Che Guevara rocka

Che Guevara rocka

Dodano:   /  Zmieniono: 1
W cieniu globalnych megagwiazd wyrasta nowy bohater rock’n’rollowej rewolucji
W Paryżu grał dla arabskich emigrantów, w Kawasaki - dla japońskich punków, w Mexico City - dla zrewoltowanych studentów, w Kolumbii - dla oddziałów partyzanckich. W prowincji Chiapas śpiewał w duecie z przywódcą zapatystów - Marcosem, a na antyglobalistycznych barykadach Europy i Stanów Zjednoczonych tworzył zgodny chór z tłumem "alternatywnej" młodzieży. Jedyny i niepowtarzalny: Manu Chao.
Pierwszy buntownik współczesnej muzyki rockowej urodził się w Paryżu w rodzinie hiszpańskich emigrantów politycznych. Jego ojciec, Ramon Chao, stał się jedną z czołowych postaci ruchu antyfrankistowskiego. W domu rodzinnym co niedziela odbywały się spotkania z emigrantami z Ameryki Południowej. Na ulicy i w szkole Manu spotykał się z ksenofobią w stosunku do siebie i swoich arabskich czy afrykańskich przyjaciół. Młody chłopak miał wszelkie szanse, aby stać się przywódcą gangu ulicznego. Stało się jednak inaczej. Dziadek zostawił po sobie setki płyt z muzyką kubańską, ojciec zaś kupił mu pierwszą płytę Boba Marleya. W wieku 14 lat Manu zdecydował, że będzie muzykiem.
Na przełomie lat 70. i 80. w całej Europie szalał punk rock. Z oczywistych powodów najbliższy sercu wychowanego w lewicowej tradycji młodzieńca stał się najbardziej rozpolitykowany zespół The Clash. Zbuntowani Brytyjczycy pierwsi opowiadali o prawach i potrzebach kolorowej młodzieży w Zjednoczonym Królestwie. A swoją najważniejszą płytę nazwali "Sandinista". Czy trzeba było więcej? Manu Chao grał w wielu formacjach paryskiej sceny alternatywnej, by po kilku latach stworzyć najważniejszy zespół francuskiego punk rocka - Mano Negra. W 1992 r. muzycy odbyli pierwszą trasę koncertową po Ameryce Łacińskiej. Zespołowi nie wystarczyły oficjalne występy na placach i stadionach. W Kolumbii wynajęli rozklekotany pociąg i ruszyli nim w głąb kraju. "Raz na koncert w małej miejscowości przyszli sami faceci. Słuchali w dziwnym bezruchu. Potem okazało się, że był to oddział partyzantki. Byli uzbrojeni po zęby i bali się, żeby w tańcu przypadkiem nie wystrzeliły odbezpieczone pistolety" - wspomina Manu Chao. W 1994 r., po wydaniu "Casa Babylon", zespół się rozpadł, jednak Manu Chao coraz częściej przebywał na kontynencie południowoamerykańskim. "Zrozumiałem, że wzmacniacze, elektryczne gitary i europejski rock są tutaj czymś nienaturalnym. Kupiłem w Argentynie tanią gitarę akustyczną i zacząłem grać, a przede wszystkim słuchać tego, co było prawdziwą muzyką Ameryki Południowej" - wspomina.
Owocem kilkuletnich poszukiwań okazał się wydany w 1998 r. solowy album Manu Chao, zatytułowany "Clandestino", jedna z najważniejszych płyt poprzedniej dekady (na całym świecie sprzedano prawie 4 mln egzemplarzy). Krążek zawierał mieszankę rocka, ska, reggae i wszelkich odmian muzyki latynoskiej. W tle pojawiały się audycje radiowe i fragmenty ścieżki dźwiękowej najgorszych seriali telewizyjnych. Manu Chao spłacał dług zaciągnięty w Meksyku, Brazylii, Kolumbii...
Nieprawdopodobnej feerii stylów muzycznych towarzyszy fiesta lingwistyczna. Na swoich płytach Chao śpiewa po angielsku, francusku, hiszpańsku, portugalsku, galisyjsku, arabsku oraz w portuńol - mieszance hiszpańskiego i portugalskiego. Sam mówi doskonale we wszystkich tych językach, lecz na płytach celowo "brudzi" ich melodykę obcym akcentem. Jego angielski brzmi zatem tak, jakby był artykułowany przez meksykańskich robotników sezonowych, a francuski zawiera arabskie naleciałości. To nie kpiny. Bohaterem zbiorowym "Clandestino" są bowiem ludzie z pogranicza kultur, złodzieje, przemytnicy, emigranci. Manu Chao staje w obronie ich wszystkich. Sympatyzuje z szarym, pokrzywdzonym człowiekiem, ale także z wieloma organizacjami walczącymi o swoje prawa. Na koncertach zakłada t-shirty z napisem EZLN (partia zapatystów), deklaruje poparcie dla brazylijskiej "Sin Terra". Antyglobaliści już dawno postawili go na szczycie swojego Parnasu. Manu Chao odrzuca jednak stosowanie bezsensownej przemocy. "Ludzie ze Świetlistego Szlaku to zwykłe dupki" - stwierdza jednoznacznie.
Wzorem niegdysiejszych rebeliantów kwestionuje wszelkie świętości. W czasach, gdy setki pseudoartystów sklonowanych przez gigantyczne koncerny płytowe przy każdej okazji dziękują Bogu za "talent" i prestiżowe nagrody, a tłumy postkomunistycznych polityków co niedziela biegną do kościoła, Manu Chao otwarcie przyznaje się do ateizmu. "Nie wierzę w Boga ani w cuda. Sekciarze i populiści wykorzystujący religię do własnych celów stanowią ogromne zagrożenie, zawracając bieg historii i popychając ludzkość na powrót w ciemnotę i chaos" - przestrzega charyzmatyczny artysta. Za nic ma tradycyjną rodzinę, w której dzieci, "zamknięte w klatkach dostatnich domów, są przez rodziców traktowane jak przedmioty". Optuje za legalizacją marihuany.
Fenomenu Manu Chao nie da się sprowadzić jedynie do wartości artystycznych. Już dziś Francuz hiszpańskiego pochodzenia, śpiewający po portugalsku karaibskie reggae, staje się wzorem nowej kultury zbuntowanej młodzieży.

Więcej możesz przeczytać w 40/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 1