Muskuły i brokuły

Muskuły i brokuły

Dodano:   /  Zmieniono: 
Francuscy rolnicy często są postrzegani jako grupa agresywna i zdeterminowana
Przyczynia się do tego wiele relacji telewizyjnych przedstawiających ich podczas wysypywania na drogi kalafiorów, jabłek lub ziemniaków, palenia opon i własnych zbiorów pod prefekturami albo wyrzucania transportów truskawek z hiszpańskich ciężarówek, które dotarły do Francji. Ostatnio doszły do tego akcje demolowania restauracji McDonald's przez działaczy Konfederacji Chłopskiej pod wodzą Jose Bove'a.
Nie da się zaprzeczyć, że we Francji rolnicy sięgają po najbardziej radykalne środki obrony swoich interesów, a szczególnie często im się to zdarza od czasu, kiedy podpisano traktat rzymski (1957 r.) i wprowadzono w EWG wspólną politykę rolną (1962 r.). W latach 1960-1972 w tym kraju odbywało się co roku 60 protestów rolników. Kolejnym szczytem aktywności w tej dziedzinie był początek lat 90. 24 czerwca 1991 r. zorganizowano wielką manifestację, która przebiegała w atmosferze dobroduszności i wzajemnego zrozumienia; miała na celu przybliżenie "miastowym" problemów wsi. 400 ciężarówek przywiozło na paryskie Pola Elizejskie 10 tys. palet z ziemią i rosnącymi na niej zbożami, co zamieniło aleję w falujące kłosami wielkie pole uprawne. Wokół rozłożyły się kramy i stoiska, przy których można było skosztować regionalnych produktów. W następnych miesiącach znów jednak "pokazywano muskuły". We wrześniu ulicami Paryża przemaszerowało 200 tys. rolników, a w październiku serię akcji skierowano przeciwko hurtowniom przyjmującym zagraniczne wina oraz ciężarówkom przywożącym pasztety z gęsich wątróbek z Węgier i mięso "nielegalnie" sprowadzane z Europy Wschodniej. Zamieszanie było duże, ale skuteczne - rząd ogłosił "plan pilnej pomocy" dla rolnictwa, głównie z myślą o hodowcach. Przeznaczono nań 3,3 mld franków.
Francuscy farmerzy są bojowi i tak doskonale zorganizowani, że w sensie politycznym trudno tam mówić o "rolnikach indywidualnych". Nie wiadomo jednak, jak długo będą silnym pod względem liczebnym lobby. W latach 1955-1995 liczba gospodarstw rolnych zmniejszyła się ponadtrzykrotnie i zasadniczo zmieniła się ich struktura. O powierzchni poniżej 10 ha jest prawie pięciokrotnie mniej, 50-100-hektarowych jest 1,7 razy więcej, a ponadstuhektarowych - 3,5 razy więcej. W 1995 r. zakwalifikowane do dwóch ostatnich kategorii zajmowały 71 proc. powierzchni użytków rolnych we Francji.
Liczba gospodarstw maleje, ale rolnicy nadal są lobby silnym ekonomicznie i politycznie. Wywalczyli dla siebie niemałe przywileje. udział subwencji państwowych i europejskich w dochodzie brutto gospodarstw rolnych wynosi ok. 38 proc. Jest znacznie zróżnicowany w zależności od typu produkcji. W wypadku hodowli zwierząt roślinożernych (oprócz bydła rogatego) przekracza nawet 95 proc.
Do drzwi unii pukają nowi kandydaci uznawani za potencjalnych groźnych konkurentów. unijni farmerzy są więc coraz bardziej nerwowi, dlatego na przykład w Polsce często postrzega się ich jako jedną z głównych sił mogących hamować starania o przyjęcie nas do uE. Ale podejście to nie wydaje się do końca słuszne. W pierwszym etapie polskich zabiegów w Brukseli rzeczywiście tak było: francuscy rolnicy obawiali się, że taniej produkowana żywność z Europy Środkowej - głównie z Polski - zagrozi ich żywotnym interesom, gdy kraje z tego regionu znajdą się w unii i będą mogły korzystać z dobrodziejstw wspólnej polityki rolnej.
Od czterech, pięciu lat ich stanowisko w tej kwestii wyraźnie ewoluuje. Zdążyli bowiem lepiej poznać warunki panujące w polskim rolnictwie, zorientować się, jak przebiegają negocjacje Polski z unią dotyczące tego sektora, i skonfrontować to z wcześniej uzyskanymi informacjami o perspektywach zmian we wspólnej polityce rolnej uE. Analizując sytuację, dostrzegli, że wprawdzie część polskich produktów na pewno będzie tańsza, ale w pewnych dziedzinach to oni mają szanse na zwiększenie sprzedaży i poszerzenie rynku zbytu. Od kiedy przekonanie to zaczęło się upowszechniać, ucichły dyskretne sugestie, by z przyjęciem Polski do unii zbytnio się nie spieszyć. Na pewno większy sprzeciw w tej sprawie jest dziś w krajach, które - jak Grecja czy Portugalia - najobficiej czerpią z funduszy uE przeznaczonych na pomoc dla najuboższych regionów. Francuskich rolników zbytnio to nie przeraża, bo z tych środków korzystają w stosunkowo niewielkim stopniu.
Dość ostro reagują natomiast - i to wszelkimi dostępnymi kanałami: od swoich organizacji zawodowych po Ministerstwo Rolnictwa i Komisję Europejską - na wszelkie nowości w polskiej polityce handlowej, które ograniczają ich dostęp do nadwiślańskiego rynku. Oczywiście, dotyczy to przede wszystkim podwyżek ceł. Można przypominać, że chodzi o wyrównanie szans w rywalizacji polskiego mięsa z bardzo wysoko dotowanym francuskim czy - szerzej - europejskim, ale nieuchronnie będziemy mieć do czynienia z dość paradoksalnym zjawiskiem. Rolnicy, uważani do niedawna za najbardziej zagorzałych przeciwników rozszerzania uE, traktują rynki krajów kandydujących tak, jakby już były unijnymi i w związku z tym nie miały prawa stosować jakichkolwiek ograniczeń w obrocie towarami pochodzącymi z państw piętnastki.
Wszystko to składa się na typową grę interesów, w której Polska staje się bezpośrednim uczestnikiem. Może więc z niej ciągnąć korzyści jak inni, ale musi się liczyć również z tym, że będzie się jej podstawiać nogę jak innym. Historia unii Europejskiej to historia nieustannych kompromisów, w których zawsze każdy coś traci i coś zyskuje, a globalnie wszyscy odnoszą jakieś korzyści. Francuscy rolnicy od dawna zdają sobie z tego sprawę, już coś kalkulują na przyszłość i doskonale wiedzą, dlaczego warto się interesować polskim rynkiem i instalować się na nim poprzez wynajem ziemi. Liczba pytań z ich strony o taką możliwość ostatnio wyraźnie wzrosła.


Więcej możesz przeczytać w 14/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0