Menora i krzyż

Menora i krzyż

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jan Paweł II w Izraelu
Papież w Yad Vashem, pod Ścianą Płaczu, w Naczelnym Rabinacie. Mój dziadek nigdy by w to nie uwierzył - wzrusza się Shalom Gold, jeden z dwóch tysięcy jerozolimskich rabinów.
Jeszcze przed wylotem Jana Pawła II z Rzymu jego pielgrzymka do Ziemi Świętej została uznana przez świat katolicki za najważniejszą z 91 podróży papieskich. Podobnego zdania był świat żydowski. Wpływowa izraelska gazeta "Maariv" określiła przyjazd papieża jako drugie pod względem wagi - po wizycie prezydenta Egiptu Anwara Sadata w 1977 r. - wydarzenie dyplomatyczne w historii Izraela, zaś premier Ehud Barak stwierdził, że jest to "najważniejszy fakt na historycznej drodze uzdrawiania stosunków chrześcijańsko-żydowskich, dla których Jan Paweł II uczynił więcej niż ktokolwiek inny".
Papież wprawdzie wielokrotnie zapewniał, że będzie to jego osobista, czysto religijna pielgrzymka i duchowa podróż biskupa Rzymu do źródeł wiary, mało kto jednak nie powątpiewał, czy zachowanie takiego charakteru wizyty będzie możliwe. Na tej świętej ziemi trzech wielkich religii - judaizmu, chrześcijaństwa i islamu - trudno się oderwać od polityki i szybować tylko w sferze ducha. - Jerozolima to klucz do pokoju w tym regionie, a może na całym świecie - mówi w rozmowie z "Wprost" Isa Yaber, mer miasta Abu Gosh, leżącego na terenie Autonomii.
Gość z Watykanu cały czas zdawał się sprzyjać wątpiącym. Już pierwszego dnia odmówił spotkania z burmistrzem Jerozolimy Ehudem Olmertem, jeśli nie weźmie w nim udziału szef zarządu arabskiej dzielnicy miasta. Podczas powitania w Betlejem oznajmił, że przybył do tego palestyńskiego dziś miasta, gdyż tu Chrystus został zrodzony z Dziewicy Maryi, ale chwilę później podkreślił, że Watykan zawsze uznawał prawo Palestyńczyków do własnego państwa. A tuż po mszy przed Bazyliką Narodzenia, podczas której zachęcał Palestyńczyków, jak niegdyś Polaków: "Nie lękajcie się!", odwiedził dziesięciotysięczny obóz uchodźców, którzy nie chcą się osiedlić w Autonomii, lecz pragną wrócić do Izraela, na co władze tego kraju nie zezwalają.
Zresztą do wizyty w Ziemi Świętej, o której Jan Paweł II myślał od początku swego pontyfikatu, mogło dojść tylko w następstwie politycznej normalizacji na Bliskim Wschodzie. Rabin Dawid Rosen, dyrektor Anti-Defamation League, zauważa, że podjęcie rozmów Watykanu z Izraelem stało się możliwe po konferencji madryckiej w 1992 r., a ustanowienie stosunków dyplomatycznych między tymi państwami w grudniu 1993 r. nastąpiło trzy miesiące po podpisaniu układu w Oslo. - Tu wszystko jest zanurzone w polityce.
Dla Palestyńczyków i świata arabskiego najważniejszą częścią tej wizyty - poza jej jordańskim preludium - był pobyt papieża w Betlejem i spotkanie z Jaserem Arafatem, pieczętujące podpisane wcześniej porozumienie OWP ze Stolicą Apostolską, mające prowadzić - zdaniem kół arabskich - do uznania podmiotowości państwa palestyńskiego ze stolicą we wschodniej Jerozolimie. Dla Izraela z kolei najważniejszy był fakt, że do spotkań z premierem Barakiem i prezydentem Ezerem Weizmanem doszło w Jerozolimie, co miało z kolei potwierdzać uznanie suwerennej władzy państwa żydowskiego w tym mieście, jego niepodzielności i stołecznego statusu. Dla Żydów na całym świecie rzeczą najwyższej wagi była wizyta w Yad Vashem, mauzoleum pamięci ofiar Holocaustu, które według prof. Israela Gutmana, jest najświętszym miejscem Ziemi Świętej. Dla miejscowych chrześcijan kulminacją pielgrzymki była msza na Górze Błogosławieństw, odprawiana po raz pierwszy w historii papieskich celebracji również po hebrajsku i arabsku, podczas której 10 tys. Libańczyków modliło się, by Izrael nie wycofał wojsk z południa ich kraju. Dla 50 tys. katolickich pielgrzymów przybyłych z całego świata był to jedyny bezpośredni kontakt z papieżem, szczelnie izolowanym nie tylko od wiernych, lecz także od 3 tys. akredytowanych dziennikarzy. Dla innych wspólnot chrześcijańskich nie mniej ważne było ekumeniczne spotkanie w Instytucie Notre Dame i papieska wizyta u greckiego patriarchy ortodoksyjnego Jerozolimy, w którego władaniu znajduje się najważniejsza cześć Bazyliki Grobu Świętego - grób Chrystusa.
