Zet. Starał się być wszędzie, gdzie było to możliwe - zbierał strzępy relacji świadków.

Czas apokalipsy
- Jak na złość, była piękna widoczność. Z okien 18. piętra mojego szpitala przy High Alert na Long Island widziałam palący się World Trade Center. Za chwilę go nie było. Czy Nowy Jork będzie jeszcze tym samym Nowym Jorkiem, który znam od lat? - płacze do słuchawki Stephanie Klein, psychoterapeutka ze szpitala, który w ciągu godziny musiał przygotować dwieście dodatkowych łóżek dla rannych. Stephanie mieszka w Williamsburgu. Zdążyła rano przyjechać do pracy, ale nie jest pewna, czy zdoła wrócić do domu i powiadomić rodzinę. Nie jeździ metro. Nie działają telefony i faksy, nie sposób wysłać e-maila. Poczta nie przyjmuje przesyłek ani telegramów. Nie można odbierać lokalnych sieci telewizyjnych, bo ich nadajnik znajdował się na dachu WTC. Zawiesiła działalność giełda nowojorska, po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej. Pojawili się pierwsi geszefciarze sprzedający po dziesięć dolarów zdjęcia World Trade Center.
Romanowi Wawrzonkowi, prezesowi organizacji polonijnej Przełom, mieszkającemu w Jersey City, nasunęło to skojarzenie z powstaniem warszawskim. Staremu nowojorczykowi, spotkanemu przez Celestynę Król, mieszkającą przy 23. Ulicy - z atakiem na Pearl Harbor.
Około dziesiątej czasu nowojorskiego w miejskim sztabie antykryzysowym dopiero sobie uświadamiano, co się naprawdę stało. W siedzibie burmistrza Giulianiego odtwarzano zapis wideo, na którym było widać, jak samolot przechyla się na lewe skrzydło, wbija się w południową wieżę i wręcz przecina budynek. W tym czasie stacje telewizyjne donosiły o ataku innego samolotu na Pentagon. "Kazali nam się zgromadzić w tyle samolotu. Są uzbrojeni w noże do przecinania kartonów. Boję się, kochanie..." - to ostatnie słowa wypowiedziane przez Barbarę Olson, dziennikarkę CNN, pasażerkę boeinga, który spadł na Pentagon. To była jej pożegnalna rozmowa z mężem. Potem w słuchawce zaległa cisza.

Najdłuższy dzień
Manhattan nie śpi wcale albo bardzo krótko. Zasypia o trzeciej, czwartej, a już około dziewiątej metro wypluwa miliony nowojorczyków spieszących do pracy.
Do 11 września do godziny 8.45 miejscem pracy 48 tys. wysoko opłacanych fachowców był World Trade Center, 110-piętrowy biurowiec o dwu wieżach, najwyższy budynek w Nowym Jorku. W tym momencie w jego północną wieżę uderzył uprowadzony kwadrans wcześniej w Bostonie boeing 767 linii American Airlines. 18 minut później druga wieża stała się celem boeinga 737 - również wcześniej por-wanego - należącego do United Airlines: lot numer 11 z Bostonu do Los Angeles (na pokładzie znajdowało się 81 pasażerów, 9 członków załogi i 2 pilotów). W podziemiach budynku WTC znajduje się jedna z największych stacji metra, gdzie krzyżuje się dziewięć linii. Nie wiadomo, ilu ludzi tam ugrzęzło. Między pierwszym a drugim atakiem do WTC zdążyło się dostać czterystu strażaków, by ewakuować pracujących tam ludzi. Policyjne źródła podają, że śmierć poniosło 265 strażaków (zginęło także 85 policjantów). O 9.45 trzeci samolot spadł na budynek Pentagonu w Waszyngtonie. Część pięciobocznego gmachu pogrzebała kilkaset osób. Kolejny samolot obrał za cel letnią rezydencję prezydentów USA - Camp David, ale spadł na ziemię na przedmieściach Pittsburgha. W Chicago ewakuowano Sears Tower i zamknięto wszystkie pasaże handlowe, a firmy Doliny Krzemowej na zachodnim wybrzeżu zwolniły pracowników do domów.

