Alarm trzeciego stopnia

Alarm trzeciego stopnia

Dodano:   /  Zmieniono: 
Policja i straż pożarna, a nie wojsko, decydują dziś o naszym bezpieczeństwie
Kilka lat temu podczas pobytu w NIST w Gaithersburgu (gigantyczne laboratorium naukowe koło Waszyngtonu) usłyszałem syrenę alarmową. Wychynąłem z pokoju i zapytałem sąsiadów już opuszczających budynek, co się dzieje. "To próbny alarm" - powiedzieli i poszli. "Skoro próbny, to co ja sobie będę zwracał głowę" - pomyślałem i wróciłem do pracy. Za 5 minut do mojego pokoju wkroczyli dwaj strażacy, bardzo grzecznie wzięli mnie pod pachy i wyprowadzili na dziedziniec, gdzie uśmiechający się szeryf wystawił mi mandat za utrudnianie przeprowadzenia ćwiczeń. Przez całe swoje życie zawodowe w Polsce ani razu nie uczestniczyłem w treningu przeciwpożarowym...
Naszemu społeczeństwu brakuje elementarnej wiedzy o jego własnym bezpieczeństwie. Nie mamy nie tylko informacji o tym, gdzie można dostać maskę gazową, ale przede wszystkim elementarnych nawyków, że nie wolno parkować (nawet na chwilę) samochodu na drodze przeciwpożarowej, że nie wolno blokować połowy wyjazdu z podziemnego garażu, tłumacząc: "Coś pan, przecież się pan zmieści", że nie wolno rzucać niedopałków na ulicę, niszczyć automatów telefonicznych, zdejmować tablic informacyjnych itp. Nie mamy czegoś, co stanowi ważny element zachodniej kultury - może nie tej wysokiej, ale kultury. Te elementarne nawyki i wiedza powinny trafić do kanonu edukacji powszechnej, oczywiście bez wywoływania histerii, że uczymy dzieci w szkole życia podczas wojny.

Armia zawodowa kontra pospolite ruszenie
Nawet niezbyt uważny obserwator wydarzeń w Nowym Jorku musiał zwrócić uwagę na dominującą rolę policji i straży ogniowej, a nie wojska, w zakończonych jednak wielkim sukcesem próbach ograniczenia skutków katastrofy spowodowanej zamachami. Powinniśmy sobie postawić pytanie, czy w Polsce naprawdę musimy się ciągle przygotowywać do obrony obywateli przed zagrożeniem zewnętrznym (coraz trudniejszym do precyzyjnego określenia, boć przecież atak na USA był przeprowadzony "z wewnątrz" kraju) według klasycznej definicji wojska. Czy naprawdę można ciągle utrzymywać, że obroni nas armia z poboru, a nie zawodowa? Jest oczywiste, że we współczesnych konfliktach bronić nas powinni doskonale wyszkoleni, dobrze opłacani zawodowcy. Ludzie przygotowujący się do tego niebywale skomplikowanego i wyjątkowo trudnego zadania przez całe swoje "sprawne fizycznie" życie.
Armia z poboru po kilku miesiącach pobytu w nękanych znanymi problemami koszarach nie tylko nie pokona zdeterminowanych i świetnie wyszkolonych grup terrorystycznych, ale straci przy tym sprzęt, wprowadzi chaos w działanie zawodowych oddziałów i poderwie morale kraju oglądającego apokaliptyczne obrazy rzezi "naszych chłopców". Zawodowi wojskowi, czyli takie jednostki jak Grom, stanowić mogą - w odróżnieniu od pospolitego ruszenia poborowych - uzupełnienie i wspomożenie sił policyjnych.

