Przywiędła Warszawska Jesień

Przywiędła Warszawska Jesień

Kilka dni przed tegoroczną Warszawską Jesienią świat muzyki współczesnej obiegło sensacyjne stwierdzenie, cytowane przez tak znane tytuły prasowe, jak "Die Welt" czy "Los Angeles Times". Karlheinz Stockhausen, idol niemieckiej awangardy drugiej połowy XX wieku, miał na konferencji prasowej w Hamburgu nazwać atak na World Trade Center "największym dziełem sztuki", perfekcyjnie przygotowanym "performance’em, w którym uczestniczył cały świat". Wypowiedź ta została jednak wyrwana z kontekstu. Pytanie do Stockhausena brzmiało: czy bohaterowie jego cyklu oper "Licht" - m.in. Lucyfer, widziany przez twórcę jako uosobienie buntu i anarchii, a także inteligencji pozbawionej pierwiastka miłości - są postaciami historycznymi? Kompozytor odparł, że działalność Lucyfera obserwowaliśmy właśnie w Nowym Jorku: zburzenie WTC to jego największe "dzieło sztuki". Kto zna twórczość i poglądy Stockhausena, wie, o co mu chodziło. Pytanie tylko, czy powinien był użyć takiego sformułowania.

Tatuaż języka
Przywiązanie do duchowości wykazali organizatorzy Warszawskiej Jesieni, zamawiając u trojga kompozytorów opery inspirowane "Ziemią Ulro" Czesława Miłosza. W tym roku doszło do prawykonania pierwszej z nich - "Wytatuowanych języków" Holendra Martijna Paddinga. Dzieło jest poświęcone postaci Emanuela Svedenborga (1688-1772), szwedzkiego uczonego i mistyka (bohaterami następnych będą William Blake i Oskar W. Miłosz). Tezą zamawiających te opery była wizja naszego noblisty, który twierdził, że żyjemy dziś w Ulro - świecie fałszywych przekonań i szkodliwych reguł wynikających z pułapek racjonalizmu. Przywoływani wielcy wizjonerzy to ci wyzwoleni z Ulro, wolni i kreatywni. Tak się jednak złożyło, że twórca libretta "Wytatuowanych języków", Friso Haverkamp, jest wedle tej koncepcji typowym mieszkańcem Ulro, ponieważ sam określa się jako "tradycyjny, staroświecki pozytywista", który "całą tę gadaninę o Ziemi Ulro uważa za zupełny nonsens". Stworzył więc tekst w założeniu ironiczny (niebiańskie wizje Svedenborga to sen, a śniącego pilnuje Fundacja Svedenborga, czerpiąc z tego zyski), niemniej bełkotliwy.
Reżyser Krzysztof Warlikowski zupełnie sobie z dziełem nie poradził i choć spektakl był szumnie zapowiadany jako "opera multimedialna", dalekie to było od prawdy (odbyły się dwie krótkie projekcje, podczas gdy przygotowano ich około setki). Znakomita była za to muzyka Paddinga, reprezentująca najlepsze cechy współczesnej szkoły holenderskiej - żywiołowy rytm i harmonie wywodzące się z jazzu i rocka.

Sprawy ostateczne
Polscy kompozytorzy, zwłaszcza ci dojrzali, sprawiają wrażenie zamkniętych we własnej wieży z kości słoniowej, przypominającej nierzadko świątynię. Ta postawa jest niekiedy piękna i inspirująca, ale uderza w niej zapatrzenie w przeszłość. Czasem ogranicza się ono do pojedynczych gestów, jak w "Muzyce filmowej" Pawła Szymańskiego czy "Hommage a Frederic Chopin", koncercie fortepianowym Elżbiety Sikory. Jednakże taki utwór jak "Up into the Silence" Eugeniusza Knapika - półtoragodzinny cykl pieśni, wielki romantyczny pean na cześć miłości - brzmi jakby kompozytor urodził się o wiele za późno.
Prawdziwą muzyką na dziś wydaje się przejmująca twórczość 82-letniej petersburżanki Galiny Ustwolskiej, której pięć symfonii wykonano na tegorocznej Warszawskiej Jesieni. Uczennica, asystentka i przyjaciółka Dymitra Szostakowicza, ale całkowicie od niego artystycznie niezależna, długo pisała praktycznie do szuflady. Dopiero kilkanaście lat temu, gdy Zachód zafascynowała muzyka zza żelaznej kurtyny, odkryto i tę kompozytorkę, która w sowieckim systemie pisała w sposób całkowicie odmienny. Większość symfonii Ustwolskiej zawiera śpiewane lub recytowane teksty modlitw. Towarzysząca im muzyka jest wszakże mocna, dobitna, surowa i zimna. To twórczość osoby świadomej wszystkiego najgorszego.

Gry i zabawy
Nie wszyscy twórcy myślą o ideologii. Dla wielu muzyka to po prostu bawienie się dźwiękami i choć dziś te zabawy wydają się trywialne i błahe, dobrze, że są, ponieważ przynoszą odprężenie. Przyjemnie czasem posłuchać dobrej muzyki elektronicznej, utworów inspirowanych jazzem (jak w kompozycjach holenderskich, przedstawionych przez znakomite zespoły Loos i Nieuw Ensemble), rockiem industrialnym (spektakl w Fabryce Norblina, przygotowany przez nowojorską kompozytorkę Annie Gosfield), a nawet bluesem (cykl miniatur zamówionych przez holenderskiego pianistę Marcela Wormsa u różnych kompozytorów). Mimo że kontekst wszystkiego, co dzieje się także w sztuce, zmienił się ostatnio dramatycznie, krajobraz pozostał jeszcze z grubsza ten sam.

Okładka tygodnika WPROST: 40/2001
Więcej możesz przeczytać w 40/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0