- Jerozolima podzielona jest nie tylko miedzy judaizm, islam i chrześcijaństwo, ale również głębiej, miedzy cztery różne orientacje chrześcijaństwa: ortodoksyjną, katolicką, ewangelicką i zorientowane na ortodoksję kościoły Ormian, Koptów, maronitów, chalcedończyków i Syryjczyków - zauważa Munib Younan, luterański biskup Jerozolimy.
Status świętego miasta trzech wielkich religii, którego nazwę Biblia wymienia 656 razy, jest dziś - obok obecności Izraela na wzgórzach Golan - sprawą najdalszą od kompromisu w całej kwestii bliskowschodniej. Dla Żydów Jerozolima jest pierwszą i jedyną stolicą ich państwa, ustanowioną 3 tys. lat temu. Dla chrześcijan - od dwóch tysięcy lat domem wiary w zmartwychwstałego tu Chrystusa. Dla muzułmanów - od czternastu wieków pierwszym wskazaniem modlitewnym (quibla) i miejscem, z którego prorok Mahomet został wzięty do nieba, pozostawiając na wzgórzu Moria odcisk swojej stopy. Ale rzecz nie tylko w okresie zasiedzenia. Prof. Zvi Wierblowski z Uniwersytetu Hebrajskiego zwraca uwagę, że w żydowskiej tradycji Jeruzalem znaczy więcej niż miasto świętych miejsc, którym jest dla islamu i chrześcijaństwa: oznacza całą ziemię Żydów, która sama w sobie jest święta. - Tak jak Paryż znaczy Francja, z jej narodem, historią, martyrologią i wolnością - wywodzi. - Jerozolima jest podzielona między religie, narody i kultury, Wschód i Zachód, historię i współczesność. A współczesność jest taka, że jest to miasto Żydów, którzy modlą się w 1100 synagogach, podczas gdy kościołów chrześcijańskich jest 65, a meczetów 59 - dodaje Daniel Rossing, zajmujący się sprawami religii w merostwie Jerozolimy.
Ta najważniejsza podróż pontyfikatu była zarazem najtrudniejszą, nie tylko pod względem logistyki: mobilizując do ochrony papieża 18 tys. funkcjonariuszy, władze Izraela podkreślały, że przeprowadziły największą w swych dziejach operację policyjną, która wszakże pochłonęła kilka ofiar śmiertelnych. W żadnej z dotychczasowych pielgrzymek słowa papieża nie były tak uważnie analizowane. Każdy, kto chciał, mógł w nich znaleźć coś dla siebie. Gdy w Betlejem Jan Paweł II mówił o Ziemi Świętej jako o korzeniach naszej wiary w Boga, można było to interpretować zarówno jako wiarę we wspólnego Boga judeochrześcijańskiego, jak i osobną wiarę w Chrystusa. Zapał Arafata, uważającego, że papieskie słowa były jasnym uznaniem palestyńskiej państwowości, izraelski minister stanu Haim Ramon studził oświadczeniem, że nie było w nich niczego, co nie mogłoby zyskać akceptacji jego rządu. Dla wielkiego muftiego Jerozolimy, szejka Akrama Sabri, były one natomiast do tego stopnia niewystarczające, że odmówił udziału w międzyreligijnym spotkaniu w Notre Dame. Różny odbiór - od entuzjazmu po dezaprobatę - miała też papieska deklaracja w Yad Vashem. - W pełnym sprzeczności społeczeństwie Izraela niemożliwa jest zgodność poglądów - tłumaczył były premier Szymon Peres, który zaprosił Jana Pawła II do złożenia wizyty w Izraelu.
W dniu przybycia papieża do Jerozolimy jej mieszkańcy mimo zimna i deszczu do późnej nocy cieszyli się na ulicach, bo wypadało akurat radosne święto Purim. Dla zwykłych ludzi wizyta gościa z Watykanu nie była wielką sprawą. Szczycący się polskimi korzeniami współwłaściciel modnej restauracji "Blues Brothers" przy głównym deptaku miasta Ben Jehuda, słysząc, że przyjechali dziennikarze z Polski, pytał, czy na kongres lekarzy.
