Potęga obrazu

Potęga obrazu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jadąc do domu w owe wtorkowe popołudnie, przymierzałem się do felietonu poświęconego potędze mediów. W kontekście grzechu zaniechania.
Pośród wielu błędów popełnionych przez Tych, na Których Głosowałem (da się z tego sporządzić doskonały antypodręcznik dla przyszłych chętnych do władzy), jeden wydaje mi się najgorszy w skutkach. Zlekceważenie czwartej władzy. I to pod każdym względem. Nie mam nawet ochoty dociekać, co było powodem - arogancja czy niekompetencja? (W końcu przy tysiącach doradców powinien się znaleźć choć jeden, że nie wymienię nazwiska Walendziak, który mógłby coś podpowiedzieć). Od początku widać było, że media sobie odpuszczono. Na końcu zresztą też. Bo czymże, jeśli nie samobójczą kropką nad i, było podarowanie PSL stanowiska członka krajowej rady?
Walcząc o wpływy i handlując posadami, wypadało wiedzieć, że pozycje w mediach są tysiąckroć ważniejsze niż stanowiska w resortach gospodarczych, które dla rządu wywodzącego się ze związku zawodowego mogły stanowić wyłącznie kulę u nogi. Nawet mając media nieprzychylne lub wręcz wrogie, czyż nie można było ich zneutralizować ofensywą propagandową, zręcznymi konferencjami prasowymi, celnymi wypowiedziami, oddawaniem głosu medialnym postaciom, albo wreszcie uczeniem się? Podobno przez cztery lata przy niewielkim wkładzie pracy nawet fokę można nauczyć tańczyć, rybę śpiewać, a psa wykonywać podstawowe działania matematyczne. Tymczasem jedyny sukces rządu to znalezienie rzecznika o nazwisku adekwatnym do skuteczności.
Posłużmy się metaforą sportową - bokser amator, nawet pełen najlepszych chęci, nie ma szans, mając naprzeciw sobie zawodowca cięższej wagi, niechętnych sędziów, obrażonych sprawozdawców, zlekceważoną i wrogą publiczność, a resztkę wiernych kibiców za bramą...
Mój tok myśli przerwało słuchowisko dochodzące z komercyjnej stacji radiowej. Świetnie zagrane political fiction! - pomyślałem. Usiłowałem rozpoznać autora: "Dekret" Clancy’ego? "Diabelska alternatywa" Forsytha? Może coś Quinella? Ale to nie było słuchowisko. To działo się naprawdę.
Przez następną dobę nie mogłem się oderwać od ekranu. Pewnie nie ja jeden. Zastanawiam się, ilu ludzi na całym świecie oderwało się od seriali i reality szołów. Zespoliło się wokół nie reżyserowanego dramatu składającego się z rzeczywistej tragedii, przykładów bohaterstwa, odruchów solidarności... I wiem jedno. Kimkolwiek był inspirator, od początku był przegrany. On i jego sprawa. Dzięki mediom i globalnej wiosce. Żadne racje i żadne argumenty nie mają szansy przebicia się przez obraz sam z siebie piętnujący bezrozumne barbarzyństwo.
Są naturalnie kraje, gdzie można potłuc wszystkie telewizory, i takie, gdzie można reglamentować elektroniczne obrazki. W skali globu to na razie niemożliwe. Biedne łotry! Nie wiedzą nawet, z jaką zadarły potęgą.

Więcej możesz przeczytać w 38/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0