Obraz kontrolny

Obraz kontrolny

Rozmowa z WALDEMAREM GASPEREM twórcą Telewizji Familijnej SA
Wiesław Kot: - Udział takich firm, jak Polskie Sieci Elektroenergetyczne, KGHM czy Prokom w spółce akcyjnej Telewizji Familijnej SA, którą pan organizuje, jest uważany za działanie, powiedzmy, niestandardowe.
Waldemar Gasper: - Jeśli coś można uznać tu za niestandardowe, to raczej reakcję niektórych mediów i sił politycznych na przedsięwzięcie, które przecież nie odbiega od rutynowych zachowań inwestycyjnych w dziesięcioletniej historii wolnorynkowej gospodarki w Polsce. Lokowanie swoich środków przez podmioty dysponujące kapitałem skarbu państwa, jak spółki, banki czy fundusze inwestycyjne, należy bowiem do standardów. Także w tym wypadku, gdyż wiadomo, że każda firma inwestująca w spółkę medialną z franciszkanami prowadzi już wiele interesów, w tym wspólnie z podmiotami prywatnymi. Znanym powszechnie przykładem jest operator telefonii cyfrowej Polkomtel; Polska Miedź, Polski Koncern Naftowy i Polskie Sieci Elektroenergetyczne posiadają w nim znaczne udziały. Współpracując zatem z tymi przedsiębiorstwami przy organizacji Telewizji Familijnej SA, stosujemy powszechnie obowiązujące reguły gospodarcze.
- W Polsce nie ma tradycji inwestowania w media, natomiast na Zachodzie przedsięwzięcia takie traktowane są jako jedne z najbardziej dochodowych - nakłady w ich wypadku zwracają się najszybciej.
- Proszę też zauważyć, co buduje wartość akcji na przykład Polskiej Miedzi - wydobycie rud metalu przyczynia się do tego tylko w połowie. Przedsiębiorstwo dwa lata inwestowało w Telekomunikację i właśnie w ten sposób podniosło swoją wartość. A przecież telefon komórkowy ma niewiele wspólnego z górnictwem i hutnictwem. Przykłady można tu mnożyć. Około 60 proc. wartości Elektrimu stanowi pakiet akcji w Erze GSM, a nie fabryki produkujące kable. Tworząc Telewizję Familijną, postępujemy według wzorca sprawdzonego na Zachodzie. Media, telekomunikacja i informatyka to branże, które konsolidują się często i łatwo. Szukając partnerów w biznesie, stawiamy na te sektory gospodarki, które mają najlepsze perspektywy. W świecie nazywa się je obszarem gospodarki cyfrowej.
- Poza trafnością doboru inwestorów musicie się jeszcze wykazać, konstruując atrakcyjny program telewizyjny, co na wypełnionym dość szczelnie polskim rynku nie będzie proste.
- Doskonale rozumiem, że musimy przedstawić taką ofertę programową, którą doceni publiczność, a w ślad za nią - reklamodawcy. Nie chcemy jednak przedwcześnie prezentować naszych założeń, ponieważ jest to ta część biznesplanu, której nie zdradza się konkurencji. O tym, że potrafimy dobrze funkcjonować na rynku, mogliśmy przekonać w okresie "telewizji Walendziaka", kiedy zespół Programu I doprowadził do odwrócenia tendencji spadkowej, następnie wzrostu widowni, liczby ocen bardzo dobrych, a w konsekwencji - zwiększenia się wpływów z reklamy o kilkadziesiąt procent w skali roku. To był właśnie efekt wprowadzenia na ekrany naszej oferty programowej. Nie wszyscy pamiętają, że jej częścią były takie tytuły, jak "Dziennik telewizyjny" Jacka Fedorowicza, "MdM", "Zwyczajni niezwyczajni", "Śmiechu warte" czy "Od przedszkola do Opola".
- Wymienia pan programy rozrywkowe. Recenzenci państwa poczynań twierdzą jednak, że budujecie telewizję silnie i jednostronnie ukierunkowaną politycznie - telewizję polskiej prawicy.
- Ależ my nie chcemy blokować sobie drogi do widzów przez uprawianie jakiejś formy partyjniactwa, co sugerują gazety. Nie będziemy robić programów dla ludzi oglądających telewizję przez pryzmat opcji politycznych. Chcemy trafiać do Polaków, którzy mają zwykłe wyobrażenia na temat tego, co godne i przyzwoite, co się godzi, a co nie. Tworząc ofertę programową, odwołujemy się do tych właśnie tęsknot.
- Za taką deklaracją kryje się sugestia, że media obecne na polskim rynku tych tęsknot nie zaspokajają.
- To prawda obiektywna, powszechnie znana z badań opinii, a nawet opracowań prasowych, na przykład niedawno opublikowanego artykułu w "Rzeczpospolitej" o obliczu mediów w naszym kraju. Ale jeszcze ciekawsze są głębsze przyczyny. Posłużę się tutaj przykładem USA, gdzie rynek ten jest najlepiej rozwinięty i tworzy jedną z najważniejszych gałęzi gospodarki. Wydawałoby się, że nie ma nic bardziej naturalnego, jak angażowanie do pracy w tym sektorze ludzi bezbłędnie potrafiących odczytywać potrzeby, aspiracje i tęsknoty widzów. Tymczasem robione w poprzedniej dekadzie badania decydentów medialnych, redaktorów i dziennikarzy, dotyczące wyznawanych przez nich wartości i praktyk osobistych, wykazały, że aż 80 proc. reprezentowało odmienną wrażliwość na wartości i styl życia niż ich odbiorcy. W Polsce sytuacja jest podobna. Mamy bardzo różnorodne media pod względem kapitałowym i prawnym, a zarazem zadziwiająco jednolite pod względem prezentowanego sposobu widzenia świata.
- Krytycy Telewizji Familijnej zarzucają wam także uzależnienie od Kościoła - w sensie podległości organizacyjnej, a nie tylko wytycznych programowych.
- O naszym stosunku do Kościoła, katolicyzmu świadczą nasze biografie. Kościół po prostu ma zaufanie do nadawcy, czyli franciszkanów. Zostałem przez nich poproszony o przygotowanie koncepcji rozwoju telewizji, która przy poszanowaniu wartości byłaby chętnie oglądana.
- Nie chcecie pewnie, aby była to telewizja wyznaniowa w typie katechetycznym.
- Nie, choć zależy nam na tym, by nasze programy respektowały fundamentalne założenia dotyczące wartości. Na szczęście tęsknoty i aspiracje większości Polaków są zgodne z tym, co zamierzamy pokazywać. Większość z nas tęskni za miłością, posiadaniem rodziny, domu, chce realizować podstawowe standardy uczciwości. Badania hierarchii wartości społeczeństwa polskiego dowodzą, że wybór tego, co najważniejsze w życiu każdego niemal człowieka, jest zgodny z chrześcijańską wizją świata. Nie będziemy więc, jako projektanci nowej oferty programowej, żadnymi eksperymentatorami.

Okładka tygodnika WPROST: 14/2000
Więcej możesz przeczytać w 14/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0