Wprawdzie przeprowadzony w przeddzień przyjazdu papieża sondaż Gallupa wykazał, że 53 proc. Izraelczyków cieszyło się, że dojdzie do wizyty, a tylko 11 proc. było niezadowolonych, jednak w samej Jerozolimie zadowolonych było tylko 31 proc. W Tel Awiwie - 52 proc., w Hajfie - aż 86 proc. Im dalej od papieskiego szlaku, tym więcej. Rabin Jechel Eckstein, przewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Chrześcijan i Żydów, które zleciło to badanie, tłumaczy, że mniejszy entuzjazm jerozolimczyków wynika ze znacznie wyższego niż w innych miejscowościach odsetka ultraortodoksów (mieszka ich tu 130 tys.;
30 proc. żydowskiej ludności miasta) oraz z utrudnień komunikacyjnych spowodowanych wizytą. Najmniej zadowoleni z przyjazdu papieża byli młodzi biedni haredim (najpobożniejsi). Właśnie oni protestowali w kilku miejscach przeciw wizycie, krzycząc i prezentując transparenty "Jedź się modlić do domu", "Rabini - nie spotykajcie się z poganinem", "Eliahu (imię jednego z dwóch głównych rabinów Izraela), nie klękaj przed Watykanem".
Długo będą trwały dyskusje, czy dla zbliżenia katolików i Żydów, zapoczątkowanego w 1965 r. encykliką "Nostra Aetate", w której Kościół rzymski odrzucił sprzeczną z Ewangelią doktrynę winy Żydów za śmierć Jezusa (ukrzyżowanego wszak z wyroku i rękami Rzymian), największe znaczenie miała modlitwa papieża pod Ścianą Płaczu, w najświętszym miejscu judaizmu, czy może jego rozmowa z naczelnymi rabinami Izraela, wizyta w Yad Vashem, czy też sam fakt, że po raz pierwszy zwierzchnik Kościoła odwiedził państwo Żydów. Kiedy w 1904 r. Teodor Herzl, twórca koncepcji odbudowy państwa żydowskiego w Palestynie, spotkał się z Piusem X, usłyszał, że Watykan nigdy tego nie usankcjonuje, gdyż Żydzi nie uznali naszego Pana, więc my nie możemy uznać narodu żydowskiego. "Nigdy" trwało do czasu nawiązania oficjalnych stosunków. Gdy w styczniu 1964 r. papież Paweł VI przybył na dzień do Galilei z Jordanii, zrobił wszystko, by dowieść tego nieuznania. - Ani razu nie wymienił słowa "Izrael", nie tytułował głowy państwa Zalmana Shazara prezydentem, wyznaczył mu spotkanie w Megido, miejscu biblijnego Armagedonu, co miało symboliczny, zły wydźwięk, nie odwiedził żadnej instytucji wiążącej się z tradycją lub państwowością żydowską, a wracając do Watykanu, przesłał kurtuazyjną depeszę panu Shazarowi i bliżej nie określonym władzom, kierując ją zresztą nie do Jerozolimy, lecz do Tel Awiwu. Będąc na terenie Izraela, de facto nie był w państwie Izrael - opowiada dziennikarzowi "Wprost" rabin Dawid Rosen, który był głównym negocjatorem układu między Izraelem a Stolicą Apostolską i dwanaście razy spotykał się z Janem Pawłem II.
