Stany zjednoczone

Stany zjednoczone

Dodano:   /  Zmieniono: 
Społeczeństwo amerykańskie zademonstrowało światu potęgę lokalnej demokracji
Dzisiaj czujemy to, co Franklin Roosevelt nazwał odwagą jedności narodowej. To jest jedność wszystkich wierzeń, niezależnie od pochodzenia" - mówił 14 września prezydent Bush w Katedrze Narodowej w Waszyngtonie. W ciągu trzech dni na konto Amerykańskiego Czerwonego Krzyża wpłynęło ponad 21 mln USD. Utworzony przez New Community Trust i United Way Fundusz 11 Września zebrał ponad 70 mln USD. Ochotnicy z całych Stanów Zjednoczonych stali niekiedy 10 godzin w kolejkach, by oddać krew. Już kilka godzin po największej tragedii w historii USA społeczeństwo amerykańskie dało światu lekcję funkcjonowania demokracji.
Trzy dni po ataku grupa konsultantów public relations utworzyła w Nowym Jorku The Twin Towers Orphan Fund (Fundusz Sierot Bliźniaczych Wież). Celem przedsięwzięcia jest umożliwienie godnego startu życiowego dzieciom, których rodzice zginęli 11 września. Fundusz działa w całym kraju - od Bostonu po Los Angeles. Konsultanci we współpracy z mediami pracują, by przyciągnąć jak najwięcej ofiarodawców. - W grę wchodzą ogromne pieniądze, w końcu mamy zapewnić kilku tysiącom dzieci kształcenie, zakwaterowanie, dostęp do służby zdrowia - wymienia tylko część potrzeb współzałożycielka funduszu Dana Victoria Sophia, właścicielka firmy PR i butiku na dolnym Manhattanie. Razem z Knoxem Richardsonem, właścicielem niewielkiego sklepu, w ciągu pierwszych dni działalności pozyskali do współpracy ponad 35 agencji i niezależnych profesjonalistów.

Czas Ameryki
- Samoorganizacja społeczna w Stanach Zjednoczonych była wpajana obywatelom przez pokolenia. Ta tradycja lokalnych społeczności to efekt zdroworozsądkowego podejścia do rzeczywistości, a to jest główna cecha społeczeństwa amerykańskiego - wyjaśnia prof. Krzysztof Michałek, amerykanista z Uniwersytetu Warszawskiego. Amerykański rozsądek bierze górę nad emocjami również w sytuacjach ekstremalnych. Pasażerowie zestrzelonego niedaleko Pittsburgha samolotu United Airlines pod groźbą noży zareagowali w najbardziej amerykański sposób. Dowiedziawszy się, że terroryści, którzy uprowadzili samolot, obrali za cel Biały Dom albo Kapitol, postanowili ograniczyć liczbę ofiar do osób znajdujących się na pokładzie. W obliczu niechybnej śmierci sięgnęli po najbardziej dla nich naturalne rozwiązanie - głosowali, by zadecydować, czy przeciwstawić się porywaczom i doprowadzić do tego, by samolot rozbił się na terenie nie zamieszkanym.
"Wyrządzono nam wielką krzywdę. Ponieśliśmy ogromną stratę. W naszym ogromnym bólu i gniewie odnaleźliśmy jednak naszą misję i naszą chwilę w historii. (...) Nie zatrzymamy się, będziemy silni i wygramy" - ogłosił 20 września na forum zjednoczonych izb Kongresu George W. Bush. Czas Ameryki nadszedł. Na razie jest to czas zbierania sił. "Gdy podejmę akcję, to nie po to, aby wartym dwa miliony dolarów pociskiem rozbić namiot wart dziesięć dolarów i uderzyć w wielbłądzi garb. To musi być bardzo rozważny manewr" - wyjaśniał brak natychmiastowej reakcji na atak prezydent USA. Badania opinii publicznej wskazują, że 91 proc. Amerykanów popiera działania Busha. Jeszcze nigdy żaden prezydent USA nie czuł tak ogromnego wsparcia ze strony narodu. - Tragedie zjednoczyły społeczeństwo na rzecz wspólnego celu bardziej niż kiedykolwiek w moim zawodowym życiu - mówi Peter Hart, który analizuje nastroje Amerykanów już od ponad 30 lat.

