Śmiercionośny pacyfizm

Śmiercionośny pacyfizm

Dodano:   /  Zmieniono: 2
Dawniej pacyfiści wspierali ZSRR, dziś wspierają terrorystów i chroniący ich reżim talibów
Kiedy solidarność z bombardowanymi talibami demonstrują mieszkańcy krajów islamskich, jest to złe, ale łatwe do zrozumienia. Trudniej pojąć, co na podobne manifestacje pcha mieszkańców zachodniej Europy, Ameryki, a nawet Polski. Zwłaszcza gdy pod antywojennymi hasłami spotykają się działacze katoliccy z maoistami i trockistami, a anarchiści z neonazistami i imigrantami z krajów arabskich.

Pacyfiści kłamią
Nie ma ani jednego uczciwego argumentu, który przemawiałby za uczestnikami "antywojennych" protestów. Bez względu na to, w jaką ideologiczną bawełnę owijają swoje hasła, pacyfiści manifestują po prostu - choć może nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę - na rzecz terrorystów i chroniącego ich reżimu talibów, już długo przed zamachami uważanego zgodnie za jeden z najbardziej zbrodniczych i nieludzkich na świecie.
Po co terroryści mordują? Po to, aby w zachodnich społeczeństwach zabić wolę przeciwstawiania się islamskiemu fundamentalizmowi. Ludzie bin Ladena nie ukrywają, że w przyszłości zamierzają zapanować nad całym światem, ale na razie mają cele bliższe i bardziej realne - narzucenie talibańskich porządków umiarkowanym krajom islamskim, a następnie zniszczenie Izraela. Strach przed wąglikiem, sarinem i porwaniami samolotów ma zachodnie społeczeństwa zmęczyć do tego stopnia, aby w chwili gdy muzułmańscy fanatycy przystąpią do mordowania innych muzułmanów oraz Żydów, powiedziały one swoim rządom: niech mordują, cieszmy się, że nie nas.
Pacyfizm jest dla terrorystów szczególnie cennym sojusznikiem w niszczeniu ducha oporu i gotowości do obrony demokracji oraz wolności, gdyż odruchom płynącym ze zwykłego tchórzostwa, obojętności na cudze cierpienie i krótkowzroczności, których uczciwy człowiek się wstydzi, przydaje rozgrzeszenie i wzniosłe motywacje. Ustępowanie złu staje się w interpretacji pacyfistów cnotą, troską o pokój i humanistyczne ideały.
Pacyfiści jednak kłamią. Kłamią, że powoduje nimi troska o afgańskich cywilów - jeszcze przed zamachami eksperci ONZ szacowali, że wskutek rządów talibów tej zimy umrze z głodu milion, dwa miliony Afgańczyków. Kłamią, powołując się na nauczanie Jana Pawła II - Kościół, apelując o zachowanie umiaru w odwecie, ani przez chwilę nie negował, że wojna przeciwko terrorystom jest wojną sprawiedliwą i uzasadnioną. Kłamią przede wszystkim, jakoby odwoływali się do międzyludzkiego braterstwa. Odwołują się do tego samego odruchu, który każe odwracać głowy i uciekać przypadkowym świadkom napadu.

Sieroty po Breżniewie
Pacyfizm ostatnich tygodni nie różni się od tego, który kazał Zachodowi ustępować krok po kroku przed Hitlerem. Gdyby nie pacyfiści, druga wojna światowa wybuchłaby w roku 1936, trwałaby kilka dni i kosztowała mniej ofiar niż zamach majowy w Polsce. Ale po hekatombach Sommy, Ypres i Verdun argumentacja, że nie warto zaczynać wojny o Pragę czy Gdańsk, znajdowała posłuch. To właśnie do tych, którzy się ową argumentacją posługiwali, kierował potem Churchill sławne słowa: "Mieliście do wyboru wojnę albo hańbę. Wybraliście hańbę, a i tak będziecie mieć wojnę".
Tę lekcję pamiętano zbyt krótko - głównie za sprawą wojny w Wietnamie i politycznej niekompetencji administracji Kennedy’ego i Johnsona. Prezydent Johnson bardziej niż przegrania wojny obawiał się wzrostu "militarystycznych nastrojów". Próbował prowadzić wojnę chyłkiem, nigdy otwarcie nie zwrócił się do społeczeństwa o poparcie i wręcz zabronił tego swym podwładnym. Zachowanie władz, sprawiające wrażenie milczącego przyznania się do wszelkich oskarżeń, było jedną z przyczyn rozkwitu ruchów pacyfistycznych i wręcz intelektualnej mody na pogardę dla rzekomo "brudnej" wojny, idącą w parze z komunizowaniem.
Tę modę wykorzystały doskonale - a w dużym stopniu stworzyły - sowieckie służby specjalne, które przez lata finansowały zachodnie organizacje pokojowe oraz licznych agentów wpływu w mediach i środowiskach akademickich.
Na pacyfistycznych manifestacjach, mających zrelatywizować winę terrorystów, trudno nie zauważyć dziś tych samych słów, haseł, a często i tych samych osób, które "walczyły o pokój" wedle wytycznych Breżniewa. Nie wydaje się, by na swą działalność brali od bin Ladena pieniądze, tak jak kiedyś od KGB. Robią to raczej z bezinteresownego, sierocego odruchu sympatii dla kogoś, kto tak bardzo przypomina im dawnych patronów.

Więcej możesz przeczytać w 42/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 2