Wobec obecnego pontyfikatu środowiska żydowskie mają jednak również niemało zastrzeżeń. - Chrystianizacja Zagłady, porównanie Auschwitz do Golgoty, kanonizacja Maksymiliana Kolbego i Edyty Stein, beatyfikacja pronazistowskiego prymasa Chorwacji Viktora Stepinaca, rozpoczęcie procesu kanonizacyjnego Piusa XII, udzielenie audiencji Kurtowi Waldheimowi już po ujawnieniu jego służby w jednostce Wehrmachtu obciążanej zbrodniami wojennymi, oświadczenie watykańskiego sekretariatu stanu na temat Jörga Haidera, a przede wszystkim nie dość wyraźne wyznanie winy Kościoła wobec Holocaustu - wylicza Icchak Minerbi, profesor uniwersytetu w Hajfie. Dlatego oczekiwano, że podczas tej pielgrzymki Jan Paweł II uzupełni swoją nostra culpa o ósmy grzech główny: grzech zaniechania. Okazją ku temu miała być trwająca prawie dwie godziny ceremonia w Yad Vashem z udziałem sześciu ocaleńców z Zagłady, symbolizujących sześć milionów jej ofiar. Wypowiedziane tam przez papieża słowa żalu z powodu straszliwej tragedii Szoa i zasmucenia przejawami nienawiści, aktami prześladowań i antysemityzmu chrześcijan w jakimkolwiek czasie i miejscu podzieliły izraelską opinię publiczną. Rabin Rosen mówi, że nie spodziewał się niczego więcej. - Ten papież powiedział mnóstwo wspaniałych rzeczy w tej kwestii i teraz trzeba było, by przypomniał je w kontekście szczególnego miejsca, jakim jest Yad Vashem. To mocny wyraz osobistej solidarności papieża z ofiarami Szoa - oświadczył dla "Wprost". - Te ważne słowa ostudzą tych, którzy nas nadal nienawidzą - powiedział na konferencji prasowej sefardyjski nadrabin Izraela Eliahu Bakshi-Doron, wyjaśniając, że ma na myśli również tych, którzy fałszują historię i przeczą zbrodniom Holocaustu. Innego zdania był drugi aszkenazyjski nadrabin, Meir Lau, były więzień Buchenwaldu. - Nie jestem niezadowolony ze spotkania z papieżem - powiedział dziennikarzowi "Wprost" po opuszczeniu Heichal Shlomo, dawnej siedziby Naczelnego Rabinatu, gdy dawał stuszeklową (około stu złotych) jałmużnę ortodoksyjnemu Żydowi, trudniącemu się wyłącznie modlitwą. Kilka godzin później rabin Lau oświadczył w telewizji izraelskiej, że nie jest jednak usatysfakcjonowany wypowiedzią papieża w Yad Vashem. - Oczekiwałem od niego rzeczy dotyczących nie tylko członków Kościoła, którzy zgrzeszyli przeciw narodowi żydowskiemu, ale również samego Kościoła katolickiego, który wielokrotnie ział nienawiścią do Żydów.
- Przez cały czas pontyfikatu Jana Pawła II Kościół systematycznie zmienia swój stosunek do Żydów. Czas, by wyznawcy judaizmu i rabini zaczęli robić to samo - uważa natomiast rabin Alon Gotten, rektor postępowej jesziwy Elijah.
"Czy po tej wizycie będziemy nadal kojarzyli chrześcijan z krzyżowcami, antysemitami i pragnącymi nas nawracać misjonarzami średniowiecza?" - zastanawia się dyrektor Międzyreligijnej Rady Koordynacyjnej w Izraelu Ronald Kronish na łamach "Jerusalem Post". Nieprzejednanych nic nie zdoła zmienić: haredim nie oglądają telewizji i nie czytają bezbożnych gazet. Ale u obojętnych dotychczas i umiarkowanie niechętnych wszystkiemu, co chrześcijańskie, ta wizyta nie mogła nie zostawić śladu - ocenia prof. Olga Goldberg z Uniwersytetu Hebrajskiego. - Jej przebieg był wciąż relacjonowany przez pierwszy program telewizji publicznej, a wszystkie izraelskie gazety zamieszczały bogato ilustrowane relacje. Na każdym zdjęciu, w każdym kadrze - krzyż. Noszony przez człowieka modlącego się pod Ścianą Płaczu, którego honorowali przywódcy Izraela i najwyżsi zwierzchnicy judaizmu, którego media nazywały zgodnie przyjacielem Żydów i przypominały, że młodzieńczą sympatią obecnego papieża była Żydówka z sąsiedztwa, Regina Beer, a innej żydowskiej dziewczynie, Edith Tzifrer - jak wynika z jej relacji - młody ksiądz Wojtyła być może uratował życie. W społeczeństwie, w którym krzyż jest symbolem zła niemal na równi ze swastyką - do tego stopnia, że w kasach sklepowych zastąpiony jest iksem - ta tygodniowa wszechobecność krzyża musiała wywołać wstrząs.
- To, co powiedział papież o otwarciu nowego etapu stosunków miedzy chrześcijanami i Żydami, wolnego od wrogości i uprzedzeń, to olbrzymi krok naprzód, ale na razie to tylko deklaracja. Czekaliśmy na ten moment dwa tysiące lat i nie boję się powiedzieć, że jeśli będzie trzeba, poczekamy drugie tyle na konkretne czyny - mówi rabin Rosen.


Więcej możesz przeczytać w 14/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0