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego
Jednoczenie się społeczeństwa najlepiej obrazowały kolejki ochotników, którzy chcieli nieść pomoc. Ludzie różnych ras, starzy, młodzi, profesorowie i robotnicy, protestanci, buddyści i żydzi przyjeżdżali nawet z odległych stanów, uznając, że ich praca może poczekać, a teraz bardziej potrzebni będą na miejscu katastrofy. Piątego dnia po tragedii Joe Lahota, zastępca burmistrza Nowego Jorku, orzekł: "Dość. Więcej ochotników nie przyjmujemy. Nie mamy już także miejsca na kolejne dary żywnościowe". Właśnie tak wyraża się duch Amerykanów - w obliczu prawdziwej tragedii są razem. Tak było po Pearl Harbor, po zabójstwie Kennedy’ego, po zamachu w Oklahoma City. "To jest ponowne zjednoczenie stanów" - mówi Jamie MacDonald, robotnik z bostońskiego portu. Pojedyncze osoby i całe rodziny przygarniają do domów obcych ludzi, którzy wciąż nie mają się gdzie podziać po utracie bliskich. Pracująca w obsłudze lotniska Hartsfield w Atlancie Susan Golden, widząc tysiące ludzi skazanych na spędzenie nie wiadomo ilu dni w hali lotniska z powodu odwołanych lotów, przygarnęła do własnego domu w Peachtree City siedmiu pasażerów. "Wszyscy byliśmy bardzo zajęci, pomagając sobie. To jest właśnie ten rodzaj siły, który zbudował Amerykę" - mówi Golden. Dilip Amin, indyjski imigrant, zaoferował swoje mieszkanie wszystkim tymczasowo bezdomnym. "Przyjechałem tutaj z ośmioma dolarami w kieszeni i musiałem sobie sam jakoś radzić. To jest pierwszy raz, kiedy Amerykanie potrzebują mojej pomocy" - mówi Amin. Diecezja katolicka w San Bernardino przez weekend uzbierała 50 tys. USD podczas zbiórek w trakcie nabożeństw. - Ludzie czują, że powinni zwalczać zło dobrem - mówi ojciec Reno Alardi, przewodniczący misji w San Bernardino. W Fort Mill w Karolinie Południowej sieć zakładów fryzjerskich Encore Styling and Tanning ogłosiła, że cały utarg wypracowany w najbliższych dniach zostanie przekazany Amerykańskiemu Czerwonemu Krzyżowi.
Flaga narodowa jest nieodłącznym elementem amerykańskiego krajobrazu. Od dawna jednak "gwiazdy i pasy" nie były aż tak wszechobecne. Powiewają wszędzie - na budynkach federalnych, stadionach sportowych, prywatnych domach, w gabinetach, samochodach, rowerach, a nawet wystają z dziecięcych wózków. "Spodziewaliśmy się, że ludzie będą tu przychodzić po baterie i artykuły pierwszej potrzeby. Tymczasem wszyscy pytają tylko o flagi" - mówi Marian Kerrisk, menedżer sklepu Cliff’s Variety w San Francisco. Narodowe symbole pojawiają się na frontonach domów i koszulkach.

Niech Bóg błogosławi Amerykę
Amerykanie pokazali światu, że solidarność można pogodzić z konkurencją. Wystarczy odłożyć na chwilę na bok fundamentalne prawa gospodarki wolnorynkowej. "Prawdziwy Amerykanin nie sprzedaje teraz akcji" - głosiły patriotyczne hasła nie tylko na Wall Street. Okazało się, że większość obywateli USA zastosowała się do nich, chroniąc w ten sposób giełdę przed spadkiem kursów. A przynajmniej przed paniką. Prawda jest taka, iż prawdziwy Amerykanin nie sprzedaje akcji w ogóle - chyba że grozi mu strata. Tym razem jednak nawet surowa Komisja Nadzoru Giełdy zezwoliła firmom na wykupywanie własnych akcji.
- Co mogę zrobić? - to najczęściej zadawane pytanie w Stanach Zjednoczonych. Okazuje się, że jedyne, co można teraz zrobić, to wrócić do normalnego życia. Jest to zresztą rada, której psychiatrzy najczęściej udzielają pacjentom po silnych wstrząsach. Pięć dni po ataku, we wrześniową niedzielę, burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani poszedł na ślub. Obiecał siostrze strażaka, który zginął miesiąc wcześniej, że zamiast niego zaprowadzi ją do ołtarza. Dał miastu sygnał, że mimo tragedii, jaka je dotknęła, musi ono powrócić do normalności. "Życie toczy się dalej. Doświadczyliśmy najstraszliwszego ataku w historii Nowego Jorku i wyszliśmy z niego silniejsi, bardziej zjednoczeni. Bardziej zjednoczeni z sobą, bardziej zjednoczeni z Ameryką" - powiedział Giuliani. Normalność zdaje się pomału wracać. Trzy dni po katastrofie teatry na Broadwayu wznowiły pracę. Za radą prezydenta Narodowa Liga Futbolowa i Główna Liga Baseballu zainaugurowały nowy sezon. Najlepiej sprzedającym się w ostatnich dniach albumem muzycznym jest kolekcja hitów Lee Greenwooda sprzed pięciu lat - "God Bless the USA".
Równocześnie Amerykanie stają się bardziej religijni. Nie tylko 14 września kościoły, meczety i synagogi nie były w stanie pomieścić wszystkich wiernych, którzy chcieli uczestniczyć w nabożeństwach. "Zmówiłam za Ciebie pacierz, by Bóg dalej prowadził Cię za rękę / Poszłam do kościoła i prosiłam Pana, by nie pozwolił Ci zwątpić" - takiej treści listy elektroniczne wysyłają matki synom, którzy są teraz poza krajem. Psalmy opatrzone są zdjęciami nowojorskich zgliszczy, płonących świec i powiewających flag. Esencja amerykańskości, czyli poczucie osobistej odpowiedzialności za własny los, wrodzony optymizm, pogoda ducha i wiara w przyszłość, zdaje się powracać. "Niech Bóg błogosławi Amerykę" - słowa, którymi prezydent kończy swoje wystąpienia, nie są już tylko zwyczajową formułą. W ten sposób żegnają się dziś z przyjaciółmi Amerykanie.
Więcej możesz przeczytać w 40/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0