Stan wyjątkowy
O 10.00 rozpoczęła się ewakuacja Białego Domu, Kapitolu i Departamentu Stanu. Zanim został zablokowany ruch powietrzny w całych Stanach Zjednoczonych, prezydencki Air Force One wystartował do bazy Omaha w Nebrasce, gdzie mieści się centrum dowodzenia na wypadek wojny światowej. O 19.10 prezydent Bush wydał oświadczenie, że rząd USA "zrobi wszystko, by złapać tych, którzy odpowiadają za te zamachy", dodając: "módlmy się za ofiary i ich rodziny, niech was Bóg błogosławi". Szacowana pobieżnie liczba ofiar wzrosła tymczasem z sześciu do kilkunastu tysięcy osób.
Gdy Bush modlił się z rodziną w swym przeciwatomowym bunkrze na środkowym zachodzie, a burmistrzowie Nowego Jorku i Waszyngtonu wprowadzali stan wyjątkowy, na Manhattanie zaczęli grasować złodzieje, rabujący sklepy pod osłoną dymu z dopalających się ruin WTC. Niebo nad miastem przecinały klucze latających chaotycznie wojskowych odrzutowców i helikopterów. Ich ogłuszający ryk sprawiał, że nieliczni przechodnie odruchowo kulili się w oczekiwaniu na wybuch.
Nikt nie wie, ilu nowojorczyków zginęło. Burmistrz Giuliani był w stanie powiedzieć tylko, że liczba ofiar jest horrendalna. Poza pracującymi w WTC znajdowali się turyści. Taras widokowy na szczycie biurowca odwiedzało nawet 150 tys. osób dziennie. Naruszone zostały konstrukcje sąsiadujących z World Trade Center wieżowców: kilka godzin po ataku runął odległy o przecznicę 47-piętrowy budynek mieszczący m.in. Federalną Agencję ds. Sytuacji Nadzwyczajnych.

Mądry Amerykanin po szkodzie
Czy można było uniknąć ataku na najważniejsze budynki symbolizujące potęgę Stanów Zjednoczonych? Można było, gdyby do ataku zostały użyte samoloty wojskowe. W sali kontroli obszaru powietrznego Nowego Jorku pracuje na każdej zmianie 60-100 osób, które śledzą na ekranach radarów ruchy samolotów w przestrzeni powietrznej wokół drugiego co do wielkości portu lotniczego USA. 11 września na ekranach radarów dwa punkty oznaczały samoloty nie zidentyfikowane, nie przestrzegające poleceń kontrolerów. Oba w pewnym momencie skierowały się nad Manhattan, by w odstępie kilkunastu minut uderzyć w wieże WTC. Nikt nie mógł w tym wypadku nic zrobić. W całej historii lotnictwa coś takiego się nie zdarzyło, a w historii Nowego Jorku tylko raz - przy złej widoczności bombowiec typu B-25 Mitchell uderzył w budynek, zabijając kilka osób i całą załogę, ale to był przypadek.
Co może zrobić kontroler lotów, gdy samolot w jego sektorze nie odpowiada na wezwania, nie wykonuje poleceń i leci prosto nad miasto? - Taki samolot jest traktowany jak obiekt nie rozpoznany, wzywamy wtedy wojsko - mówi Paweł Przymusiał, kontroler lotów. Podobnie postąpili chyba amerykańscy kontrolerzy, ale - jak podał rzecznik Pentagonu - samoloty US Air Force i US Navy nie mogą strzelać do samolotów pasażerskich.




Okładka tygodnika WPROST: 37/2001
Więcej możesz przeczytać w 37/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0