Gospodarka wojenna

Gospodarka wojenna

Dodano:   /  Zmieniono: 
Po 11 września 2001 roku zmieni się świat i gospodarka
Przed atakiem na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 r. Ameryka była dość słaba gospodarczo i karygodnie słaba militarnie. W ciągu kilkunastu miesięcy radykalnie się to zmieniło. Przez następnych 50 lat Stany Zjednoczone były niekwestionowanym liderem militarnym i ekonomicznym świata. Co oznacza atak na World Trade Center? Czy doprowadzi gospodarkę amerykańską do recesji? Czy też "przebudzi" Amerykę i sprowokuje jej zdecydowany kontratak, również w wymiarze gospodarczym?

Ataki spowodowały wymierne straty materialne. Koszt budowy World Trade Center - oddanego do użytku w latach siedemdziesiątych - wyniósł 1,3 mld ówczesnych dolarów. Dziś należałoby to pomnożyć przez dwa i co najmniej taki sam (jeśli nie większy) mnożnik zastosować ze względu na nagromadzony w gmachu sprzęt. Bez wątpienia tańsze było zniszczone skrzydło Pentagonu. Na pewno jednak jego wyposażenie, zbiory danych itd. kosztowały krocie. Do tego trzeba doliczyć wartość czterech boeingów (ich cena w zależności od typu i wyposażenia wynosi 72,5-138,5 mln dolarów) oraz innych domów i infrastruktury miejskiej w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Swoją cenę ma także to, że w stan pogotowia wojennego postawiona została cała zawodowa armia amerykańska i służby specjalne.
Straty te, na pewno przewyższające 10 mld dolarów, nie mogłyby zachwiać gospodarką amerykańską. I nie był to główny cel terrorystów. Celem był "atak na gospodarkę światową". Operacja była zaplanowana. Przede wszystkim świetnie dobrano czas ataku - rano, kiedy startują amerykańskie giełdy pieniężne i towarowe. Jednocześnie, ze względu na sześciogodzinną różnicę czasu, podobne instytucje w Europie kończą pracę, a więc są szczególnie podatne na wszystkie negatywne sygnały zza oceanu. Łatwy do odtworzenia plan był zatem taki: Stany Zjednoczone reagują na wielki atak terrorystyczny paniką, która wywołuje krach w Europie, a budzącym się w tym momencie Japończykom pozostaje tylko popełnić ekonomiczne seppuku.
I prawie się udało. Ale tylko prawie. Bo panika nie wybuchła. Gospodarka światowa ma bowiem swoje hamulce i łodzie ratunkowe. Władze amerykańskie po mistrzowsku wykonały manewr zamrożenia obrotów, łącząc go z demonstracyjnym (w półtorej godziny po ostatnim ataku) przywróceniem aktywności Zarządu Rezerwy Federalnej na rynku bonów skarbowych. Indeksy giełd europejskich spadły, ale: po pierwsze - nieznacznie, po drugie - nic innego nie robiły od kilku miesięcy. Cena ropy na giełdzie w Londynie, która początkowo wynosiła 27,50 dolara za baryłkę, w momencie największej paniki skoczyła do 32 dolarów, aby na zamknięcie powrócić do przyzwoitego poziomu 29 dolarów. W nocy z wtorku na środę (w ubiegłym tygodniu) na giełdzie tokijskiej indeks Nikkei spadł o sześć procent. To dużo, ale w powojennej historii tej giełdy odnotowano osiem większych spadków dziennych.
Faza "gospodarki wojennej", w jaką wkroczą Stany Zjednoczone, może się stać bardzo silnym impulsem koniunkturalnym i odsunąć na długo groźbę recesji. Wzrośnie popyt inwestycyjny, zmniejszy się presja na zwiększanie kosztów pracy, w kąt pójdą obawy przed obniżką stóp procentowych. Po okresie strachu i gospodarczych perturbacji świat powróci do normalności. Trochę to będzie kosztowało, ale za to chyba zmądrzejemy. Stany Zjednoczone dobitnie zademonstrują, że są mocarstwem globalnym, na którym ciąży szczególna odpowiedzialność. Wbrew wtłaczanej nam do głowy przez pół wieku propagandzie USA były zawsze krajem skłonnym do polityki izolacjonistycznej. Wystarczy przypomnieć, że w 1939 r. miały słabszą armię lądową niż Polska i nikomu w tym potężnym kraju nie przychodziło do głowy, że powinien się angażować w konflikty w Europie.
Po 11 września 2001 r. świat się zmieni. Zmieni się także gospodarka. Konieczność bezpardonowej rozprawy z międzynarodowym terroryzmem wymusza bowiem wspólną, zdecydowaną politykę wszystkich cywilizowanych państw wobec krajów popierających terroryzm. Zmusza do wzmożonej kontroli handlu bronią i specjalistycznym sprzętem, ostrzejszej walki ze zorganizowaną przestępczością (świetne zaplecze dla terroryzmu), likwidacji nielegalnych dochodów, a nade wszystko do utrudnienia nielegalnych transferów pieniężnych. To wszystko oznacza dla świata - głównie dla Stanów Zjednoczonych - dodatkowe koszty. Nie spowodują one jednak załamania ani nawet osłabienia koniunktury. Po zeszłotygodniowym ciosie gospodarka na pewno nie zginie. Zapewne zmądrzeje i stanie do walki silniejsza. Jedno jest pewne: nie ma tego złego dla Ameryki, co by nie wyszło na dobre światu.

Więcej możesz przeczytać w 38/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0