Bezpieczna rezerwa
O jednych i drugich społeczeństwo musi zadbać, opłacając ich dobrze podczas trudnej pracy i budując sieć zatrudnienia po odejściu ze służby. Przystosowanie tych ludzi do życia poza wojskiem i policją winno być częścią "umowy o pracę" i stanowić ubezpieczenie społeczeństwa przed ewentualnym nieprawidłowym wykorzystaniem umiejętności wyniesionych przez nich ze służby w formacjach wojska i policji.
Jedyne argumenty za utrzymaniem armii poborowej w Polsce mają quasi-ekonomiczną naturę. Brakuje pieniędzy na zawodowców i trzeba coś zrobić z poborowymi, by odwlec ich wejście na rynek pracy. Oba te argumenty nie wytrzymują krytyki. Zawodowa armia jest sprawniejsza i zapewnia bezpieczeństwo, a więc jest tańsza, czyli inwestycja w nią nie jest stracona. Musimy mieć taką armię. W końcu samochód bez pasów bezpieczeństwa i poduszek, a nawet hamulców, też byłby tańszy, ale kto by chciał nim jeździć.

Helikoptery ratunkowe zamiast myśliwców
W odróżnieniu od USA Polska nie ma ani ekonomicznych, ani politycznych powodów do posiadania armii gotowej do przeprowadzania akcji lotniczych na przykład na Pacyfiku. Nie sądzę, żeby w obecnej sytuacji gospodarczej kraju sensowne było wydawanie ciężkich milionów na wydzierżawienie podstarzałych myśliwców. Czy nie lepiej by było wyposażyć nasze wojsko, policję i straż ogniową w pokaźną liczbę nowoczesnych helikopterów, w tym maszyn bojowych - znacznie przydatniejszych w konfliktach wojskowo-terrorystycznych w Europie i Polsce? Argument, że NATO wymaga od nas posiadania iluś tam nowoczesnych samolotów bojowych, wydaje się niezbyt ważny. NATO samo zaczyna rewidować swoją politykę zbrojeniową.
Policja i straż pożarna stanowią dziś podstawę naszego bezpieczeństwa. Oczywiście, nowoczesna straż pożarna, zajmująca się ratownictwem w szerokim tego słowa znaczeniu - widzieliśmy to na przykład podczas ostatniej powodzi. Naprawdę powinniśmy całkowicie przewartościować nasz stosunek do finansowania i utrzymywania tych formacji. Zamiast pieniędzy na samoloty F-16 czy Grippen musimy znaleźć środki na nowe wozy bojowe straży, na nowoczesne helikoptery ratunkowe, na wozy ochrony przeciwchemicznej itp. Nastał czas, aby praca w straży ogniowej (czy ratunkowej) była bardzo dobrze płatna. I jeszcze coś - byśmy wszyscy wreszcie zrozumieli, że strażak i policjant to ludzie pracujący dla nas, ludzie, którzy - jak setki strażaków i policjantów w Nowym Jorku - pójdą bez słowa w ogień, by ratować nasze życie.

(Nie)bezpieczne miasta
Polscy politycy powinni też wyciągnąć wnioski z wydarzeń w USA (z wystąpień radiowych i telewizyjnych wnoszę, że robi to chyba tylko szef prezydenckiego BBN) i zastanowić się nad podejmowaniem decyzji, choćby dotyczących rozwoju infrastruktury w kraju. Może więc posłowie przyznający pieniądze na budowę dróg w Warszawie zrozumieją, że obwodnica stolicy i szerokie ulice (także w innych dużych miastach) nie będą służyć temu, żeby Turski wygodnie jeździł do pracy, ale że jest to elementarny warunek bezpieczeństwa publicznego. Przecież dzisiaj zabudowa centrum Warszawy uniemożliwia jakąkolwiek wielką akcję ratunkową. Z tego też powodu budzi zgrozę pomysł, ponoć już realizowany, rozbudowania portu lotniczego Okęcie, znajdującego się w środku miasta. Oznacza to wpuszczenie dwu-, trzykrotnie większej liczby samolotów nad gęsto zabudowane części miasta. Podjęcie zdecydowanej akcji przeciw ewentualnym porywaczom samolotu doprowadziłoby do gigantycznej katastrofy na ziemi.
Nie musimy się kryć w fortach i barykadować na noc, ale musimy się nauczyć żyć w trochę innym niż kilka tygodni temu świecie. Nie gorszym i nie lepszym - innym.

Artykuł został opublikowany w 42/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0